Projekt graficzny: Joanna Sowula. Koncepcja: Dorota Jędruch i Joanna Sowula.

WŁASNOŚĆ SPUSZCZONA ZE SMYCZY

Spuścizna pańszczyzny oraz specyficzny stosunek do własności w dobie PRL-u wywołały w nas efekt psa spuszczonego ze smyczy, który w pierwszym odruchu chce zaznaczyć swoje terytorium, poszukując sposobów wyrażenia statusu i nowej tożsamości. Dorota Jędruch, Marta Karpińska, Dorota Leśniak-Rychlak i Michał Wiśniewski, kuratorzy wystawy Dom polski w transformacji, pokazywanej w ramach tegorocznej edycji festiwalu Warszawa w Budowie, opowiadają o założeniach projektu

 

Mamy początek lat 90., hasła polityczne głoszą, że „wreszcie jesteśmy we własnym domu”. Jakie są te pierwsze transformacyjne marzenia o byciu na swoim? Czy rzeczywiście głównym przedmiotem pożądania jest dom jednorodzinny pod miastem?

Marta Karpińska: To nie tak, że w 1989 roku zbiorowo zapaliła się nam jakaś lampka i zaczęliśmy widzieć wszystko w zupełnie nowych barwach. Proces kształtowania się marzeń kiełkującej wówczas klasy średniej o domu trwał znacznie dłużej. Maciej Gdula w swoich badaniach zwraca uwagę na to, że geneza pragnień członków tej grupy sięga epoki Gierka. Wtedy rozpoczął się proces otwierania Polski na świat i następowało powolne odchodzenie od kolektywnej utopii. W tamtym czasie wzrosło też znaczenie inteligencji. Rola jej przedstawicieli w ruchu opozycyjnym zaczęła być gloryfikowanai niejako przeciwstawiana działaniom klasy robotniczej, której popkultura coraz częściej nadawała rys karykaturalny: inżynier Karwowski kontra przygłupi Maliniak. Wraz z tymi zmianami pojawiły się nowe wzorce życia: nowoczesne urządzanie wnętrz, ale też nowe pragnienia, na przykład posiadanie daczy na wsi. Jednocześnie już w latach 70. władze komunistyczne zaczęły bardziej życzliwie spoglądać na inicjatywę prywatną, wprowadzając pierwsze ułatwienia dla drobnej działalności gospodarczej. „Prywaciarze” inwestowali w domy jednorodzinne i samochody, wyznaczając w ten sposób nowy wzorzec sukcesu – choć oczywiście jego skala, odpowiadająca ówczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej, nie przyjmowała nie wiadomo jakich rozmiarów.

Dorota Leśniak-Rychlak: Natomiast w latach 90. marzenie o jednorodzinnym domu zaczęło materializować się w nowych formach: o ile wcześniej dominowała raczej betonowa kostka, o tyle w okresie transformacji odgrzebany został tłumiony obraz dworu. Podobno Andrzej Wajda po nakręceniu Pana Tadeusza powiedział, że chciał tą ekranizacją stworzyć klasie średniej jej własną genealogię. Równocześnie jednak silnym modelem aspiracyjnym stał się, dość paradoksalnie, obraz amerykańskiego przedmieścia…

Dorota Jędruch: Lata 80. i 90. to również okres silnej krytyki rozwiązań modernistycznych. Krytyka blokowiska jako narzuconego wzorca kolektywizmu, która w Polsce ma wymiar mocno polityczny, w pewnym stopniu rezonuje z dyskusjami trwającymi wówczas w wielu innych krajach. Nowo stawiane bloki zyskują więc spadziste daszki czy wieżyczki, a przestrzeń wokół nich oplata sieć uliczek. Sama pamiętam wybudowane pod koniec lat 80. osiedle w Olkuszu – wszyscy się nim zachwycali, bo wielka płyta zaopatrzona została w dwuspadowe daszki z niebieskiej blachy i taką jakby wieżę. Wówczas tego typu realizacje stanowiły przykłady stosowania ludzkiej skali, przeciwstawienie się standaryzacji. Ta „europejska” próba kulturowego powrotu do miasta, jaką niósł postmodernizm, została jednak szybko wyparta przez koncepcje amerykańskie: odwrót od centrum, rozlewanie się przedmieść i dalekie nawiązania do koncepcji miasta-ogrodu.

