Alicja Dobrucka: "Life Is On a New High", Mumbai, 2013-2015

WYBIERAM, GDZIE I JAK PATRZĘ

Trudno jest uciec od politycznego wymiaru tego medium, bo czegokolwiek nie sfotografujesz to ono ma indeksykalny związek z rzeczywistością, więc reprezentuje coś, co gdzieś jest - tłumaczy Alicja Dobrucka

 

Projekt Houses (31°23′30.67″N 35°6′44.45″E), który ostatnio pokazywałaś w Polsce, to seria fotografii przedstawiających domy w palestyńskiej wiosce Susya na Zachodnim Brzegu. Jej mieszkańcy od lat odmawiają opuszczenia miejsca swojego zamieszkania, do czego są permanentnie zmuszani przez władze i izraelskich osadników. Mimo to trwają.
Zrealizowany przez ciebie cykl zdjęć znacząco odbiega od tego, do czego przyzwyczaiła nas fotografia dokumentalna, bardziej przypominając dokumentację scenografii teatralnej… Opowiedz proszę o kontekście powstania tej serii, a także o tym, dlaczego historię mieszkańców Susyi zdecydowałaś się pokazać właśnie w taki sposób?

Do Palestyny miałam jechać na warsztaty organizowane przez galerię Al-Mahatta – jedno z niewielu miejsc współpracujących z artystami z innych krajów. Wówczas, w 2012 roku, zaprosili wielu twórców z Jordanii i Egiptu. Izrael jednak utrudniał im przyznanie wiz. Kiedy wreszcie dotarłam na miejsce, był już tam norweski artysta – opowiadacz historii Torgrim Mellum Stene. Czekaliśmy jakiś czas na resztę grupy rezydencyjnej, ale właśnie wtedy Izrael zaatakował Palestynę. Uczestnicy, którzy nie zdążyli dojechać, zrezygnowali, a warsztaty odwołano. My jednak byliśmy już na miejscu i musieliśmy coś ze sobą zrobić, a ponieważ Torgrim miał dużo kontaktów – współpracował z norweską organizacją pomocową, która zajmuje się dokumentowaniem panującej tam sytuacji, zaproponował bym wraz z nim jeździła po Zachodnim Brzegu. Odwiedzaliśmy szkoły, gdzie Torgrim opowiadał dzieciom różne historie. Pewnego dnia ktoś z tej norweskiej fundacji przedstawił nas panu Abolowi Laelowi, który zabrał nas do Susyi. Ta palestyńska wioska istnieje na tych terenach od połowy XIX wieku, natomiast izraelscy osadnicy przybyli tu dopiero w latach 80. XX wieku. W 2013 roku liczba mieszkańców wynosiła 250 osób, natomiast  osadników było 737. Palestyńczykom bardzo zależy, żeby pokazywać tego typu miejsca heroicznego oporu, bo one dają nadzieję innym. Codzienna egzystencja tych ludzi jest niewyobrażalnie trudna. Oni na przykład muszą liczyć się z tym, że kiedy wysyłają dziecko do szkoły, to ono może wrócić ze złamaną nogą czy poważniejszą kontuzją. Na ich pola uprawne wylewany jest kwas, by nie mogli zebrać plonów. Konflikt między dwoma narodami ma w Susyi dojmująco przyziemną i bezpośrednią formę: jednostka kontra jednostka, społeczność przeciw społeczności. Wcześniej obserwując medialną twarz tego konfliktu, nie zdawałam sobie z tego sprawy. Natomiast kiedy jesteś w Palestynie, bardzo trudno przechodzić koło tego obojętnie, siłą rzeczy stajesz się aktywistą. Wszyscy próbują ci opowiedzieć swoje historie i bardzo chcą żebyś zabrał je ze sobą i przekazał dalej.


Alicja Dobrucka: Houses (31°23′30.67″N 35°6′44.45″E), Palestyna, 2012-15


Alicja Dobrucka: Houses (31°23′30.67″N 35°6′44.45″E), Palestyna, 2012-15


Alicja Dobrucka: Houses (31°23′30.67″N 35°6′44.45″E), Palestyna, 2012-15


Alicja Dobrucka: Houses (31°23′30.67″N 35°6′44.45″E), Palestyna, 2012-15
 

No dobrze, ale tę historię można było opowiedzieć w zupełnie bezpośredni – dokumentalny sposób, ty ją odrealniłaś, dlaczego?

