Widok wystawy "Część wspólna", fot. Alicja Kielan

WSPÓLNIE MARNOTRAWIONY CZAS

O poświęconej oddolnym inicjatywom kulturotwórczym wystawie Cześć wspólna – archiwum społeczne z pracującymi w kuratorsko-artystycznym tandemie Joanną Synowiec i Dominiką Łabądź rozmawia Joanna Kobyłt

 

Czym jest tytułowa „część wspólna”?

Dominika Łabądź: Tytuł odnosi się do kilku kwestii. Po pierwsze dotyczy naszego sposobu pracy. Długo szukałyśmy metody, w której obie czułybyśmy się dobrze, rozmawiałyśmy często o swoich kompetencjach. Uznałyśmy, że podział na artystkę i kuratorkę jest tu nietrafiony, rozmywa się. Stąd pomysł, aby nazwać się tandemem kuratorsko-artystycznym.

Drugi aspekt dotyczy zagadnienia autorstwa. Pracujemy na materiale archiwalnym. Dokumenty te są często tworzone i opracowywane przez osoby, które pozostają anonimowe. Postulowane archiwum społeczne to też nawoływanie do tego, aby wspólnie pielęgnować historię niezależnej kultury i się nią zajmować. To jest właśnie nasza „część wspólna”.

Joanna Synowiec: Trzeci wątek to aktywność grup, które przedstawiamy. Są to różne inicjatywy, z pozoru do siebie niepodobne – od skłotów, niezależnych galerii sztuki, przez kolektywy muzyczno-radiowe, pisma krytyczne, ziny, wydawnictwa, kolektywy robiące artystyczne interwencje, na grupach ekologicznych czy feministycznych kończąc. Wszystkie jednak mają ze sobą coś wspólnego – podobne doświadczenia, sposoby organizowania się i działania. Sama aktywność w oddolnej, niehierarchicznej inicjatywie jest tworzeniem przestrzeni wspólnej – mentalnej, symbolicznej, a czasem też fizycznej. Potrzeba budowania wspólnoty także jest „częścią wspólną”. To nas zainspirowało. Aktywność w polu grupowym nie zawsze ma cel, nie zawsze oznacza dążenie do określonego skutku. W tych przypadkach, na których pracujemy, to raczej chęć tworzenia tymczasowej wspólnoty.

 

Dlaczego taka „część wspólna” jest potrzebna działaczom?

J.S.: To wynika z potrzeby wolności, swobodnego działania, stwarzania swojego miejsca. O realizowaniu tej potrzeby traktuje właśnie nasza wystawa. Bliska mi jest teoria milenialsów – największa ilość grup niezależnych powstała w latach 2000–2010 i była tworzona przez ludzi urodzonych w latach 80. Moim zdaniem chęć uczestnictwa w oddolnych ruchach była alternatywą dla wszechobecnego przymusu indywidualizmu, konieczności osiągnięcia jednostkowego sukcesu. Roczniki 80. to pokolenie zwycięzców lub przegranych. Skłoty i niezależne galerie stawały się miejscem oddechu od tej perspektywy. Bycie w grupie realizującej inne założenia było antidotum na pędzący kapitalizm, dawało możliwość wyłączenia się z kulturowego przymusu.

D.Ł.: Warto też dodać, że ówczesny kapitalizm nie był aż tak skostniały jak ten, z którym mamy do czynienia dziś. Jako wciąż świeża struktura polityczna był znacznie bardziej elastyczny, miał wiele luk pozwalających działać wbrew narzucanej przez niego narracji. Można było się gdzieś wepchnąć, zrobić coś po swojemu. Samo zajęcie przestrzeni – budynków – było znacznie łatwiejsze. Dziś mamy już inną sytuację i działanie w taki sposób jest trudniejsze. 

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

To znaczy, że era skłotów się skończyła? 

D.Ł.: Można tak powiedzieć. Poza nielicznymi wyjątkami dawne skłoty zmieniają się w legalne centra kultury, ośrodki aktywności lokalnej. Nowo stworzona struktura nie powiela wcześniejszych schematów.

J.S.: Myślę, że wszystko rozbija się o skuteczność. Możesz o niej mówić wtedy, gdy masz jasno określone cele, posiadasz plan i strategię. Mało grup w tamtym czasie działało w oparciu o taki schemat. Koncentrowały się wokół idei, a swój cel osiągały po prostu będąc, spotykając się, tworząc symboliczną przestrzeń. Ważniejsze były relacje i wspólnie „marnotrawiony” czas. Taką inicjatywą było choćby Food Not Bombs. Inny świetny przykład to Linux party – oczywiście chodziło tam o szerzenie alternatywnego oprogramowania, ale był to pretekst do wymiany wiedzy, umiejętności i wspólnego spędzania czasu.

 

Stworzyłyście mapę niezależnych bytów, zarówno tych nieistniejących, jak i istniejących. Pokazałyście na niej relacje pomiędzy grupami i wpływy. Jaki obraz się z niej wyłania?