Rafał Bujnowski, Graboszyce 23 z cyklu Domy polskie, 2002, z kolekcji MOCAK Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie
Rafał Bujnowski, Graboszyce z cyklu Domy polskie, 2002, z kolekcji Fundacji Sztuki Polskiej ING


Rafał Bujnowski, Graboszyce z cyklu Domy polskie, 2002, z kolekcji Fundacji Sztuki Polskiej ING

 

Jak klasa średnia racjonalizowała swoje pragnienia? Innymi słowy: czym się kierowała, dokonując wyboru formy zamieszkania?

D.L.-R.: O zwycięstwo w dyskursie marketingowym walczyły wówczas bezpieczeństwo i prestiż. Jacek Gądecki, socjolog, który analizował dyskurs wokół osiedli grodzonych, pisał o kiełkującej wówczas potrzebie ontologicznego bezpieczeństwa, zapewniającego poczucie stabilności mimo panującego wokół chaosu i niesprawnego państwa. Choć trzeba zaznaczyć, że owo czyhające zagrożenie w dużej mierze kształtowane było na poziomie wyobrażeniowym, bo ówczesne statystyki policyjne nie wskazywały znaczących różnic w bezpieczeństwie pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem grodzonego osiedla. Kupowane poczucie kontroli nad otoczeniem, zaspokajając potrzebę bezpieczeństwa za pomocą siły ekonomicznego kapitału, utwierdzało klasę średnią w przekonaniu o własnej sprawczości. Społeczne postrzeganie zjawiska grodzenia stopniowo ewoluuje. Obecnie zamknięte osiedla uznawane są za niepożądane skutki uboczne transformacji. Problem w tym, że w rzeczywistości stanowią one strukturalne elementy systemu neoliberalnego, który dosłownie wypycha słabszych[1]. Odgradzanie się to zaledwie jedno ogniwo tej układanki, do której należą także m.in. prywatyzacja edukacji i służby zdrowa czy gentryfikacja. Dopóki nie zostanie zakwestionowana logika samego systemu, a poczucie odpowiedzialności za innych nie zastąpi potrzeby budowania wspólnoty w oparciu o podobieństwo, nie dokona się żadna zmiana.

 

Na wystawie prezentujecie statystyki związane z różnymi sposobami zamieszkiwania. Interesuje mnie, gdzie w tym czasie, gdy klasa średnia wije sobie ciepłe gniazdka za płotem, znajduje się cała reszta społeczeństwa?

D.J.: Gdzie? Nigdzie – w każdym razie takie mamy poczucie po dokonaniu analizy głównych nurtów mieszkalnictwa w okresie transformacji. Możliwości użytkowania mieszkania w sposób inny niż jako własność prywatną czy zakupienia go po cenach innych niż rynkowe są tak znikome, że właściwie można je uznać za nieobecne. Natomiast ludzi poszukujących tego typu rozwiązań jest coraz więcej. Ostatnio mówi się nawet o nowej kategorii społecznej: ludziach wykluczonych z rynku – zbyt biednych, by pozwolić sobie na zakup mieszkania, i zbyt bogatych, aby korzystać z pomocy społecznej. Brak alternatywy dla systemu rynkowego stanowi ogromny problem polskiego mieszkalnictwa. Nawet programy pomocowe realizowane przez państwo przygotowane były tak, by wspierać rynek nieruchomości i systemy kredytów. Pora wreszcie uświadomić sobie, że w wielu państwach o utrwalonym systemie liberalnym istnieje rozbudowana polityka przyznawania mieszkań socjalnych, a także ogromny rynek mieszkań na wynajem. By nie być gołosłownym: w Niemczech aż 40 procent użytkowników mieszkań je wynajmuje, w Austrii – 27 procent, u nas odsetek ten wynosi zaledwie 4 procent.

