Wiktoria Wojciechowska: "Iskry", dzięki uprzejmości artystki

WCIĄŻ TEN SAM BŁĄD

Chłopaki poszli walczyć w adidasach, bez kamizelek kuloodpornych czy hełmów, mając za sobą dwa tygodnie „walki na pałki” na poligonie. Niektóre czołgi i broń ukradli z muzeum - opowiada Wiktoria Wojciechowska, która przez dwa lata jeździła na pogrążoną w konflikcie Ukrainę, czego efektem jest projekt Iskry

 

Pokazywany w warszawskim Biurze Wystaw projekt Iskry to efekt twoich dwuletnich podróży na front wojny domowej na Ukrainie. Czemu właściwie w 2014 roku zdecydowałaś się tam pojechać i opowiedzieć o przemocy i traumie, jaka dotyka żołnierzy zaangażowanych w konflikt?

Pojechałam tam, bo zwyczajnie poruszył mnie fakt, że ta wojna dzieje się tuż obok nas. Nie mogłam uwierzyć w to, że pewnego dnia, tak po prostu, gdzieś obok ludzie zaczęli do siebie strzelać, bombardować swoje domy i nikt się temu nie sprzeciwił, nie powstrzymał tej fali przemocy.

Czy jechałaś tam z określonymi oczekiwaniami? A jeśli tak, to czy zostały one zweryfikowane przez rzeczywistość?
Realia wojny znałam tylko z książek, filmów, zdjęć i telewizji, ale one nie budowały we mnie jakiegoś zestawu oczekiwań. Tak naprawdę o wojnie nie wiedziałam nic albo tyle, ile wie dziecko. Postanowiłam spotkać ludzi, którzy jej doświadczyli i na podstawie tego, co mi powiedzą czy pokażą, zarysować strukturę tego granicznego doświadczenia.

W jaki sposób dotarłaś do swoich bohaterów i jak wyglądał proces wchodzenia w ich świat?
Gdy pierwszy raz pojechałam na Ukrainę, nie miałam dokładnego planu działania. Szukałam żołnierzy i wolontariuszy, z którymi mogłabym porozmawiać. Od nich zdobyłam kolejne kontakty. Z upływem czasu było mi coraz łatwiej, ponieważ oni zaczęli mi ufać. Na początku w ogóle nie podejrzewałam, że tak długo będę realizować ten projekt i że tak wiele osób zechce mi pomóc.
Wchodzenie w historię konkretnych ludzi zależało oczywiście od tego, jak wiele chciały opowiadać o swoich doświadczeniach. Ja pozwalałam im mówić, ale do niczego nie zmuszałam i nie dopytywałam na siłę. Sądzę, że mówili tyle, ile chcieli. Na podstawie jednej z takich rozmów powstało wideo Portret żołnierza, w którym Volodya opowiada różne historie od momentu gdy pojechał na wojnę, aż po czas gdy na nowo szukał swego miejsca w społeczności po powrocie do rodzinnego miasta.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

Czemu o tym konflikcie postanowiłaś opowiedzieć, posługując się wyłącznie głosami młodych mężczyzn, czasem wręcz chłopców?

Taki był mój pierwszy pomysł. Chciałam pokazać, że historie wojenne zawsze zataczają koło. Nie ma zbyt wielkiej różnicy pomiędzy obecnym konfliktem na Ukrainie a wojnami, które znamy z książek historycznych. Ludzie wciąż popełniają te same błędy i muszą na własnej skórze doświadczyć przemocy, aby poczuć jak bardzo jest ona zła. Bohaterowie książki Ericha Marii Remarque’a Na Zachodzie bez zmian ze szkolnych ławek trafili w sam środek I Wojny Światowej, analogicznie młodych Ukraińców zapowiadający się pokojowo Majdan rzucił w okopy. 
Jeden z chłopaków – dziewiętnastoletni Bodzio – ze śmiechem opowiadał mi o tym, że kiedy wrócił do domu, rodzina kazała mu się udać do psychologa. Podczas spotkania terapeuta uciekł z gabinetu, gdy usłyszał jego historię. Siedemnastoletni Nazar tłumaczył mi, że sposób, w jaki ludzie reagują na wojnę, nie zależy od wieku, nawet ci dorośli – dwudziestokilkuletni, trzydziestoletni mężczyźni wariowali.