Kiedy wróciłam do Londynu, w którym mieszkam na stałe, czułam, że nie jestem w stanie opowiedzieć o tym, co tam przeżyłam. Miałam wrażenie, że wylądowałam w miejscu tak bardzo oddalonym od normalnego życia, że najdalsze pustkowie czy środek dżungli wydają się bliższe. Poza tym media na co dzień zalewają nas obrazami przemocy i nędzy panującej na tamtych terenach, nie chciałam powielać tej kliszy. Postanowiłam, że ten projekt będzie cichy i zakodowany, ponieważ te domy wyglądają biednie i smutno, giną w otaczającym je surowym krajobrazie, postanowiłam je uwidocznić. Stąd wzięło się to czarne tło.

 

Trzeba też dodać, że te domy udają namioty… Czemu?

One są pokryte brezentem, czasem płótnem, bo mają sprawiać wrażenie tymczasowych konstrukcji, ale materiał skrywa dość solidne betonowe struktury. Z drugiej strony mieszkańcy Susyi to Beduini, nomadyczny lud pasterzy, którym estetyka tymczasowości może być po prostu bliska. Mnie te tworzywa skojarzyły się z draperiami pojawiającymi się na obrazach starych mistrzów, jest w nich jakiś element malarskości, mimo ponurych okoliczności… Chciałam, żeby ta teatralność i niedosłowność dały widzowi przestrzeń do wyobrażania sobie wielu rzeczy, czytania niuansów.

 

Mam wrażenie, że większość twoich projektów negocjuje status swojej dokumentalności – jednocześnie jest i nie jest dokumentem. Interesuje mnie, czym jest dla ciebie fotografia jako medium i jak postrzegasz swoją pozycję jako fotografki?

Na pewno myślę, że trudno jest uciec od politycznego wymiaru tego medium, bo czegokolwiek nie sfotografujesz to ono ma indeksykalny związek z rzeczywistością, więc reprezentuje coś, co gdzieś jest. Do tego jednak czyni to w bardzo specyficzny i subiektywny sposób, ponieważ fotograf zawsze wybiera gdzie i jak spojrzeć. Kompletnie nie zgadzam się z poglądem, że fotografia przekazuje jakąś prawdę. Bo zawsze ta „prawda” jest wypadkową jednostkowego spojrzenia i okoliczności. Pewnie dlatego staram się walczyć z dokumentem, pozostając jednak w jego granicach. Chociaż zdarzyło mi się realizować projekty stricte dokumentalne jak Concrete Mushrooms, czyli serię przedstawiającą niewielkie betonowe bunkry – spuściznę po komunistycznej dyktaturze Envera Hodży – wrośnięte w albański krajobraz jak grzyby w las. Wszystko zaczęło się od tego, że otrzymałam nagrodę od albańskiej organizacji w mieście Korcza, ona jednocześnie była organizatorem festiwalu reagge, na który pojechałam i wylądowałam na plaży z takimi właśnie bunkrami. Tam też poznałam dziennikarza magazynu „Domus”, który akurat pisał magisterkę o historii bunkrów i z nim wyruszyłam w niesamowitą podróż w ich poszukiwaniu. Z biegiem lat one kompletnie zmieniły swoje funkcje, na przykład przekształciły się w restauracje, niektóre uległy zniszczeniu.

 

Porozmawiajmy o twojej najbardziej osobistej pracy, która zaczęła się w 2008 roku i trwa do dziś. W projekcie I Like You, I Like You a Lot dokumentujesz siebie, swoją rodzinę, a także znajomych i najbliższe otoczenie, po tragedii, jaka was dotknęła, czyli utonięciu twojego 13 letniego brata Maksa. Czemu zdecydowałaś się upublicznić waszą żałobę?