Jeśli zaś chodzi o kwestię własności: w 1988 roku w Polsce 44 procent mieszkań należało do osób fizycznych (na wsiach 82 procent), 24 procent do spółdzielni mieszkaniowych, 20 procent było własnością komunalną, 12 procent należało do zakładów pracy. Dwadzieścia sześć lat później, w 2014 roku, mieszkania własnościowe stanowią aż 79,5 procent, jedynie około 3 procent to mieszkania spółdzielcze, 8,7 procent – komunalne, drobny odsetek lokali jest własnością Skarbu Państwa, TBS-ów czy zakładów pracy. Mieszkanie własnościowe zdecydowanie dominuje w tych statystykach. Fakt, że polskie mieszkania są przeludnione (zajmujemy pod tym względem trzecie od końca miejsce w Unii Europejskiej), a co dziesiąte wykazuje poważne usterki bądź brak podstawowych instalacji, że wiele osób rezygnuje z rodzicielstwa bądź emigruje z przyczyn lokalowych – to tylko niektóre konsekwencje polityki, zgodnie z którą mieszkanie jest wyłącznie towarem i przedmiotem spekulacji finansowych.

D.L.-R.: Ciepłe gniazdka klasy średniej stanowią z jednej strony manifestację statusu, z drugiej jednak ich zakup na kredyt w kraju nieposiadającym zrównoważonej polityki mieszkaniowej okazuje się jedynym racjonalnym wyborem. Dzięki frankowiczom podłączonym do globalnego systemu finansowego wiemy jednak, do jakich dramatów, poczucia niepewności czy uzależnienia taki wybór prowadzi. Obecnie zamiast polityki państwa mamy do czynienia z dominacją banków; działają one zgodnie z logiką globalnego kapitału, dlatego w naszym społeczeństwie żyje ogromna grupa ludzi, których sytuacja tylko pozornie jest godna pozazdroszczenia przez większość nieposiadającą zdolności kredytowej. Faktycznie bowiem duża część przedstawicieli polskiej klasy średniej ciężko pracuje na domy, które należą do banków, nierzadko kosztem tzw. życia.


Fot. Jarosław Matla, 2015


Michał Januszaniec, Ewa Hevelke, Dobrzykowice, kadr z filmu Mały biały domek, 2016


Michał Januszaniec, Ewa Hevelke, Józefosław, kadr z filmu Mały biały domek, 2016


fot. Jędrzej Sokołowski

Jakie są źródła tego niemal fetyszystycznego stosunku do własności? Oczywiście po części jest to efekt neoliberalnej maszyny dyskursywnej, ale też pada on na niebywale podatny grunt…

Michał Wiśniewski: Własność ma wiele definicji. Warto zastanowić się, co na jej temat mają do powiedzenia konstytucje różnych państw. W Polsce powielamy lakoniczne zapisy konstytucji francuskiej z czasów Wielkiej Rewolucji, które mówią o ochronie przez państwo prawa do własności i dziedziczenia. W Niemczech podobny zapis poprzedzony jest jednym prostym zwrotem: „własność zobowiązuje”. Autorzy tego dokumentu nie kwestionują prawa do własności, ale prowokują do samodzielnego etycznego ćwiczenia się w byciu obywatelem, do myślenia o tym, w jaki sposób prawo jednostki do własności ogranicza prawa innych oraz oddziałuje na funkcjonowanie wspólnoty. Chciałbym, abyśmy potrafili zdobyć się na takie ćwiczenie. Póki co wciąż trawimy skutki traum, zarówno XX-wiecznych, jak i tych osadzonych głębiej, wynikających z trwającego najdłużej w Europie niewolnictwa, którym objęte było 90 procent ludzi zamieszkujących nasz kraj. Spuścizna pańszczyzny oraz specyficzny stosunek do własności w dobie PRL-u wywołały w nas efekt psa spuszczonego ze smyczy, który w pierwszym odruchu chce zaznaczyć swoje terytorium, poszukując sposobów wyrażenia statusu i nowej tożsamości. Stąd bierze się ta obsesyjna potrzeba odgradzania się i eksponowania swojej pozycji oraz ostentacyjnie wrogi stosunek do przestrzeni wspólnych.