Mam wrażenie, że każdy kto zetknął się z wojną, doświadczył jej na własnej skórze, „dorasta” albo już nigdy nie jest tym, kim był wcześniej. Podczas realizowania projektu i kolejnych powrotów na Ukrainę miałam okazję spotykać się kilkukrotnie w różnych odstępach czasu z chłopakami, których fotografowałam. Każdy z nich zmieniał się na swój sposób, ale też odzwierciedlał przeobrażenia, do jakich dochodziło w społecznym postrzeganiu tego konfliktu. Kiedy odwiedziłam ich wiosną 2016 roku z coraz większym trudem potrafili wytłumaczyć, dlaczego wciąż walczą. Powtarzali, że chodzi o utrzymanie linii frontu i nic ponadto. Tak jakby sami zadawali sobie pytanie o sens tej wojny. Mnie też pytali o cel projektu i dlaczego właściwie chcę mówić o tej wojnie, przecież ona już nikogo nie obchodzi. Wśród Ukraińców panuje ogromne zmęczenie konfliktem.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

Na wystawie pokazujesz film, w którym młody chłopak – twój brat – próbuje naciągnąć cięciwę łuku. W kontekście Iskier, ten obraz staje się symboliczny. Nie masz wrażenia, że wizerunek, do którego wciąż aspirują mężczyźni – albo w jaki wpisuje ich współczesna kultura – mimo upływu setek lat tak naprawdę niewiele się zmienił?
Nie wiem, czy mężczyźni aspirują do niego na codzień. W tej konkretnej sytuacji wojny – na pewno tak. Obraz idealnego żołnierza i związany z nim szacunek otoczenia, pozwalają im legitymizować popełniane czyny i nie wątpić w jej słuszność. Jedna z moich pierwszych obserwacji dotyczyła sposobu, w jaki żołnierze, których poznałam, prezentują siebie w mediach społecznościowych – jaki obraz siebie kreują. Okazał się on nadzwyczaj bliski temu, co my wiemy o „etosie woja”. Rzeczywistość frontu to ciągły niepokój i mierzenie się z własnymi słabościami, dylematami moralnymi. „Musisz poczuć, że już jesteś martwy” mówi Evgeni, a potem wykonywać rozkazy. Potem dodaje: „wróg to nie człowiek”. Jak można żołnierzowi zrekompensować to, że zabija i może zostać zabity? Tylko przez szacunek okazany przez państwo i społeczeństwo, poprzez kształtowanie jego wizerunku jako wybawcy i „prawdziwego mężczyzny”.
Mój młodszy brat, który w filmie usiłuje naciągnąć cięciwę na łuk, jest symbolem świata, w których ci chłopcy funkcjonują „przed wielką próbą”. Jego działanie stanowi nieudaną próbę wejścia w rolę mężczyzny. Broń, która w dzisiejszych czasach służy jedynie do zabawy, tak samo nie pasuje do współczesnych realiów jak drewniane kije, którymi młodzi Ukraińcy – przyszli żołnierze – walczą ze sobą na poligonie. Cykl Czarne kolaże, jaki powstał na podstawie dokumentowania tych ćwiczeń, oraz inne powieszone obok niego prace pokazują bezsens wojny oraz niemożliwość ucieczki przed psychicznymi i fizycznymi konsekwencjami, jakimi naznacza ona żołnierzy.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

