Widok wystawy Rafała Bujnowskiego "Maj 2066", fot. Marek Krzyżanek

WARSZAWA STOLICĄ KONCEPTUALIZMU

Teraz mam dziwny czas, bo wydaje mi się, że wszyscy dookoła są ode mnie młodsi. Policjant, dentysta, kurier oczywiście. Kiedy piętnaście lat temu udzielałem wywiadów, rozmawiałem tylko ze starszymi paniami. A dziś to ja jestem ten starszy - mówi Rafał Bujnowski.

 

Słyszałem, że kupiłeś ostatnio nowy samochód.

Tak, moja wystawa Maj 2066, choć to głupio brzmi, jest z życia wzięta. Trzy sale, trzy prace, trzy przypadki. Szukałem nienowego samochodu do jazdy na co dzień, bo ten nowy-nowy, który mam, bardzo mi się nie podoba. Zadzwoniłem na numer z ogłoszenia znalazionego w internecie: „Podoba mi się ta niemal nowa mazda z 1986 roku, którą pan ma w swojej ofercie, czy można ją obejrzeć?”. W odpowiedzi słyszę pytanie: „Ale w jakim kolorze?” [śmiech]. Trochę zbity z tropu kontynuuję: „Ale jak to? Ma pan idealnie zachowaną trzydziestoletnią mazdę i pyta mnie pan o kolor?”. W tym momencie zapaliły mi się wszystkie lampki – coś jest nie tak. Musiałem pojechać do Wrocławia i w ten sposób stałem się właścicielem dwóch samochodów, które można zobaczyć na wystawie w Zachęcie. Jeden ma przebieg 400 kilometrów, a drugi 33 kilometry. Dwa nowe-stare samochody.

 

Prosto z Wrocławia zdecydowałeś się przyjechać nimi do Zachęty?

Właściwie to tymi samochodami nie można jeździć. Nie były nigdy rejestrowane. Zostaly przewiezione. Ale za to w ich bagażnikach znajduje się dużo oryginalnych druków promocyjnych z epoki: katalogi, plakaty, breloczki – wszystko, co wchodziło w skład wyposażenia salonu Mazdy, z którego samochody pochodziły. To w sumie śmiecie reklamowe, ale pamiętam, że kiedyś takie rzeczy były bardzo cenne. Żeby je dostać, trzeba było napisać list z prośbą do salonu. Bardzo mi się te gadżety podobają. Gdybym był jeszcze bardziej bezczelny, wszystkie te materiały promocyjne powiesiłbym w Zachęcie. Na zaproszeniu na wystawę wykorzystałem detal pochodzący z jednego z plakatów znalezionych w bagażniku samochodu.


Widok wystawy Rafała Bujnowskiego "Maj 2066", fot. Marek Krzyżanek

Czy właściciel tych samochodów był jakimś szaleńcem, który postanowił zahibernować w swoim garażu dwa pojazdy i czekać na ich sprzedaż 30 lat?

Nie wnikam w takie rzeczy. Jak wiesz mniej, żyjesz dłużej. Ale te samochody pochodzą nie z Wrocławia, tylko ze Szwajcarii, a dokładnie, jak usłyszałem, z depozytu założonego przez windykatora upadłego salonu Mazdy. Nie mają aż takiej wartości jak klasyk-unikat, bo depozyt zawierał kilkadziesiąt takich aut. Cały salon, razem z tymi drukami, został więc zamrożony przez szwajcarskiego komornika. Samochody profesjonalnie zabezpieczono przed starzeniem się. W ościeżach drzwi znajdują się dziury, czego nie ma w normalnych pojazdach. Zostały zrobione specjalnie po to, żeby pod karoserię można było wpuścić płyn zapobiegający rdzewieniu. Jeśli spojrzysz na podwozie, zobaczysz to samo – płyn konserwujący aż kapie na podłogę.