D.J.: Własność nas pociąga, ponieważ jest rodzajem władzy – władzy nad rzeczą, możliwością dysponowania nią, przekształcania, a wreszcie wyrzucania. Oczywiście relacja ta zasadza się na jakimś rodzaju uzurpacji: ktoś przywłaszcza sobie coś, co dotąd było dostępne dla wszystkich, coś darmowego, darowanego przez naturę. Z drugiej strony własność stanowi fundamentalne pojęcie dla ustroju liberalnego i postoświeceniowego porządku, dla których jest ona tożsama z wolnością jednostki. Zdaniem Johna Locke’a człowiek wymyślił państwo właśnie jako gwarancję respektowania prawa własności. Dopuszczenie robotników do posiadania tego przywileju było dla XIX-wiecznych filantropów gwarancją społecznego ładu. Otrzymując na własność domek z ogródkiem – a właściwie otrzymując obietnicę własności, bo zakup takiego domku związany był z wieloletnim kredytem i często wieloma obostrzeniami – robotnik tracił zainteresowanie działalnością wywrotową, ale także nie włóczył się po mieście, nie przesiadywał w barach, unikał wątpliwych spotkań. Posiadanie z założenia czyniło z niego obrońcę status quo, ponieważ utrzymanie istniejącego porządku gwarantowało zachowanie tej namiastki własności. Relacja władzy ulega tu odwróceniu: to nie człowiek włada rzeczą, ale rzecz wymusza na nim pewne rodzaje zachowań. Wydaje się, że ten model funkcjonuje także dziś. Pracownicy korporacji nie różnią się tu zasadniczo od pracowników XIX-wiecznych fabryk... Pielęgnując tak rozumianą własność, rezygnujemy często z władzy w szerszym, demokratycznym znaczeniu – udziału w podejmowaniu kluczowych decyzji, walki o wpływ na rzeczywistość. Posiadanie jest antydemokratyczne. Własność sprowadzona do relacji „ja – moja rzecz”, w oderwaniu od rzeczywistości społecznej lub wręcz w kontrze do niej, na dłuższą metę nie może się sprawdzić. Jest złudzeniem.


Widok z okna na blokowisku, fot. Jarosław Matla, 2012 


Widok z okna kamienicy, fot. Jarosław Matla, 2012


Widok z okna willi, fot. Jarosław Matla, 2012

W pokazywanym na wystawie wywiadzie Ewa Porębska mówi, że w Polsce mamy do czynienia nie z kryzysem uchodźczym, ale z kryzysem mieszkaniowym. Zrównanie ze sobą tych dwóch kryzysów to bardzo mocne słowa. Jak to wytłumaczycie?

M.K.: Ewa Porębska przywołuje słowa kuratorów wystawy Making Heimat. German Arrival Country pokazywanej na tegorocznym Biennale Architektury w Wenecji. Było to wezwanie do powrotu do programów społecznych nastawionych na budowanie dostępnych i przyzwoitych mieszkań – osiągalnych zarówno dla uchodźców, jak i dla mieszkańców europejskich miast. Peter Cachola Schmal, jeden z kuratorów pawilonu niemieckiego, mówił wprost: jeśli zapalne kwestie społeczne takie jak kryzys mieszkaniowy nie zostaną rozwiązane, w siłę będzie rosnąć skrajna prawica szukająca kozła ofiarnego w uchodźcach i imigrantach.