Opowiedz, co stało się z ludźmi, których spotkałaś.
Ich życie można podzielić na przed, w trakcie i po doświadczeniu wojennym. Często jest im bardzo trudno wrócić do normalności. Na Ukrainie brakuje pomocy psychologicznej i psychiatrycznej dedykowanej kombatantom. Tylko niewielka część byłych żołnierzy korzysta z terapii organizowanych przez pozarządowe organizacje.
Ich osobista tragedia odbija się na całych rodzinach, bo zazwyczaj cierpią oni na PTSD. Tę traumę przenoszą na innych, stopniowo tracąc kontakt z rodziną i przyjaciółmi. System wartości, jakim rządzi się wojna, jest niedostosowany do codziennych realiów, normalne problemy są dla żołnierzy zbyt błahe. Nie potrafią rozmawiać z żoną o niezapłaconych rachunkach, kiedy kilka dni wcześniej walczyli o życie. Pojawia się agresja, niepokój i rozczarowanie. Piętno wojny odciska się na całym społeczeństwie, a jego efekty zapewne będą odczuwalne jeszcze przez długi czas. Wojna nie hartuje dusz i ciał, wyniszcza kraj i człowieka.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

 Dlaczego w twojej opowieści prawie w ogóle nie pojawiają się kobiety?

Przez długi czas chciałam uwzględnić dziewczyny w serii portretów. Kobiety na froncie zwykle zajmują się pomocą medyczną, czasem są snajperkami. W trakcie pracy nad projektem poczułam jednak, że dziewczyny niosły ze sobą inną energię i dlatego były obcym elementem w tej opowieści.
Nie jest jednak tak, że w Iskrach pozostają one zupełnie nieobecne. Na przykład dwie wdowy Valentiny, mieszkające w przyfrontowym miasteczku, są głównymi postaciami filmu  Dwie walizki, który był pokazywany podczas mojego oprowadzania po wystawie. Innym razem kobiety pojawiają się w szpitalu, gdy strzygą mężczyzn przybyłych z frontu. Stanowią one jakąś przeciwwagę, przeciwieństwo tego, czego mężczyźni doświadczają na froncie. Dają spokój i oparcie, mimo że w oczach samych żołnierzy nie rozumieją ich. Mężowie i synowie chronią je przed makabrycznymi opowieściami z frontu, przez co cierpią one jeszcze mocniej, nie mogąc im pomóc. Niektóre kobiety odchodzą, nie potrafiąc żyć z takim ciężarem, inne zmuszają swoich chłopaków do zaręczyn i ślubu, aby ci nie wrócili na front.

Dlaczego istotne było dla ciebie włączenie twojej osoby w tę narrację?
Mimo wszystko myślę, że moja rola w tym projekcie jest służebna, działam jako przekaźnik ich doświadczenia i historii. W jednym wideo widać moje dłonie trzymające odłamki, które zebrałam na froncie – to części pocisków i min, które oddaję potem jednemu z żołnierzy, prosząc by je „nazwał”. Odłamki są symbolem śmierci, przed którą nie ma schronienia i ucieczki. Jedne z nich tak zwane grady, czyli pociski z wyrzutni rakietowej, nie mają celu, pokrywają siłą swego rażenia pewien obszar, uderzając z wielką siłą. Stąd ich nazwa, bo spadają niczym wiosenny grad. Mieszkańcy przyfrontowych miejscowości mówią o „iskierkach” spadających z nieba, które bezlitośnie dziurawią ściany ich domów. Opowiadam ich historię za pomocą zgromadzonych materiałów, tak samo jak zbieram te odłamki.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

Czy właśnie od tych „iskierek” pochodzi tytuł twojego projektu?
Tytuł przyszedł mi do głowy po jednej z pierwszych rozmów, jakie odbyłam z żołnierzami. Jeden z nich opowiadał mi o wybuchu, w którym stracił kolegów. Gdy mówił wybuch jakby odbijał się w jego oczach. Później jeszcze wiele razy słuchałam historii, które były „nie do wyobrażenia”, „nie do pokazania”, „nie do opowiedzenia”, bo na wojnie większość taka właśnie jest.
Zaobserwowałam, że gdy moi rozmówcy starali się uruchomić pracę pamięci, najczęściej patrzyli przed siebie, jakby obserwując te zdarzenia oczami wyobraźni. Potem często zastanawiałam się, czy fotografia może chociaż w części uchwycić to, co oni widzieli, a co wciąż odbija się na ich twarzach.

