Z MARTWYCH WSTANIE

To znów się dzieje… Twin Peaks po latach powraca wraz z długo wyczekiwanymi sowami, pieńkową damą, donutami, agentem Cooperem, tajemnicami i złowrogą Czarną chatą.

Większość z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie własnego dzieciństwa bez przerażającej postaci Boba – budzącej grozę, a jednak zbyt fascynującej, aby móc odwrócić od niej wzrok. Co prawda czasami przesadnie czujni rodzice, chcąc uchronić swoje pociechy od zgubnego losu Laury Palmer, odmawiali im spotkania z lynchowskim mrokiem. Ci nieszczęśnicy wciąż jednak noszą w pamięci hipnotyzującą czołówkę, po której musieli bez dyskusji iść do sypialni, by następnie w ciemnościach nocy wywoływać w myślach grozę, jaką potrafi nieść ze sobą jedynie muzyka Angela Badalamentiego oraz dziecięca wyobraźnia. Każdy z nas, bez względu na wiek, ma własny, niezwykle osobisty stosunek do serialu, który przez lata pełnił funkcję rytuału przejścia i pozwalał raz na zawsze utracić kinematograficzną niewinność.

                 

Nostalgiczne tęsknoty i wielkie nadzieje

Lynch po dziesięciu latach, jakie upłynęły od jego ostatniego pełnego metrażu (Inland Empire, 2006), swoim powrotem uruchamia w widzach niepowstrzymany strumień nostalgii, wspomnień oraz tęsknoty za nieistniejącym już światem. Zgodnie z obietnicą, jaką Laura Palmer złożyła agentowi Cooperowi (You will see me in 25 years), Twin Peaks pojawia się na ekranach naszych telewizorów w samą porę: po 25 latach, 11 miesiącach i 11 dniach. Zbyt długo wyczekiwany serial zdążył urosnąć do rangi kinematograficznego wydarzenia XXI wieku, to właśnie w związku z jego premierą na festiwalu w Cannes uruchomiono w tym roku specjalną sekcję serialową. Jednak oczekiwania oddanych widzów, przewidywania krytyków i rosnące z każdym rokiem nadzieje nie tylko bywają zgubne, lecz najczęściej kończą się po prostu rozczarowaniem.

W latach 90. XX wieku Twin Peaks wyznaczyło w serialowym świecie zupełnie nowy i nieoczekiwany kierunek, którym potem bez wahania podążyły kolejne telewizyjne produkcje. Trudno dziś właściwie wymienić serial, który nie byłby jakoś zadłużony w estetycznym świecie Lyncha. Nawet więcej: wiele z nich, odpowiadając na nostalgiczne pragnienia współczesnych widzów, oferuje bardzo dosłowny powrót do świata starego, znanego i oswojonego Twin Peaks. Tak należy tłumaczyć popularność wyśmienicie żonglującego filmowymi kliszami Stranger Things, gdzie w podobny sposób zestawione są ze sobą dwa równoległe światy: dziecięca naiwność i niewinność z demonicznym, obcym, przerażającym mrokiem. Końcowe ujęcie serialu, gdy chłopiec, przeglądając się w lustrze, dowiaduje się, że mrok, z którym wcześniej walczył, znajduje się wewnątrz niego, jest dokładnym cytatem, powtórzeniem ostatniej sceny z Twin Peaks, gdy agent Cooper zauważa w swoim lustrzanym odbiciu Boba. To właśnie z tym obrazem Lynch zostawił swoich widzów 25 lat temu.

Rewolucja, jaką duet Lynch/Frost wywołał w przewidywalnym i jednoznacznym świecie telewizji lat 90., polegała na wprowadzeniu do niego podwójności, niejednoznaczności dobra i zła, swobodnego przenikania się tych dwóch lustrzanych, bliźniaczych (twin) rzeczywistości. Twin Peaks stanowi niezwykle zgrabne połączenie pracy dwóch reżyserów, odrębnych wymiarów dobra/zła oraz gatunków: opery mydlanej z mrożącym krew w żyłach thrillerem. Lynchowska rzeczywistość jest heterogeniczna, stąd budzący napięcie rozdźwięk między sielanką a horrorem, naiwną dobrocią mieszkańców oraz ich mrocznymi tajemnicami, malowniczymi, idyllicznymi pejzażami kontrastowanymi z odwiecznym mrokiem kryjącym się w okolicznych lasach. Egzystencjalna podwójność, dwuznaczność bohaterów, ukrywających swoje sekrety, również widzom pozwalała uwierzyć w to, że ich nudne, codzienne, przewidywalne życia mogą być ciekawe i nieść ze sobą mroczne tajemnice. Jeśli chcemy powrócić do tego doskonale rozpoznanego świata, wystarczy obejrzeć jeden z wielu stylizowanych na Twin Peaks współczesnych seriali (Stranger Things, Trzynaście powodów, Fargo), które doskonale zaspokoją nasze nostalgiczne oczekiwania, nie wprowadzając nas w stan filmowej niewygody.