W kilku miejscach do krwiobiegu wystawy wpuszczamy takie wizualne wirusy w postaci infografik i filmów, pokazując, że jesteśmy odpowiedzialni za nieszczęścia, które spotykają ludzi z drugiej strony półkuli, choćby dlatego, że uczestniczymy w globalnym wyzysku. Nie stać nas na mieszkania, ale model ekonomiczny, w którym żyjemy, daje nam poczucie, że jesteśmy zamożni, bo kupujemy hurtowo tanie szmaty z sieciówek wyprodukowane przy użyciu niewolniczej pracy i kosztem środowiska.

 

No właśnie, Dorota, w tekście To jedzmy ciastka piszesz o konieczności budowania kapitału etycznego. Co to oznacza w praktyce i jak to robić?

D.J.: Podczas prac nad wystawą zastanawiałam się, jakiego składnika najbardziej brakuje w relacji klasy średniej do całej reszty społeczeństwa, i doszłam do wniosku – może to zabrzmi naiwnie – że chodzi o współczucie, za którym mogłoby iść jakieś elementarne umiarkowanie i otwarcie się na innych. Mam wrażenie, że programowa nieetyczność – przysłowiowe spryt i zaradność – nadal funkcjonuje w świadomości części przedstawicieli klasy średniej jako pozytywny mit. Zamykanie się we własnym środowisku to jedna z realnych konsekwencji segregacji przestrzennej, jaką w kontekst zamieszkiwania wprowadzają mechanizmy rynkowe. Wzmocnienie roli „kapitału etycznego” na pewno powinno polegać na uczynieniu problemów społecznych widocznymi, na znalezieniu języka waloryzującego postawy prospołeczne. Nie chodzi jednak o wprowadzanie rozwiązań, delikatnie mówiąc, przypominających pewne propozycje z lat 30., w których polityka społeczna kierowana była wyłącznie do „swoich”. Chodzi o to, żebyśmy niczym przerażeni widmem gruźlicy ludzie w XIX wieku zobaczyli, że bieda, wykluczenie i ubóstwo w jakiś sposób dotyczy wszystkich.


Fot. Jarosław Matla, 2012 

Jaką pozycję w tej całej dyskusji o zamieszkiwaniu zajmują architekci i jak się ona zmieniała w miarę upływu czasu?

M.W.: Transformacja systemowa zbiegła się w czasie z rozwojem postmodernizmu, który potępiał kolektywne myślenie o budownictwie mieszkaniowym i równocześnie reaktywował mit architekta artysty, demiurga zdolnego do przekształcania swoimi kreacjami całych zdegradowanych dzielnic. Lata 90. to czas dyskusji o rewitalizacji i efekcie Bilbao. Upadek PRL-u położył się długim cieniem na realizowanym wówczas budownictwie mieszkaniowym, bloki stały się łatwym obiektem potępienia również w środowisku architektów, którzy często dość bezkrytycznie podchwytywali neoliberalny mit.

Analiza ówczesnego dyskursu architektonicznego nie pozostawia wątpliwości, że musi istnieć jakaś inna droga niż całkowita prywatyzacja mieszkalnictwa. Natomiast niezwykle dużo uwagi poświęcano estetyce. Szybko potępiono transformacyjny kicz, który w elitarnym przekazie zaczął być wypierany przez minimalizm rodem ze Skandynawii lub Szwajcarii. Już pod koniec lat 90. kształtował się język wizualny, którym opowiedziane zostały nowe wielkie osiedla. Dyskusja w środowisku oraz w mediach skupiła się wówczas na pogoni za estetycznie właściwymi wzorcami. To, co się wówczas działo w polskim budownictwie, dla polskich architektek i architektów pozostaje w większości „prześnioną rewolucją”, w trakcie której chętnie wypowiadano się na temat wzorców estetycznych, na przykład co zrobić z Pałacem Kultury i Nauki, natomiast dyskusję o skutkach społecznych braku polityki mieszkaniowej pozostawiano innym. Kiedy wchodziła w życie nowa ustawa o planowaniu przestrzennym, nie przypominam sobie, by poddana została jakiejkolwiek szerszej publicznej debacie, w której wybrzmiałby głos tego środowiska. Ale też nie popadajmy w defetyzm, bo ostatnie kilka lat pokazuje, że coraz liczniejsza grupa architektek i architektów nie boi się zaangażowania społecznego, zadawania trudnych pytań samorządowcom czy rewitalizowania przestrzeni we współpracy z lokalną społecznością, a nie z własnym rozbujałym ego. Ale czy staną się oni grupą wiodącą i czy zdołają pociągnąć za sobą większość środowiska, na co dzień pracującego z deweloperami – tego nie można dziś przesądzić.