Dlatego jak medium swojej wypowiedzi wybrałaś portret?
Ciężko mi analizować, dlaczego upodobałam sobie akurat portret. Zawsze interesował mnie człowiek, a portret jest najbardziej bezpośrednim narzędziem do opowiadania o nim.

W projekt włączyłaś też zdjęcia podarowane ci przez żołnierzy. Na niektórych część postacii pokryta jest złotą farbą – to ci, którzy zginęli. Czemu służy ten zabieg?
To płatki złotego metalu. Od samego początku zdjęcia pochodzące z telefonów żołnierzy były ważnym elementem Iskier. Stanowią one bowiem repozytorium ich wojennych historii, są dokumentem z pierwszej ręki. Zabieg zakrywania wydaje mi się prosty i zrozumiały dla bardzo wielu odbiorców. Złoto ma znaczenie symboliczne. Funkcjonuje niczym chwała, która spływa na rodziny poległych bohaterów i jest zadośćuczynieniem za poniesioną stratę. Z drugiej strony ci, co zginęli znikają, stając się jedną z wielu ofiar wojny. Gest ukrycia ich wizerunku pod złotem nie ma na celu składania im hołdu, raczej zmusza do „skierowania myśli” w ich stronę.

 


Wiktoria Wojciechowska: Iskry, dzięki uprzejmości artystki

 

Na wystawie oprócz fotografii i filmów można też obejrzeć wykonane przez ciebie albumy, które są takimi pamiętnikami z wojny, opisującymi skrajne doświadczenie istnienia. Czy ich tworzenie było rodzajem terapii, zamknięcia doświadczenia w jakiejś jednej narracji?
Od początku moim działaniom na Ukrainie towarzyszyła chęć „zrozumienia” wojny. Wielu rozmówców mówiło mi „na wojnie jest tak”, „na początku było tak”, „myślę, że niedługo będzie tak”. Na przykład, Yurko jeden z wolontariuszy, z którym po raz pierwszy jechałam na front, mówił: „jak drzewa się zazielenią, to dopiero się zacznie”. Według niego w ciagu lata 2015 roku miała nadejść kolejna fala ciężkich walk, która przesunęłaby linię frontu. Nic takiego jednak nigdy się nie wydarzyło. Słuchałam tych przewidywań i próbowałam sobie to wszystko układać w głowie – stworzyć jakiś logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Potem okazało się, że na wojnie tak to nie działa. Na przykład wydaje ci się, że szoku bojowego doznają tylko młodzi niedoświadczeni chłopcy, a prawda jest taka, że cierpią na niego również mężczyźni po pięćdziesiątce. Z wiekiem nie zdobywa się tężyzny psychicznej, potrzebnej do przeżycia na wojnie. No i sama śmierć jest czymś absolutnie nieprzewidywalnym, cierpienia nie sposób zrozumieć. Wojna to po prostu kompletny chaos, gdy chcemy ją uporządkować, „włożyć w tabelki” traci swoją istotę, siłę, po prostu rozpływa się. Na przykład kiedy twórcy dronów badają ich udźwig, operują naukową terminologią, mierzą, ważą i testują, nie myślą o tym, że drony mają nieść ze sobą ciężkie materiały wybuchowe, które służą zabijaniu. Owszem moje książki – albumy układają się w pewien ciąg informacji, ale pracuję w nihc raczej z emocjami czy symbolami niż jakąkolwiek chłodną racjonalnością. Pierwsza z nich opiera się na materiałach zebranych przeze mnie, podarowanych mi przez żołnierzy lub znalezionych. Narracja prowadzi oglądającego od momentu sprzed wojny, przez przygotowania do niej odbywające się na poligonie oraz rzeczywistość frontu, aż po powrót do domu i szukanie sobie miejsca w społeczeństwie. Wszystkie te materiały opowiadając o różnych osobach, tworzą jedną historię.
Okładki książek wykonane są z żołnierskich pałatek, a papier wewnątrz jest bardzo cienki, wręcz kruchy, a także półprzeźroczysty, dzięki czemu nakładają się na niego obrazy z kolejnych stron. Dotykając kartek z Czarnymi Kolażami możemy pobrudzić palce, czarne ślady przenoszą się na kolejne strony oraz pozostają na naszych rękach, co też ma znaczenie symboliczne.