J.S.: Dziś grupy oddolne formują się inaczej i wokół inaczej zdefiniowanego celu. Rysując mapę, chciałyśmy uchwycić moment powstawania fermentu, czyli tę chwilę, gdy w pewnej grupie ludzi zaczyna się coś wydzielać. Zaczyna się wytwarzać kolektywna energia, która może być tym, co w publikacji Fabryka sztuki  Wolnego Uniwersytetu Warszawy zostało nazwane „artyzolem”. W tym wypadku nie jest to jednak tylko rekompensata za trud pracy i brak wynagrodzenia, lecz przede wszystkim czysta frajda.

 

Pracujecie w grupie roboczej nad metodologią archiwum społecznego. Jakie są narzędzia do tworzenia obrazu pamięci niezagarniętej przez żadną instytucję?

J.S.: Naszym głównym postulatem jest pogodzenie się z tym, że archiwum nigdy nie będzie pełne i skończone. Będą w nim obszary lepiej i gorzej opracowane w zależności od potrzeb archiwistów. Nie będzie miało linearnego układu, będzie raczej przypominać patchwork lub mapę myśli. Zebrany materiał jest bardzo różny, ponieważ aktywność i długość trwania podmiotów była różna. Centrum Reanimacji Kultury (CRK), które działa od 20 lat, posiada tysiące zdjęć z koncertów, wystaw, festiwali i towarzyskich spotkań, tony plakatów, ulotek, zdjęć i nagrań. Z kolei „69 sekund na ucieczkę”, czyli kolektyw artystyczny działający interwencyjnie, zrobił dosłownie kilka akcji. Nie będziemy rozstrzygać, co było ważniejsze, ale mamy świadomość takich różnic. Opracowujemy różne przypadki.

D.Ł.: Nie jest to archiwum opracowane naukowo, zgodnie z regułami archiwistyki. Jest amatorskie i to jego duża zaleta. Będzie przypominało raczej zbiór niż kolekcję. Wyłoniliśmy trzy aspekty, które nas interesują: zajmiemy się chronologicznym opracowaniem zjawisk, praktykami i sposobami działania, przestudiujemy też przypadki. Jednym z narzędzi będzie wywiad, czyli historia mówiona. Wyłuskamy także śmieszne sytuacje, które mogą stać się przydatnymi wskazówkami na przyszłość: instrukcję, jak uniknąć konfliktów w grupie, albo przypomnienie, żeby zawsze pamiętać o bateriach do megafonu, jeśli organizujemy protest. Społeczne archiwum oznacza po prostu ludzkie archiwum. I zamierzamy się przy tym bawić. 

Grupę roboczą tworzą osoby związane z przeróżnymi patainstytucjami: nieistniejącą już niezależną galerią U, queerowym stowarzyszeniem „Q Alternatywie”, wspomnianym CRK czy feministyczną Inicjatywą 8 marca. Staramy się przyglądać grupie roboczej, którą tworzymy, jako pewnej modelowej sytuacji bycia w zespole.

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

Pojawia się w końcu pojęcie patainstytucji, a więc kolektywów rozczarowanych instytucjami. Czy to rozczarowanie może być jakąś wartością na przyszłość?

J.S.: Wysyp tego typu inicjatyw nie wiąże się z kryzysem instytucji. To raczej objaw tego, że dla działaczy i twórców nigdy nie było w nich miejsca. Potrzeba niezależności wynika nie tyle z faktu zmęczenia instytucjami, ile raczej z ich niedostępności. Samoorganizacje tworzą się po to, żeby mieć wolność w działaniu i możliwość samodzielnego podejmowania decyzji, ponieważ instytucje często nie są w stanie stworzyć takich warunków. To mit, że są parasolami, że udzielają wsparcia grupom oddolnym. Oczywiście instytucje mogą też współpracować z patainstytucjami – te relacje różnie się układają. Niezaprzeczalnie jednak obie strony potrafią czerpać od siebie i ta wymiana jest ważna.

D.Ł.: Powodem powstawania oddolnych inicjatyw była nie tyle potrzeba stworzenia kontry, ile raczej niemożność spożytkowania energii. Również tej zawodowej, związanej z rynkiem pracy.

 

Tak zwani robotnicy kultury wiedzą, że ta energia bywa zabójcza. Mam na myśli zjawisko autowyzysku. Rozmawiacie o tym w grupie roboczej? Macie pomysły jak temu przeciwdziałać?