 

No dobrze, ale czy dowiedziałeś się, jak one trafiły do Wrocławia? To jest fascynująca historia

Nie pytaj. Chodzą słuchy, że dealer Toyoty kupił sześć takich aut. A wiesz, misie się na tym znają. To są takie misie, że krzywdy sobie nie robią. Mnie w całej tej sytuacji najbardziej rozbroiła informacja, że te nieużywane samochody w tym roku kończą 30 lat. Rozumiesz już? W sali Zachęty mamy trzydziestoletnie samochody, a w kolejnej sali pięćdziesięcioletnie obrazy. Wszystko otwiera film o Włodku, który właśnie w tym roku kończy 70 lat, a swoje ciało hibernuje w formie sprzed lat 20. Całość wpisuje się też w obchody jubileuszu, który zasugerował mi – czy raczej którego istnienie uświadomił mi – kolega Łukasz Jastrubczak. Historycy sztuki i krytycy umówili się kiedyś, że 1966 rok to początek konceptualizmu. Napisałem więc list mówiący o tym, że moje obrazy malowane pomiędzy marcem a majem 2016 roku zostały stworzone na stulecie konceptualizmu. Żeby stał się on prawdziwy, musiałem je postarzyć o 50 lat. Zatem jako pierwsi już teraz anonsujemy w Warszawie ten piękny futurystyczny jubileusz. Być może w maju 2066 roku wystawa Maj 2066 zostanie zrekonstruowana. Kto wie? Dobrze chyba mieć tak bezczelnie odlegle plany, no i wiesz: Warszawa stolicą konceptualizmu!


Rafał Bujnowski, projekt plakatu do wystawy w Zachęcie, 2016


Rafał Bujnowski, Bambusy, 2014, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Raster

Obrazy malowałeś od kilku miesięcy, potem je postarzałeś, ale docelowo mają wyglądać tak, jakby powstały przed chwilą, co koniec końców jest prawdą…

No tak, w zarysie. Obrazy zostały namalowane w tym roku, ale są postarzone o 50 lat. Pod okiem profesora Ryszarda Piramidowicza zostały wstawione do komory klimatycznej na Politechnice Warszawskiej. Teraz razem z konserwatorkami zajmuję się ich restauracją. Konserwatorki robią to dokładnie w ten sam sposób, jakby naprawiały obrazy, które ostatnie 50 lat przeleżały w magazynie. Używają tych samych narzędzi i technik. W pracy zachowujemy więc cały ten konserwatorski sznyt. Po pobycie w komorze obrazy zmatowiały, straciły sprężystość. Zostały też lekko poobijane w transporcie. Dlatego teraz próbujemy odtworzyć ich pierwotny stan. Konserwatorskie sztuczki. To dla mnie bardzo interesujące. Poza dokonaniem kilku korekt nie ingerujemy właściwie w samą materię malarską. To jest wystawa o starzeniu się, o materii, a nie historia o malarstwie. Wiesz chyba, że nie lubię za bardzo abstrakcji, choć ona na tej wystawie jest obecna, bo dzięki temu, że niczego nie przedstawia, też nie rozprasza. Podobnie jak chmury – w związku z tym, że są pozaczasowe, mediują pomiędzy abstrakcją a przedstawieniem.

 

Oprócz starych samochodów i nowo-starych obrazów na wystawie mamy jeszcze starszo-młodszego pana siłacza. Jak doszło do tego, że stał się on bohaterem twojego wideo?

Ten pan właściwie nie jest siłaczem ani atletą. W tej dokumentacji filmowej – bo nie chcę tego materiału nazywać filmem – jest siedemdziesięcioletnim stretcherem. Spotkałem go przez przypadek na siłowni, gdzie trafiłem prawie rok temu, z polecenia lekarza psychiatry. W ogóle sport zacząłem uprawiać w lipcu zeszłego roku. To jest, przyznam, trudne miejsce, trudne miejsce z wesołą muzyką. Nigdy bym tam nie zaszedł, gdyby nie mój lekarz. Ale gdy już się tam znalazłem, byłem bardzo zaciekawiony. Głównie jego bywalcami. Stałym klientem siłowni okazał sie właśnie Włodek Zimowski.