Jak twoi bohaterowie radzą sobie z doświadczeniem wojny, gdy wracają do swoich domów?
Niektórzy wcale sobie nie radzą, inni nie potrafią wrócić. Niektórzy wykonują różnego rodzaju rytuały, które mają im w tym powrocie pomóc.

Mimo że mamy XXI wiek wojna pokazana na twoich zdjęciach cofa nas w czasie: są okopy, stary sprzęt, a przyszli żołnierze trenują, walcząc na kije. Nie miałaś poczucia nieprzystawalności i absurdalności tego, co tam sie dzieje? Jaki stosunek do tego mieli twoi bohaterowie?
Wydaje mi się, że wiele z moich prac mówi o tragicznym absurdzie samej wojny, który osoba patrząca z boku widzi dużo wyraźniej niż ci, którzy w niej uczestniczą. Chłopaki poszli walczyć w adidasach, bez kamizelek kuloodpornych czy hełmów, mając za sobą dwa tygodnie „walki na pałki” na poligonie. Niektóre czołgi i broń ukradli z muzeum. Jeden z mężczyzn, których poznałam był operatorem karabinu maszynowego Maxim z początku XX wieku, resztę broni zdobyli w boju jako „trofea”, inne „ktoś” im dostarczył. „Trofeum” to najczęściej życie osoby, która posiadała wcześniej karabin lub kamizelkę. „Ktoś” to wszyscy ci, którzy na wojnie zarabiają i nie chcą, żeby się skończyła.
Każdy konflikt jest w jakiś sposób kalką poprzedniego. Obecnie linia frontu jest dość stabilna, a jedyna rzecz, która się nie zmienia, to fakt, że po obu stronach konfliktu nigdy nie brakuje amunicji. Podobnie jak na innych wojnach także na Ukrainie powszechne jest poczucie oszukania i rozczarowania. Ludzie szybko zrozumieli, że w tym całym konflikcie są jedynie pionkami.

Twój projekt mimo że jest dokumentalny, unika klisz fotografii prasowej. Jaką rolę według ciebie powinna pełnić fotografia dokumentalna, albo w jaką ty chcesz ją wpisać?
Najchętniej nie szufladkowałabym swoich działań. Cieszę się, że prace z Iskier mogą być drukowane w prasie oraz pokazywane w galeriach. Różne formy sprawiają, że przekaz jest bardziej kompletny, trafia do większej liczby odbiorców. Poza tym ten projekt charakteryzuje też pewna linia rozwojowa: od portretów żołnierzy, przez linię frontu, prace bardziej koncepcyjne jak kolaże czy wideo widz stopniowo zagłębia się w tę historię, podobnie jak ja wchodziłam w nią podczas realizacji prac. 

 

Wiktoria Wojciechowska – artystka wizualna, fotografka. Zwyciężczyni jednego z najbardziej prestiżowych międzynarodowych konkursów fotografii Oskar Barnack Leica Newcomer Award 2015. Jej prace pokazywane były na festiwalach fotograficznych (m. in. w Arles, Paryżu, Lile, Mińsku, Bratysławie, Lublanie) i publikowane w wielu magazynach (m. in. „British Journal of Photography”, „Causette”, „GUP”, „ArtPhotoMag”, „Wysokie Obcasy”, „Fotografia”). Absolwentka ASP w Warszawie, uczestniczka rezydencji artystycznych w Reykiaviku i w Pekinie. W swoich pracach używa narracji z pogranicza dokumentu i kreacji.

Wystawę Iskry można oglądać w Biurze Wystaw (Krakowskie Przedmieście 16/18) do końca stycznia. Kuratorka: Marta Królak