 

Przez całą naszą rozmowę przewija się wątek klasy średniej, ale czy ona sama w ogóle uważa się za klasę, czy raczej myśli, że stanowi jakiś wszechogarniający twór społeczny? Jak ważne w kontekście zamieszkiwania wydaje się wam przywrócenie dyskusji o klasowym charakterze społeczeństwa?

M.W.: Pojęcie klasy, głównie ze względu na swój rodowód, zostało właściwie wymazane z polskiego języka. Kilka lat temu pracowaliśmy nad wystawą Za-mieszkanie 1912–2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń – analizowaliśmy, czy współcześnie można mówić o klasowości w architekturze, tak jak to robiono sto lat temu. Wówczas uderzyło nas, jak wielu architektów, ale też socjologów, z którymi rozmawialiśmy, uciekało od pojęcia klasy, dając nam do zrozumienia, że nie wiemy, o czym mówimy. Tymczasem analiza tego fenomenu zmusza do stwierdzenia, że żyjemy w czasach zaostrzających się podziałów, które prowadzą do coraz większych konfliktów. Wymownym przykładem z ostatnich lat jest popularność odzieży patriotycznej, która raczej nie skolonizuje szaf z Ikei zapełniających przestrzenie kupione na kredyt zaciągnięty w szwajcarskiej walucie. Paradoksalnie brak zdolności kredytowej oraz możliwości zakupu wielu towarów – według danych Głównego Urzędu Statystycznego 24 procent Polaków nie ma środków na wymianę mebli – napędza potrzebę agresywnego i jednoznacznego wyrażenia swojej tożsamości i zbiorowej lub indywidualnej krzywdy. Dopóki sobie tego wyraźnie nie powiemy, nie będziemy umieli podjąć dyskusji na temat zmiany tego stanu rzeczy. Mieszkalnictwo to epicentrum tych problemów.


Nicolas Grospierre, Żory, 2007

Rozmówcy są współtwórcami Instytutu Architektury – fundacji zajmującej się propagowaniem bezinteresownego myślenia na temat przestrzeni poprzez promowanie edukacji architektonicznej, popularyzację architektury nowoczesnej i współczesnej, organizowanie interdyscyplinarnych wystaw o architekturze i działalność wydawniczą. Założony w 2011 roku w Krakowie IA wspólnie z tamtejszym Muzeum Narodowym zorganizował wystawy: Zamieszkanie 2012. Miasto ogrodów, miasto ogrodzeń (2012) i Reakcja na modernizm. Architektura Adolfa SzyszkoBohusza (2013). W 2014 roku kuratorzy z IA we współpracy z Jakubem Woynarowskim przygotowali pokaz Impossible Objects w Pawilonie Polskim na Biennale Architektury w Wenecji. Tworzą oni również zespół redakcyjny magazynu „Autoportret”. Fundacja współtworzy wystawę Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji, odbywającą się w ramach tegorocznej edycji festiwalu Warszawa w Budowie organizowanego przez warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Muzeum Warszawy.

Zespół kuratorski wystawy: Instytut Architektury – Dorota Jędruch, Marta Karpińska, Dorota Leśniak-Rychlak, Agata Wiśniewska, Michał Wiśniewski, współpraca: Kacper Kępiński; Muzeum Sztuki Nowoczesnej – Tomasz Fudala, Szymon Maliborski, współpraca: Szymon Żydek.

 

[1] Patrz: Saskia Sassen, Expulsions: Brutality and Complexity in the Global Economy, Belknap Press 2014.