URBANISTYKA I KATASTROFA

Każda katastrofa, by zasłużyć na to miano, zawsze potrzebuje odpowiedniego kontekstu: platform i sieci komunikacyjnych, wśród których miasto to najstarsza i największa (do niedawna) taka sieć.

 

*Publikujemy fragment Pożytecznych katastrof autorstwa Konrada Wojnowskiego, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Universitas, s. 216-224, z rozdziału "Między kruchością a żywotnością nowoczesnego miasta".

 

Głosy sprzeciwiające się modelowi architektury monumentalnej nie były w Nowym Jorku niczym nowym, tak jak nowością nie było ich ignorowanie. Ada Louise Huxtable, słynna amerykańska krytyczka architektury i gorliwa przeciwniczka elitarnego charakteru Dolnego Manhattanu, nie mogła się nadziwić podobieństwom między budową i odbudową World Trade Center. Oba wydarzenia określiła nawet mianem „miejskiego zniszczenia poprzez odnowę” (urban renewal destruction)[1], bezproduktywnej katastrofy po katastrofie. Huxtable jeszcze w latach 60. XX wieku zwracała uwagę na zagrożenia płynące ze wznoszenia gigantycznych konstrukcji, ignorujących zupełnie potrzeby mieszkańców. Jej dziennikarski debiut z 1963 roku to polemika z Williamem F.R. Ballardem, przewodniczącym Komisji ds. Planowania Przestrzennego w Nowym Jorku, zwolennikiem wielkich konstrukcji, który buńczucznie przekonywał, broniąc idei powstania World Trade Center: „Duże budynki (...) to esencja miasta. (...) Nie widzę żadnych katastrof, które gorzko przepowiadały różne płaksy i narzekacze. Park? To byłby absurdalny pomysł. Godzina szczytu? Jeszcze nie widziałem, aby tłum kogokolwiek stratował”[2]. Opór wobec elitaryzacji Manhattanu nie miał jedynie podłoża klasowego. Stawką było coś innego: rozwój Nowego Jorku jako sieci komunikacyjnej oraz jej docelowy kształt. W dyskusji między Huxtable i Ballardem zderzyły się jej dwa modele, które z łatwością można opisać, odnosząc je do problemu ryzyka i katastrofy. Ballard stanął po stronie scentralizowanej i sztywnej sieci, która uznanej za największe zagrożenie losowości (a właściwie nieprzewidywalności) przeciwstawiała trwałość (monumentalna architektura) i centralizację (ułatwiającą kontrolę). Skupione blisko siebie budynki z betonu i stali, ochraniane przez służby policyjne oraz automatyczne systemy nadzoru, miały obiecywać bezpieczeństwo. Huxtable stanęła z kolei po stronie miasta, które nie dąży do krystalizacji i usztywnienia sieci komunikacyjnych; miasta, które porządkuje się spontanicznie i dynamicznie, wprowadzając korekty do systemu, kiedy tylko staje się to konieczne.

Huxtable od początku swojej kariery wcieliła się w rolę propagatorki pomysłów Jane Jacobs, innej sławnej krytyczki architektury i urbanistki, której wydana w 1961 roku książka Śmierć i życie wielkich miast Ameryki w następnych dekadach zyskała status biblii ruchów miejskich, zwracających uwagę opinii publicznej na społeczny (a nie ekonomiczny) wymiar życia w mieście. Pisząca w głównej mierze o życiu w Nowym Jorku Jacobs zasłynęła przede wszystkim dzięki druzgocącej krytyce właściwie wszystkich współczesnych jej koncepcji urbanistycznych: od Le Corbusiera po Lewisa Mumforda. Jej teoria opierała się na przekonaniu, że konieczne jest mniej idealistyczne, a bardziej zniuansowane i oparte na empirycznych obserwacjach spojrzenie na miasto. Tłumacząc się ze swoich celów, Jacobs wymieniła całą listę nurtujących ją pytań, których nikt dotąd nie zadał:

Przeciwstawiając odmienne założenia, będę się koncentrować na sprawach zwyczajnych i codziennych, na przykład na tym, jakie rodzaje ulic są bezpieczne, a jakie nie; dlaczego niektóre miejskie parki zachwycają, inne zaś zmieniają się w śmiertelne pułapki i siedliska zepsucia; dlaczego niektóre slumsy pozostają slumsami, podczas gdy inne zmieniają się na lepsze, i to mimo finansowych i politycznych przeszkód; jakie są przyczyny przemieszczania się centrów miast; (...) Krótko mówiąc, piszę o tym, jak miasta działają w rzeczywistości. Tylko w ten sposób można zrozumieć, jakie zasady planowania i przebudowy miast wzmagają ich społeczną i gospodarczą dynamikę, a jakie prowadzą do ich uwiądu[3].