W tamtym czasie przygotowywałam pracę dyplomową na Goldsmiths College w Londynie, dostałam sms od taty, że Maks nie żyje i żebym przyjeżdżała do domu. Pojechałam tam i zniknęłam. Oczywiście, nie myślałam o tym jako o projekcie. Mój tata po prostu poprosił mnie, żebym robiła zdjęcia. Miałam tylko aparat koleżanki z filmem, nie wiedziałam, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Robiłam te zdjęcia też dla siebie, żeby mieć dowód, móc spojrzeć na nie za dwa miesiące i wiedzieć, że to naprawdę się wydarzyło. Po jakimś czasie odezwali się do mnie nauczyciele, pytając, co ze mną, czy chcę na jakiś czas zrezygnować. Opowiedziałam im o tych zdjęciach i wtedy pojawił się pomysł, żeby je pokazać jako mój dyplom, bo wtedy tak wyglądało moje życie, to mnie pochłaniało. Potem w ramach konkursu Deutsche Bank Fine Art Photography Award zdecydowałam się rozszerzyć ten projekt na najbliższych kolegów brata, pokazać, kim był poprzez jego najbliższe otoczenie.


Alicja Dobrucka: I Like You, I Like You a Lot, od 2008


Alicja Dobrucka: I Like You, I Like You a Lot, od 2008


Alicja Dobrucka: I Like You, I Like You a Lot, od 2008
 

Ciekawe jest, jak na przestrzeni lat ten projekt ewoluuje: o ile na początku był on jedną z form przepracowywania żałoby, o tyle teraz stał się sposobem pamiętania poprzez dokumentowanie czyjejś nieobecności. Jaki masz do niego dziś stosunek?

Na pewno na początku było mi trudno znaleźć dystans, patrzyłam na zdjęcia, które dużo mówiły mnie, a widzowi niewiele, to była ciągła negocjacja z samą sobą. Zresztą cały czas zmieniam skład tych fotografii, coś znika, coś innego się pojawia.

 

Myślisz, że umiałabyś podjąć decyzję o jego zakończeniu?

To bardzo dobre pytanie, bo właśnie się zastanawiam, czy nie zabrać aparatu do Kowar po raz kolejny i zobaczyć co się teraz dzieje z chłopcami – kolegami brata. Niektórzy maja już teraz rodziny, inni studiują, ale z tego co wiem militarna pasja nie opuściła ich tak do końca.

Uważam ze to projekt wyglądałby bardzo fajnie jako książka i mam nadzieje, że pewnego dnia zobaczę go w tej formie. Tak, myślę, że umiałabym i że wypadałoby podjąć decyzję o jego zakończeniu lub odwrotnie: kontynuować go do końca życia, ale robić to systematycznie. Ta decyzja wyklaruje się w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

Gdy studiowałam na LCC, zepsuła się maszyna do wywoływania negatywów i duża cześć materiałów z jednej z wypraw uległa zniszczeniu. Zawsze się zastanawiam, co na nich było. Może to dlatego cały czas czuje taki niedosyt. Projekt zawsze powstawał bardzo organicznie i jeśli zdecyduje się kontynuować pracę, to chciałabym zachować ten styl działania.

 

Dwa projekty realizowałaś w Mumbaju. Pamiętasz jak trafiłaś na hasło „nie zapraszasz tu tylko przyjaciół, ale również ich podziw i respekt” albo „jak wiele zazdrości możesz znieść” i jeszcze „tam gdzie niebo romansuje z morzem”?

Oczywiście, są to slogany towarzyszące fantazyjnym wizualizacjom mieszkań sprzedawanych w wyrastających jak grzyby po deszczu wieżowcach w przestrzeni Mumbaju. Wszystkie przeznaczone są dla dysponującej kupą siana klasy wyższej. Mumbaj liczy 26 milionów mieszkańców, jest głośny, brudny i bardzo zatłoczony, poza tym położony jest na wyspie Salsette, nie ma tu miejsca na rozrost horyzontalny, miasto musi piąć się w górę. Im wyżej mieszkasz, tym większym dostępem do ciszy dysponujesz i tym wyższy jest twój status.