 

Powrót żywych trupów

Trzeci sezon doskonale z pozoru znanego i oswojonego serialu zaskakuje, wywraca do góry nogami wszystkie dotychczasowe prognozy i oczekiwania. Najlepsza strategia oglądania, jaką w tym wypadku możemy zastosować, to po prostu: spodziewaj się nieoczekiwanego. Lynch z wielu powodów (wyświechtanie wcześniejszej formuły przez kontynuatorów, starzenie się i śmierć aktorów z pierwotnej obsady czy też własne reżyserskie ambicje) nie mógł i nie chciał dostarczyć widzom kopii serialu sprzed 25 lat. Chwilę po premierze pierwszych odcinków pojawiły się wątpliwości, czy cokolwiek ze starego Twin Peaks przetrwało i zachowało się w jego nowej, powracającej odsłonie. Pytanie o odpowiednie stężenie starego w nowym jest niefortunne, a odpowiedź na nie zawsze okazuje się niezadowalająca. Lepiej zapytać o to, ile Lyncha znalazło się w jego najnowszym serialu, gdyż odpowiedź brzmi: całkiem sporo. O ile wcześniej reżyser zajęty był między innymi pracą nad Dzikością serca (1990) i samodzielnie zrealizował jedynie sześć odcinków kultowego serialu, tym razem zdecydował się skupić wyłącznie na nim samym. Otrzymujemy zatem 18 godzin kalorycznego, prawdziwie lynchowskiego kina, w którym można odnieść nieodparte wrażenie, że sielanka Twin Peaks została skutecznie splądrowana przez wątki z Zagubionej autostrady, Mulholland Drive i Inland Empire. Droga powrotna do idyllicznego, spokojnego miasteczka została przez Lyncha skutecznie zagubiona, dlatego nie jesteśmy w stanie znaleźć w nim schronienia. To jednak wcale nie oznacza, że ono samo nie może powracać w wielu zdeformowanych, wytartych, zniekształconych odsłonach.

Trzeci sezon serialu przestaje już pytać o to, „kto zabił Laurę Palmer?”, i zamiast tego pyta raczej: „kto zabił Twin Peaks?”. Jedna z odpowiedzi brzmi: czas (to on bowiem jest najbardziej skrytym i niebezpiecznym mordercą). Doskonale znani nam bohaterowie powracają niczym żywe trupy, a swojskie do tej pory miasteczko w serialowej czołówce wyłania się z mgieł, jak gdyby powracało z zaświatów. Lynch nie pozostawia złudzeń co do tego, że nasz ukochany serial umarł 25 lat temu, obecnie znajduje się w fazie rozkładu i może powrócić jedynie jako zombie (doskonale widać to w niesamowicie sztywnych ruchach agenta Coopera). Reżyser zdaje sobie sprawę z symbolicznej nekrofilii, jaka dominuje we współczesnej kulturze, definiowanej przede wszystkim przez ideę powrotów. W tym kontekście niezwykle aktualnie brzmi jedna z profetycznych i niezrozumiałych wcześniej wypowiedzi Karła: „Gdy zobaczysz mnie ponownie, to nie będę ja”. Odmienieni mieszkańcy miasteczka nie są sobą, podobnie jak sowy, które w świecie Lyncha nie są tym, czym się wydają. Pojawienie się na ekranie długo wyczekiwanych bohaterów niesie niespodziewany ładunek nostalgicznej radości, jednak budzi również smutek związany z przemijaniem i ich nieuniknionym starzeniem się. W usta każdego z nich można by włożyć słowa Laury Palmer: „Jestem martwa, ale jednocześnie żywa”.

Pierwsze dwa odcinki, połączone przez Lyncha w jedną całość, budzą doskonale znane nam uczucie zagubienia, wywołane głównie przez nielinearną strukturę filmu oraz wprowadzenie wielu nowych, zwykle niespójnych wątków. Wydaje się, jak gdyby nie istniało nic poza Czarną chatą (Black lodge), a sam wątek miasteczka majaczy w oddali, jest zaznaczony jedynie śladowo. Jak zwykle u Lyncha pokraczne siły dobra zestawione są z gęstym mrokiem, który przenika, przeraża i fascynuje. Warto było czekać na Twin Peaks, który nie jest już tym samym serialem, do którego byliśmy przyzwyczajeni. Lynch w wielkim stylu udowadnia, że nadal potrafi inspirować i wpływać na losy światowej kinematografii, w żadnym wypadku nie rezygnując z eksperymentalnej formy.