Na początku chciałem go sfotografować, ale potem przekonałem się, że fotografia nie utrwaliłaby jego dynamiki, motoryki i energii. Okazało się zresztą, że on jest ciepłą, sympatyczną osobą. Jego praca z własnym ciałem ma bardzo świadomy charakter. Z czasem dowiedziałem się, że jest rzeźbiarzem. Wiesz, takim z dyplomem. Choć w swojej pracy bardziej przypomina rzemieślnika – wykonywał rzeźby dla innych, między innymi dla Kantora. Porzucił swoje aspiracje artystyczne. Od wielu lat jest też związany z Wawelem, zajmuje się konserwacją zabytków. Pomyślałem, że ciało Włodka w pewnym sensie stanowi jego kolejną pracę rzeźbiarską, najbardziej może intymną i osobistą… Dokumentacja pokazywana w Zachęcie to zapis jego piętnastominutowego treningu, przygotowanego specjalnie na tę okazję. Dobrze nadaje się do tego tryptyku o starzeniu się. Przy okazji udało się chyba wybrnąć z tej karkołomnej pułapki, jaką jest stylistycznie dziewiętnastowieczna sala w Zachęcie. Trening Włodka zostal sfilmowany w ultranowoczesnej przestrzeni krakowskiego Mocaku.


Widok wystawy Rafała Bujnowskiego "Maj 2066", fot. Marek Krzyżanek


Rafał Bujnowski, kadr z filmu przygotowanego na wystawę w Zachęcie, 2016

Czyli Maj 2066 jest o walce z czasem?

Podchodzisz do sprawy technicznie. Ja mam wrażenie, że stworzyłem bardzo realną sytuację. Gdyby za 50 lat konserwatorki znalazły na śmietniku jakąś starą awangardę, właśnie w ten sposób by się z nią obeszły. Nie ma w tym jakiegoś wymuszonego działania. Tak to się odbywa w galeriach i muzeach. Stary obraz trzeba rozłożyć, ściągnąć z blejtramu i na nowo naciągnąć. Ale w twoim pytaniu jest trochę racji. Teraz mam dziwny czas, bo wydaje mi się, że wszyscy dookoła są ode mnie młodsi. Policjant, dentysta, kurier oczywiście. Piętnaście lat temu, gdy udzielałem wywiadów, rozmawiałem tylko ze starszymi paniami. A dziś to ja jestem ten starszy.

 

Co zamierzasz z tymi obrazami zrobić w czasie rzeczywistym? Bo one już zaczęły się starzeć.

Wiem, że dwa postarzone płótna pojadą na targi sztuki do Bazylei, co wydaje mi się dość zgrabną prowokacją, bo zazwyczaj w takich miejscach pokazywane są obrazy, które jeszcze nawet nie zdążyły wyschnąć – a te moje są już stare, lekko pokrzywione. Wiesz, to jest także opowieść o fetyszyzmie. My ludzie mamy jakąś wstydliwą słabość i pożądliwość wobec staroci. Kiedy robiliśmy próby na politechnice, jeden obraz włożyliśmy do komory, a drugiego, bardzo podobnego, nie. Chcieliśmy mieć materiał do porównania. Po trzech dniach wyjęliśmy. Zapytałem moich współpracowników, co o tym myślą. Zaczęli się przyglądać – i rzeczywiście ta komora niszczy wszystko. Zapytałem, który obraz zabraliby ze sobą, gdyby mieli tylko jedną wolną rękę. Wszyscy nieśmiało wskazali palcem ten zniszczony. Eksperyment się powiódł.


Rafał Bujnowski, Dół, 2016, dzięki uprzejmości artysty i Galerii Raster

Jak dowiedziałeś się o tej komorze?