 

Cisza staje się synonimem bogactwa…

Dokładnie. Kiedy w 2013 roku zaczęłam realizować projekt Life is On a New High, na indyjskim rynku mieszkaniowym panował kompletny szał, deweloperzy dostali kopa i wybudowali za dużo tych „posiadłości w chmurach”, więc do dziś część stoi pusta. Mumbaj ma ponoć największą na świecie liczbę budynków pozostających od 20 lat w stanie konstrukcji. Do niektórych z nich wprowadziła się klasa najbiedniejsza. W zamian za przyzwolenie na ten proceder, „czynsz” pobiera od nich stróż lub policjant oddelegowany do pilnowania nieruchomości. Zresztą wieżowce również powstają, dzięki temu że ktoś na coś przymknie oko i pozwoli na przykład wyburzyć historyczne budynki, by na ich miejscu mógł stanąć drapacz chmur. Ciekawe jest też to, że te budynki pod względem estetyki mają kopiować amerykańskie biurowce, ale przecież ich funkcja jest zupełnie inna! W każdym razie w tamtym czasie masowo produkowano gazetki reklamujące ten spełniony sen o mieszkaniu „tam gdzie niebo romansuje z morzem”, listonosz zawsze przynosił je w sobotę, nie mogłam się doczekać. Dziś tego typu gazetki wypełniają reklamy telefonów komórkowych – w Indiach wszystko bardzo szybko się zmienia. Najpierw stwierdziłam, że będę pracować tylko na tych ogłoszeniach wizualizujących pragnienia najbogatszych, ale potem ktoś mi zasugerował, że przecież jestem fotografką i może po prostu sfotografuję te budynki, szczególnie że z zewnątrz one nie wyglądają specjalnie zachęcająco, bo widzisz też to, co dookoła nich... W efekcie na projekt składają się fotografie dokumentalne i wybrany materiał z ogłoszeń.


Alicja Dobrucka: Life Is On a New High, Mumbai, 2013-2015


Alicja Dobrucka: Life Is On a New High, Mumbai, 2013-2015

 

Twój drugi indyjski projekt też opowiada o pragnieniach, tym razem klasy niższej. Paradoksalnie nie są one bardzo różne od marzeń bogaczy, inna jest natomiast ich forma. Wizualizacje mieszkań w wieżowcach w swej kiczowatości są jednak realistyczne, podczas gdy obrazy na tłach fotograficznych nie ukrywają, że są jedynie sennym marzeniem – owszem kiczem, ale podszytym surrealizmem. Jak myślisz dlaczego tak jest?

Projekt Scenery niby jest czysto dokumentacyjny: składa się z fotografii teł, na których ludzie robią sobie zdjęcia w zakładach fotograficznych. Mamy więc bajkową krainę z jeziorem i górami, które w Indiach znajdują się tylko na północy, biblioteczkę, ozdobne schody z grecką kolumną i tym podobne scenerie zapożyczone chyba przede wszystkim z filmów. Ich dziwność i nierealność bierze się chyba gównie z tego, że kto inny je projektuje, a kto inny maluje i najczęściej ten ktoś nie posiada jakiś wybitnych umiejętności na tym polu. W ogóle temat teł bardzo mnie interesuje, mam naprawdę spore archiwum teł z Photoshopa. Ich fotografowanie uruchamia grę pomiędzy fikcją i realnością, które zamieniają się miejscami. Muszę ten temat jeszcze jakoś pociągnąć…


Alicja Dobrucka: Scenery, Mumbai, 2015


Alicja Dobrucka: Scenery, Mumbai, 2015
 

Bardza ciekawa, ale też w jakiś sposób symboliczna jest realizowana przez ciebie od kilku lat praca Encounters, która polega na tym, że jezdzisz po świecie z łowicką wycinanką przedstawiającą koguty i prosisz lokalnych artystów bądź rzemieślinków, by wpisali ją w swój kontekst kulturowy, to znaczy wytworzyli jej lokalnego sobowtóra. Niby zawłaszczasz w ten sposób strategię produkcyjną późnego kapitalizmu, w którym lokalność rozpływa się w globalności, ale robisz to tylko po to, by ją podważyć. Bo ostatecznie ten projekt jest rodzajem hołdu dla lokalnego rzemiosła, który jak sama mówisz jest przecież historycznym początkiem sztuki, mimo że przez „globalną” sztukę współczesną uznawany jest za coś gorszego. Interesuje mnie, jak przebiegały twoje negocjacje z lokalnymi rzemieślnikami, bo przecież ta łowicka wycinanka ostatecznie nic dla nich nie znaczyła?