W kolejnych dwóch odcinkach serial staje się bliższy opowieści i powoli odzyskuje linearność, jednak wciąż balansuje na granicy zrozumiałości. Najlepszy komentarz do tej sytuacji wygłasza Gordon Cole (czyli sam David Lynch) w czwartym odcinku: „Z niechęcią muszę przyznać, że nie rozumiem tej sytuacji”. To kino pokazuje, że życie jest niezrozumiałe i samo z siebie prawdopodobnie nie ma żadnego sensu, a pragnienie znalezienia go jest zbyt wygórowanym, nieosiągalnym życzeniem. Pozostaje nam jednak cały wachlarz emocji i to one są najlepszymi przewodnikami po świecie lynchowskiej wyobraźni, a jednym z kluczy jest strach.

Reżyser wprowadza też nowy wątek, który prawdopodobnie okaże się niezwykle istotny dla całości wydarzeń w nowej serii. Chodzi o znajdujący się w Nowym Jorku wielki szklany pusty sześcian. Czuwa przy nim młody chłopak (Sam Colby), wpatruje się w niego 24 godziny na dobę i ma za zadanie nagrywać wszystko, co się w nim pojawi. Nie wiemy dokładnie do kogo należy ten tajemniczy i dziwny obiekt, jesteśmy jednak niemal pewni, że pojawi się w nim coś przerażającego. Pusty szklany sześcian, w który z nadzieją wpatrujemy się razem z Samem, można potraktować jako metaforę nowego Twin Peaks – nie pokaże nam tego, co chcemy w nim zobaczyć, ale z pewnością przyprawi nas o szybsze bicie serca i pochłonie całą naszą uwagę.

Złowieszczy karzeł w starej lynchowskiej serii wypowiada jeszcze jedno prorocze zdanie, które warto wziąć pod uwagę w kontekście powrotów umarłych seriali: „Ta guma, którą lubisz, będzie znów w modzie”. Można się zastanawiać, czy guma, jaką dostaliśmy do posmakowania, ma nadal nasz ulubiony smak, czy też została z niego wyżuta/wyzuta. Jedno jest pewne: ona znowu jest w modzie, dlatego po prostu zacznij ją żuć i wydobywać niespotykany dotąd aromat. Filmy Lyncha się nie tyle ogląda, ile przeżuwa, łączy się je powoli, niczym fragmenty rozsypanej układanki, które w trakcie składania często same zmieniają swoje miejsca.

                 

 

Fragment wywiadu z Laurą Palmer (z Czarnej chaty dla NN6T):

Andrzej Marzec: Muszę przyznać, że wyglądasz prawie zupełnie jak Laura Palmer!

Laura Palmer: Manz ąj eż ,eineżarw mam.

AM: Czy mogłabyś przez chwilę, dla dobra czytelników, postarać się mówić wspak?

LP: Do tej pory mówiłam wspak, ale jeśli chcesz, mogę wypowiadać się w zrozumiały dla ciebie sposób, czyli odwrotnie niż zazwyczaj. Wracając do twojego pytania: mam wrażenie, że znam Laurę Palmer, ale czasami ramiona wykręcają mi się do tyłu…

AM: Zdradź nam, czego możemy się spodziewać po trzecim sezonie Twin Peaks.

LP: Pieńkowa dama streściła to najlepiej: w tym serialu czegoś ewidentnie brakuje i widzowie muszą sami to odnaleźć.

AM: To musi być trudne zostać zamordowaną już w pierwszym odcinku całej serii. Minęło już ćwierć wieku, odkąd nie żyjesz, i jak dotąd nic w tej kwestii się nie zmieniło. Czy tym razem możemy liczyć na więcej scen z twoim udziałem?

LP: Jak widzisz, jestem martwa, ale żyję. Jedno jest pewne: gdy znów mnie zobaczysz, to z pewnością nie będę ja. Mówienie wspak jest strasznie wyczerpujące. Awomzor at einm yzcęm.

 

Andrzej Marzec – filozof, krytyk filmowy, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.Redaktor Czasu Kultury, współpracuje z niezależnymi ośrodkami kultury: Kolektywem 1A oraz Centrum Amarant w Poznaniu. Jego zainteresowania badawcze skupiają się wokół dekonstrukcji, widmontologii, współczesnej estetyki oraz zjawiska Nowej Fali we współczesnym kinie greckim.