Próbowałem ostatnio odtworzyć ten proces myślowy i już wiem! Chciałem ostatnio oczyścić swój magazyn ze starych rzeczy, zrobić w nim miejsce. Wyrzucić to, czego już nie potrzebuję. Przez lata magazyn nie był „sprzątany”. Trochę z lenistwa, a trochę z zażenowania… Gdy już prawie uporałem się z selekcją: co do zostawienia, co do wyrzucenia, zauważyłem, że te rzeczy są jakoś uwodzicielsko spatynowane. Cofnąłem rękę. To nie były jakieś super dobre obrazy czy rysunki, raczej takie szkice, próbki. Niechciane dzieci. Sierotki. Musiało minąć kilkanaście lat, żeby pojawiło się to coś, co nie pozwoliło mi ich wyrzucić. Ta komora na politechnice to największa tego typu przestrzeń w Polsce, pozwala badać obiekty i obrazy o wymiarach 170 x 130 cm, a poza tym włączona jest w obieg prawdziwego przemysłu i grubej kasy. Normalnie testuje się w niej powłoki lakiernicze i materiały budowlane.

 

A poza woskowaniem postarzonych obrazów w celu ich odnowienia masz jeszcze na coś czas?

Wczoraj byłem na motorze, pojechaliśmy z kolegą na wycieczkę. To jest bardzo mocny motor. Mocny i uniwersalny. Jechaliśmy szybko, nawet 150 kilometrów na godzinę. To była bardzo dziwna, oniryczna wyprawa. Jechaliśmy bez mapy, bez celu. Trafiliśmy do jednego z wielu sennych miasteczek pod Krakowem. Był tam klasztor benedyktynów i kościół. W tym kościele wszystko było sztuczne i fałszywe – namalowane, ale zarazem bardzo ciekawe. Jak obraz w horrendalnie dużej rozdzielczości, miliardy pikseli na chwałę Pana. Gdyby tak zmazać wszystkie te malunki, pozostałaby sama pusta murowana stodola. Musiał tam pracować ktoś szalony na zlecenie kogoś równie szalonego. Przez 15 minut siedziałem w bezruchu, żeby zrozumieć, co się dzieje. Mój kolega, jak się później okazało, również wyszedł stamtąd oszołomiony. Potem zaczęły bić dzwony, przyszło kilka pań, minął nas też pustelnik z siwą brodą i na bosaka. Inny niemłodszy pan wysępił papierosa. Czerwiec 2016. Tak, to było bardzo dziwne jak na czerwiec 2016.


Rafał Bujnowski, Obraz matki Whistlera, 2003, (część instalacji) kolekcja Zachęty — Narodowej Galerii Sztuki

Rafał Bujnowski (ur. 1974) – malarz, grafik, autor filmów wideo, instalacji i akcji artystycznych. W latach 1993–1995 studiował na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej, od 1995 do 2000 roku na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Od 1995 do 2001 razem z Marcinem Maciejowskim, Wilhelmem Sasnalem, Markiem Firkiem i Józefem Tomczykiem „Kurosawą” współtworzył Grupę Ładnie. Twórca Galerii Otwartej, działającej w latach 1998–2001 na bilbordach w centrum Krakowa. Jego sztuka jest błyskotliwym połączeniem dwóch z pozoru odległych dyscyplin artystycznych – malarstwa i konceptualizmu. Tematem kolejnych projektów Bujnowskiego są konwenanse związane ze społecznym funkcjonowaniem artysty, dzieł sztuki i obrazów, jak również konwencjonalność samej sztuki. Jego obrazy to w pełni świadome malarstwo konceptualne – przedmioty ujawniające i zmieniające sens w zależności od otoczenia, w jakim zostaną umieszczone. To swoiste modele dzieł sztuki, ujawniające napięcie między procesem artystycznej produkcji i konsumpcji.

Wystawę Maj 2066 można oglądać w warszawskiej Zachęcie do 21 sierpnia. Pokazywane na niej obrazy będzie można zobaczyć również w galerii Raster w ramach Warsaw Gallery Weekend (od 23.09).