Ten rodzaj trzeźwości i skupienia na empirycznych dowodach, myślenie o mieście w działaniu, a nie na papierze, stanowiło wówczas – i właściwie do dziś pozostaje – rzadkość – szczególnie wśród osób decydujących o kształcie przestrzeni publicznej. Sławę zdobytą wśród miejskich aktywistów Jacobs zawdzięczała sprowadzeniu urbanistyki na ziemię z obłoków idealnego planowania i biznesowych kalkulacji. I tak właśnie najczęściej przedstawia się jej książkę: jako zbiór zdroworozsądkowych analiz i wołanie o to, by skupić się na życiu w mieście, a nie na forsowaniu abstrakcyjnych (biznes)planów. Z tego też względu Jacobs nie sporządziła gotowej teorii na temat tego, jak właściwie miasto powinno wyglądać. Z jej – w dużej mierze osobistych – opisów i opowieści wyprowadzić można jednak zasadniczą przesłankę: postulat miasta reaktywnego; miasta zdolnego do spontanicznej samoorganizacji w obliczu zmieniających się warunków.

Życie w miastach dawnego typu, tych, które funkcjonują pomyślnie, może się wydawać chaotyczne, jednak rządzi nim fenomenalny porządek, dzięki któremu na ulicach jest bezpiecznie, a ludzie czują się wolni. Porządek ten jest skomplikowany. Jego sedno tkwi w złożoności sposobów korzystania z chodników, dzięki której pozostają one cały czas w zasięgu czyjegoś wzroku. Porządek ten opiera się na ruchu i zmianie[4].

Jacobs, oczywiście, gloryfikuje i przy okazji idealizuje przednowoczesne miasta, ale w przeciwieństwie do innych urbanistów nie demonizuje chaosu miejskiego życia, dostrzegając w nim to, na co zwracał już uwagę James, czyli zdolność do spontanicznego wyłaniania się mniej lub bardziej dynamicznego porządku. Jej zdaniem, wartościowe formy porządku w mieście nie wyrastają z uważnego planowania profesjonalnych komisarzy, dobrych biznesplanów czy nawet z indywidualnych inicjatyw. Kluczem do dobrego miasta jest różnorodna, odpowiedzialna i zaangażowana w kształt otoczenia społeczność. Przez „śmierć amerykańskich miast” autorka rozumiała „autodestrukcję różnorodności” – nadawanie całym dzielnicom jednej funkcji i charakteru wskutek rynkowego dyktatu cen nieruchomości[5]. Dlatego też Jacobs prowokacyjnie przekonywała, że najważniejszym elementem miasta nie jest budynek czy ulica, lecz chodnik, na którym spotykają się mieszkańcy, wchodząc ze sobą w interakcje i wymieniając się doświadczeniami. To właśnie on jest podstawą reaktywnej urbanistyki, pozostając najmniej podatną na destrukcyjny wpływ katastrofy częścią miasta (budynki mogą się zawalić, a ulice rozstąpić, uniemożliwiając przejazd samochodom) oraz jego najbardziej kreatywną przestrzenią. Nota bene, jak pisał James, to właśnie na chodnikach zbierali się ocaleni po kataklizmie w 1906 roku, by na nowo uporządkować San Francisco. Amerykański filozof w Principles of Psychology przekonywał, że lęk przed chodnikami i przestrzenią publiczną w ogóle – choć typowy właśnie dla mieszczan XIX i XX wieku – to uczucie na wskroś prymitywne lub nawet zwierzęce. Agorafobia, według Jamesa, nie ma żadnej użyteczności dla „cywilizowanego człowieka”[6], a zatem „cywilizowanie” to uspołecznienie, a nie indywidualizacja (innymi słowy, zdolność do bycia podmiotem społecznego działania, a nie podmiotem samotniczych wyobrażeń na własny temat).

Jacobs, proponując model sąsiedzkich „miast chodników”, zwraca uwagę na to, że zdarzenia losowe i potencjalnie niebezpieczne natychmiast wychwytywane są przez działający spontanicznie system autoimmunologiczny tkanki miejskiej i wobec tego nie wymagają odgórnie narzuconych struktur, determinujących oraz ograniczających zachowania społeczne. Dlatego jakiekolwiek zniszczenia nie paraliżują układu, a właśnie otwierają pole możliwości dla wprowadzenia zmian. Jacobs przekonuje, że najlepiej zdać się na organiczne i właśnie reaktywne środowiska, które pozwalają ludziom ad hoc odpowiadać na nieoczekiwane komunikaty. W Śmierci i życiu wielkich miast Ameryki znajdziemy taki oto przykład sceny ulicznej, której świadkiem była sama autorka:

Incydent, który przykuł moją uwagę, polegał na cichej sprzeczce między pewnym mężczyzną a dziewczynką w wieku lat ośmiu lub dziewięciu. Człowiek ten starał się skłonić dziecko, żeby z nim poszło. Na przemian przymilał się do niego i udawał obojętność. Dziewczynka, jak to zwykle dzieci, które nie chcą czegoś zrobić, opierała się uparcie o ścianę jednej z kamienic po drugiej stronie ulicy. Kiedy patrzyłam na tę scenę z naszego okna na drugim piętrze, zastanawiając się, jak zareagować, jeśli zajdzie taka potrzeba, przekonałam się, że wcale nie będzie takiej konieczności[7]

Stało się tak, ponieważ z pobliskich mieszkań i zakładów zaczęły wyłaniać się kolejne osoby zaniepokojone całą sytuacją. Dziewczynka okazała się córką mężczyzny i nie było powodów do interwencji, ale to pozornie niewiele znaczące zajście stanowiło dla Jacobs przejaw spontanicznego i reaktywnego systemu bezpieczeństwa. Z dzisiejszej perspektywy, reakcję mieszkańców zapewne by potraktowano w kategoriach „niecywilizowanego” wścibstwa.

Teoria Jacobs, choć nie wydaje się szczególnie blisko związana z tematem miejskich katastrof, okazuje się jednak kluczowa, jeżeli chcemy w ogóle mówić o pożytecznym wymiarze zdarzeń mało prawdopodobnych w kontekście miasta. Ze zdaniem Jacobs zgodził się w 1980 roku w książce Wynaleźć codzienność Michel de Certeau, który w rozdziale Chodzenie po mieście poddał World Trade Center miażdżącej krytyce.

Wznieść się na szczyt World Trade Center to uciec przed wchłonięciem przez miasto. Ciało nie jest już powiązane ulicami, skręcającymi je i zawracającymi według jakiegoś nieznanego porządku; ani opętane, jak gracz, odgłosami tylu różnic i nerwowością nowojorskiego ruchu ulicznego. Ten, kto się tam wznosi, opuszcza unoszący go i mieszający tożsamość autorów i widzów tłum. Jak Ikar ponad tymi wodami, może nie przejmowaćsię podstępami Dedala w ruchomych i niekończących się labiryntach. Owo wznoszenie przekształca go w obserwatora[8].

Według de Certeau budynek ten stanowił jeden z najbardziej monumentalnych znaków zachodniej urbanistyki, która dąży do dematerializacji przestrzeni, uczynienia architektury spektaklem (stąd być może bierze się upodobanie współczesnych architektów do szkła, które zamienia fasady w ekrany). To w gruncie rzeczy eskapistyczny mit, polegający na zanegowaniu żywej tkanki miejskiej i codzienności, zwłaszcza jej chaotycznego, nieprzewidywalnego oblicza.

Jak doskonale pokazał przykład zamachu na World Trade Center, w mieście homogenicznym, w którym całym dzielnicom przypisuje się pojedyncze funkcje, trudno o pożyteczne katastrofy, gdyż system nie jest w stanie samodzielnie odpowiedzieć na zniszczenia i potrzebuje zorganizowanej pomocy udzielonej z zewnątrz (najlepiej przez duże firmy prywatne). Jacobs doskonale pokazywała, że takie miasta, jak Nowy Jork, już w połowie wieku zaczęły zatracać jakąkolwiek zdolność do spontanicznej reakcji na niespodziewane potrzeby oraz zagrożenia, a bezpieczeństwo w takich miejscach stawało się możliwe tylko i wyłącznie dzięki zewnętrznym strukturom, zazwyczaj automatycznym i zmechanizowanym. Nowy Jork z Przeciętnostanu zamieniał się w Ekstremistan. Wprowadzenie tych egzotycznie brzmiących nazw nieistniejących państw, metafor z Czarnego łabędzia Taleba, które opisują dwa modele radzenia sobie z losowością, pozwoli lepiej zrozumieć, w jakich okolicznościach staje się możliwe twórcze wykorzystywanie katastrof.