D.Ł.: Oczywiście, rozmawiamy. Samowyzysk jest prawdziwą zmorą. Przez wiele lat nie byłam do końca świadoma tego zjawiska. Często przeliczałam swój wkład w prace galerii U na „roboczogodziny”. Roboczogodziny stały się podstawową jednostką miary, dzięki której możliwe było oszacowanie naszego wkładu własnego na przykład podczas remontu całego budynku. Ale lektura Fabryki sztuki, w której zostało to nazwane, pozwoliła mi w pełni zauważyć taki stan rzeczy. Czy powstały jakieś pomysły na to, jak radzić sobie z autowyzyskiem? Nie wiem… Ja radzę sobie tak, że nie prowadzę już niezależnej galerii.

J.S.: To jest pytanie dotyczące praktyk działania. Jak działać, żeby się nie spalać i nie przepracowywać, jak radzić sobie z kryzysami i zwątpieniami i robić to tak, żeby to jednak ciągle była zabawa? Tu znów wracamy do wątku skuteczności, on zaś łączy się z wątkiem ambicji. Frustracja często wynika z tego, że jako pokolenie mamy zbyt duże ambicje i fiksujemy się na skuteczności. Pragnienie sukcesu, medialnego zainteresowania, widzialności i wpływu na decyzje urzędników bardzo mocno przesłania nam inne wartości. Nie potrafimy się cieszyć z tego, że dochodzimy do pewnych rzeczy stopniowo, małymi kroczkami, i nie potrafimy się pogodzić z tym, że efekty wcale nie muszą być spektakularne. To jest mocno uwarunkowane kulturowo.

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

Widok wystawy, fot. Alicja Kielan

W przestrzeni sztuki jednostkowy sukces wciąż pozostaje fetyszem. Potrzeba indywidualizmu jest w tym polu bardzo duża. Przestrzeń wystawy, a więc wypowiedzi artystycznej, jest ciągle zdominowana przez ego kuratora i ego artysty. Kolektywnych wątków wciąż jest niewiele, dopiero w ostatnich kilku latach zaczęliśmy się interesować tematem rozproszenia autorstwa.

D.Ł.: To prawda, choć wydaje mi się, że świat sztuki dlatego nie interesuje się takimi działaniami, że podważają one reguły rynku. Mimo że nie mamy w Polsce do czynienia z zachodnioeuropejskim obiegiem prac, ten schemat działa w polu instytucji i krytyki artystycznej. W Polsce anonimowi artyści tworzący w kolektywie to w najlepszym przypadku The Krasnals… i na tym się kończy. Dlatego też z optymizmem patrzę na takie grupy jak Slavs and Tatars, bo choć funkcjonują w obiegu, to jednak proponują nieco inne rozłożenie akcentów.

J.S.: To, co niepokoi mnie w indywidualistycznym podejściu, to potrzeba rywalizacji, udowadniania wszystkim, że jestem najlepsza / najlepszy. Taka sytuacja często kończy się konfliktem, który wszystko ucina. Nie ma tutaj dobrych recept – trzeba zdawać sobie sprawę z naszych uwarunkowań kulturowych i nad nimi pracować. Rozmycie siebie w grupie to wbrew pozorom bardzo trudne zadanie i trudne doświadczenie. Żeby przyhamować swoje jednostkowe cele, trzeba się postarać. Warto jednak pamiętać, że nie musimy się zapisywać na kartach wielkiej historii.

 

+++

Cześć wspólna to wystawa – archiwum społeczne niezależnych, oddolnych ruchów społecznych, artystycznych i muzycznych pokazywana w galerii Studio BWA Wrocław. Prezentowała zgromadzone artefakty i ślady działalności inicjatyw działających we Wrocławiu w ciągu ostatnich 20 lat. Można było na niej zobaczyć plakaty, zdjęcia, wywiady z działaczami oraz inne dokumenty życia codziennego. Było to jednak nie tyle obiektywnie uporządkowane archiwum, ile raczej subiektywna mapa nieformalnych praktyk organizowania się. Treść wystawy ulegała zmianie – w trakcie jej trwania każdy posiadacz podobnych obiektów mógł wzbogacić zbiór o swoje osobiste pamiątki.

Dominika Łabądź (1981) – artystka wizualna. Uprawia działalność interdyscyplinarną. Wykorzystując różne media, tworzy instalacje, wideo, obiekty i działania w przestrzeni publicznej. Współzałożycielka wrocławskiej galerii U, działającej w latach 2009–2014. Członkini kolektywu Sitwa. W swojej pracy chętnie opiera się na kooperacji, wybierając techniki DIY. Doktorantka na Wydziale Malarstwa i Rzeźby ASP we Wrocławiu. Stypendystka licznych programów, m.in. Ministry Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Joanna Synowiec (1980) – animatorka kulturalna, kuratorka m.in. takich projektów jak Tajsa w BWA w Tarnowie i współredaktorka publikacji Tajsa czy Ubytek Dominiki Łabądź w galerii Entropia we Wrocławiu. Stypendystka Ministry Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2015 roku. W latach 2009–2013 współprowadziła kulturalno-społeczne miejsce Falanster. Redaktorka „BIURA” i „Recyklingu Idei”, członkini Stowarzyszenia Nomada.