Chodziło mi przede wszystkim o to, by oni nie starali się kopiować samego wzoru, dlatego za każdym razem podkreślałam, że on stanowi tylko punkt wyjścia. Chciałam jakoś otworzyć ich umysły, choć koniec końców okazało się to trudne, bo ich praca jest w gruncie rzeczy bardzo odtwórcza. Ale na przykład pan Abbas z Indii, który na co dzień lepi z gliny ozobne talerze, bardzo zainteresował się tą symboliką i podjął próbę jej przełożenia na kontekst hinduski. W efekcie ulepił talerz z pawiem zamiast koguta w roli głównej. Z kolei pan z Turcji, który wyrabia ozdobne noże, koniecznie uparł się, żeby zrobić świetnie działający nóż, mimo że ja sugerowałam mu przedmiot pozbawiony funkcji. Czasem mam koncept tego, co bym chciała, ale ostatecznie daje im wolną rękę, bo ważne by byli zadowoleni ze swojej pracy.  Do tej pory odwiedziłam trzy kraje: Indie, Turcję i Palestynę, ale może niedługo będę w Japonii.

Jeśli chodzi o kwestię globalności, to rzeczywiście jest tak jak mówisz, czyli że ta lokalność rozpływa się w globalności, czego sama doświadczyłam, chcąc w ramach Encounters współpracować z brytyjską fabryką wyrobów koronkowych Nottingham Lace. Okazało się że to niemożliwe, bo cała produkcja jest przeniesiona do Chin…

Inną ważną kwestią jest sytuacja samych rzemieślników: oni często wytwarzają rzeczy uznawane za bezużyteczne, a do tego produkcja jest bardzo czasochłonna. Na przykład panie w indyjskiej wiosce jedną narzutę na łóżko potrafią tkać kilka miesięcy, więc to nie jest produkt, z którym mogą konkurować na rynku. Do tego są bardzo źle opłacane. W ogóle z moich obserwacji wynika, że kobiety wykonują najbardziej czasochłonne prace, właśnie takie jak wyszywanie, podczas gdy mężczyźni (nieco lepiej opłacani) najczęściej pracują z barwnikami tkanin.


Alicja Dobrucka: Encounters, od 2011


Alicja Dobrucka: Encounters, od 2011


Alicja Dobrucka: Encounters, od 2011


Alicja Dobrucka: Encounters, od 2011
 

Jesteś polską artystką na stałe mieszkającą w Londynie. Udaje ci się żyć dzięki pracy twórczej. To jest jednak ewenement. Oprócz ciebie takimi artystkami są jeszcze Joanna Piotrowska czy Goshka Macuga. Dlaczego zdecydowałaś się na wyjazd?

Haha! Życie ze sztuki – trudna to sztuka, szczególnie kiedy ma się polski paszport i mieszka się w UK, gdzie finanse na sektor kulturalny ciągle są redukowane.

Artysta jak każdy inny freelancer musi mieć kilka różnych źródeł dochodu, bo nie da się wyżyć w Londynie z nieregularnych zastrzyków gotówki, w szczególności gdy pracuje się analogowo z dużym formatem. Jest to bardzo drogi i czasochłonny proces. Do tego ja nad różnymi projektami pracuję w różnych częściach świata, więc tym bardziej nie mam stałego źródła dochodu. Fotografuję więc przestrzeń i budynki dla firm i pracowni architektonicznych.

Co do wyjazdu: pochodzę z małej wioski i zawsze wiedziałam, że nie chcę w niej być. Kiedy byłam w liceum rodzice wysłali mnie na kurs językowy, pokochałam Londyn i zaraz po maturze do niego wróciłam. Potem pojechałam na rok do Pragi na studia, a MA robiłam już z powrotem w Londynie. Nigdy nie myślałam, żeby wrócić.  Może się za bardzo rozpraszam, bo pomieszkuję też w Indiach, a ostatnio w Kanadzie, więc proces wrastania gdzieś korzeniami przebiega u mnie dość wolno.

 

Alicja Dobrucka (ur. 1985) – absolwentka praskiej FAMU, a także Goldsmiths College i London College of Communication. Swoje prace pokazywała na wystawach indywidualnych i zbiorowych w Wielkiej Brytanii, Polsce, Australii, Albanii czy Niemczech. Zwyciężczyni prestiżowego konkursu Deutsche Bank Fine Art Photography Award and Grant. Mieszka i pracuje w Londynie.