W pierwszym z hipotetycznych państw dominuje różnorodność i równowaga, a los całego systemu, na przykład gospodarki państwa i dobrobytu społeczeństwa, nie zależy od jednostki. W Przeciętnostanie mogą dziać się zdarzenia niespodziewane, ale nie przesądzają one o zachowaniu wszystkich elementów układu. Samolot spadający na bardziej zrównoważony Brooklyn nie mógłby uczynić tak wielkich szkód, jak na Manhattanie, chociaż jego katastrofa byłaby tak samo niespodziewana. Jak pisze Taleb: „Najwyższe prawo Przeciętnostanu można ująć następująco. Kiedy próba jest duża, żaden pojedynczy przypadek nie wpływa istotnie na całość”[9]. Idealnym „przeciętnym” zawodem jest praca taksówkarza: każdego dnia pokonuje on inne trasy i spotyka różnych ludzi, ale jego zarobki w dłuższej perspektywie czasu stosunkowo łatwo przewidzieć i nie zmieniają tego wyjątkowo udane i wyjątkowo nieudane dni. Z kolei „ekstremalnym” zajęciem jest gra na giełdzie, gdzie z dnia na dzień można stracić cały majątek lub wielokrotnie go pomnożyć. „W Ekstre mistanie panują takie nierówności, że jedna obserwacja może w nieproporcjonalnie silny sposób wpłynąć na łączny wynik czy sumę”[10] – komentuje Taleb. Takim właśnie obszarem skrajnych nierówności jest Dolny Manhattan, gdzie jeden budynek może osiągnąć ponad pół kilometra wysokości. Pod tym względem Freedom Tower, drapacz chmur jeszcze wyższy niż wieże World Trade Center, to wynik desperackiego uporu i projektowania wbrew naturze, chwilowy triumf nad grawitacją, który czeka na kolejną katastrofę. O ile po zatonięciu Titanica inżynierowie porzucili marzenia o konstruowaniu coraz większych statków, o tyle 11 września, jak się okazało, rzucił wyzwanie, by z jeszcze większym uporem budować państwo Ekstremistan. Bez wątpienia, co precyzyjnie pokazują Gotham i Greenberg, siłą napędową dla stworzenia jeszcze wspanialszego, niezniszczalnego miasta był nacisk znajdujących się w mniejszości, ale dysponujących dużymi wpływami grup interesu, a mianowicie współpracujących ze sobą korporacji oraz wysokich urzędników państwowych. Opinia publiczna ostatecznie wyraziła zgodę na tego typu działania dzięki panującemu powszechnie przekonaniu o możliwości zapanowania nad naturą (w tym społeczeństwem) dzięki postępowi technologicznemu. Nowa wieża Freedom Tower posiada jeszcze silniejszą konstrukcję niż dwie wieże World Trade Center, potencjalnie bardziej odporną na rozbijające się o nią boeingi 767 (a co z największymi na świecie airbusami A380?)[11], a lotniska zostaną wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt do weryfikacji tożsamości pasażerów lub przewidywania ich zachowań. Taleb – zwłaszcza w ostatniej książce Antykruchość[12] – zwraca ostrze krytyki przeciwko tej obsesji zapanowania nad losowością. Podobnie, jak przywoływani wcześniej Kuma i Rozario, rozumie on nowoczesność przede wszystkim jako dyskurs bezpieczeństwa i walki z naturą; walki, która wyraz znajduje w próbie zawładnięcia środowiskiem: systematycznego wygładzania krawędzi świata, czyli pozbywania się niepewności oraz silnych bodźców z otoczenia. W kontrze do panującego przekonania o wysokiej wartości bezpieczeństwa Taleb proponuje stoicką alternatywę, tytułową antykruchość, czyli rodzaj społecznego nastawienia na tworzenie systemów czerpiących korzyści z przypadku i losowości.

 

[1] Ada Huxtable, ‘Downtown’ Is More than Ground Zero, “Wall Street Journal”, 7 sierpnia 2002.

[2] noticingnewyork.blogspot.com/2013/01/october-1963-historical-snapshot-ada.html (dostęp 22.05.2015).

[3] Jane Jacobs, Śmierć i życie wielkich miast Ameryki, tłum. Łukasz Mojsak, Fundacja Centrum Architektury, Warszawa 2014, s. 22.

[4] Ibidem, s. 68.

[5] Ibidem, s. 254

[6] William James, Principles of Psychology, https://ebooks.adelaide.edu.au/j/james/william/principles/chapter24.html (dostęp 12.02.2015).

[7] Jane Jacobs, op. cit., s. 56.

[8] Michel de Certeau, Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, tłum. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008, s. 93.

[9] Nicholas Nassim Taleb, op. cit., s. 73.

[10] Ibidem, s. 75.

[11] Zamach na World Trade Center doprowadził zresztą nie tylko do wyśrubowania wymagań, dotyczących bezpieczeństwa powstającego w miejsce dwóch wież nowego budynku, ale także do zmiany państwowych przepisów architektonicznych. Dlatego też z pierwotnego projektu Libeskinda pozostał ledwie zarys, a nazwę budynku, mającego być przecież celebracją wolności, zmieniono po prostu na One World Trade Center. http://architecture.about.com/od/structural/a/Did-9–11-Change-The-Way- We-Build.htm (dostęp 11.02.2015).

[12] Nicholas Nassim Taleb, Antykruchość. O rzeczach, którym służą wstrząsy, tłum. Olga Siara, Kurhaus Publishing, Warszawa 2013.