Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A

TWÓRCZA KONSERWACJA

Architektura jest jak samochód czy szampon, ma ograniczoną wartość rynkową. Jestem za zachowaniem istniejących budynków pod warunkiem, że da się je odnowić, poddać recyklingowi i zaktualizować tak, by odpowiadały bieżącym potrzebom - mówi Pedro Gadanho, dyrektor właśnie otwartego Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie​

 

Przez ostatnie lata kierowałeś departamentem dizajnu i architektury w nowojorskiej MoMA, co jest znaczącym zawodowym osiągnięciem, o którym wielu marzy. Tymczasem rzuciłeś to, by kierować nowym muzeum w rodzinnej Portugalii. Czy dobrze być z powrotem w Europie?

O tak [śmiech], zdecydowanie!

 

Dlaczego?

Muszę powiedzieć, że po pewnym czasie spędzonym w Nowym Jorku doznałem rozczarowania poziomem intelektualnym tamtejszej dyskusji o architekturze. Jeśli weźmie się pod uwagę bogactwo produkcji kulturalnej dotyczącej architektury i sztuki w Europie, wszystko to, co dzieje się w tylu miastach i ośrodkach, położonych całkiem niedaleko od siebie, łatwo zrozumieć, że mamy na naszym kontynencie do czynienia ze znacznie bogatszą teksturą, a w związku z tym z dyskusją o wiele ciekawszą od tej, która toczy się w USA. Zwłaszcza w Nowym Jorku atmosfera wokół tematów związanych z projektowaniem stała się bardzo konserwatywna, mocno prawicowa i naznaczona podziałem na bogatych i biednych. W tej silnie skomercjalizowanej kulturze, kształtowanej przede wszystkim przez wymogi rynku, toczy się dość niefortunna debata, w której niewiele jest miejsca na idee. Dlatego rzeczywiście byłem bardzo szczęśliwy, wracając do Europy.

 

Prosto do niezwykłego, nowego muzeum, które w październiku otwiera się w Lizbonie i ma łączyć obszary refleksji nad architekturą, sztuką i technologią. Jego koncepcję architektoniczną stworzyła Amanda Levete wraz z pracownią AL_A. Goszcząc wiosną w Warszawie na zaproszenie Fundacji im. Stefana Kuryłowicza, opowiadała o procesie powstawania tego budynku.

Chciałbym to zobaczyć [śmiech]. Dołączyłem do zespołu muzeum w ostatnim stadium jego powstawania, proces budowy trwał już od 3 czy 4 lat.


Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A
 

Ale miałeś coś do powiedzenia przy podejmowaniu decyzji?

Zanim objąłem stanowisko w nowym muzeum, przez kilka miesięcy byłem konsultantem tego projektu, więc miałem możliwość zgłaszania pewnych uwag czy sugerowania drobnych zmian, które były konieczne, gdy ostatecznie ustalono już program instytucji. Gdy rozpoczynano budowę, był on jeszcze mocno niedookreślony. Kiedy przyszedłem, wciąż do ustalenia pozostawały konkretne tematy, z którymi miała się zmierzyć ta placówka – stąd też wyniknęło kilka niezbędnych decyzji w zakresie zmiany niektórych z przestrzeni „wielofunkcyjnych” w coś bardziej przypominającego galerię sztuki współczesnej.

 

Działasz na styku różnych dyscyplin, takie też ma być nowe muzeum. Na początku roku byłeś jurorem w niezwykle ciekawym konkursie Taking Buildings Down ogłoszonym przez nowojorską organizację Storefront for Art And Architecture[1]. Mówiąc kolokwialnie, był to konkurs na „odejmowanie”, co ma pewien związek z tematem tegorocznej edycji cyklu Synchronizacja, realizowanego od lat przez Bęc Zmianę – czyli z architekturą niezrównoważoną. Temat konkursu naprawdę mnie zafrapował, bo w naszej rzeczywistości, straumatyzowanej historią, wojnami i galopującym neoliberalizmem, rozbiórka budynków i ich znikanie są raczej postrzegane jako coś złego.

Nie mogę się z tym zgodzić.

 

Czy zmiana w sposobie myślenia o architekturze jako o czymś, co daje się usuwać i nietrwałe, wydaje ci się dziś konieczna?

Rzeczywiście, ten temat jest mi bardzo bliski. Zajmowałem się tą problematyką jeszcze w Portugalii, kiedy byłem praktykującym architektem. Napisałem nawet polemiczny artykuł wzywający architektów, by powiedzieli ludziom: „Przestańcie budować!” i stanęli na czele wielkiego krajowego planu rozbiórki, jeśli mogę to tak określić. Chodzi o to, by wyburzyć wszystko, co w ciągu ostatnich 30 lat gwałtownego rozwoju ekonomicznego zostało zbudowane źle, przy użyciu materiałów koszmarnej jakości, co zniszczyło naturalny krajobraz, prowadząc do powstania terenów niezrównoważonych. Aby przywrócić utraconą w ten sposób równowagę, należałoby z chirurgiczną precyzją wyburzyć wiele budynków. Takie właśnie postulaty wysunąłem w eseju, którego żadna z większych gazet nie chciała opublikować, pewnie dlatego, że nikt jeszcze wówczas nie przewidywał kryzysu z 2008 roku [śmiech]. Dlatego tekst został opublikowany tylko w książce poświęconej modernizacji istniejących budynków, co odsyła do innego rodzaju rozbiórki – przebudowy wnętrza i tworzenia czegoś nowego w starym budynku. Tego typu podejście wpisane było w moją ówczesną praktykę. A wiązała się ona z wyborem o charakterze politycznym – robiłem tylko wnętrza, bo nie chciałem stawiać nowych budynków. Uważałem, że to nieekologiczne, że stoi za tym tylko spekulacja, bo wcale nie trzeba budować wiele więcej. W rzeczywistości centra większości portugalskich miast były puste, tak jak w wielu innych miejscach w Europie, tymczasem ciągle rozbudowywano ich obrzeża. Podobna logika być może wciąż funkcjonuje w Polsce. Ciągłej potrzebie budowy nowych mieszkań i innych obiektów w Warszawie towarzyszy zjawisko pustoszenia centrum, które zaczyna się rozpadać. Stąd pomysł, by rozbiórka stała się częścią większego planu urbanistycznego, w ramach którego wyburzanie budynków stanowi ważny element równania. Oczywiście nigdy nie byłem specjalnie przywiązany do idei wiecznotrwałych budynków lub pojmowania architektury jako czegoś, co ma być na zawsze. Wręcz przeciwnie, bardzo doceniam polityczny charakter efemerycznej architektury i jestem pogodzony z faktem, że rynkowa rzeczywistość szybko się zmienia i wszystko podlega ciągłemu niszczeniu i odnawianiu, permanentnym przeróbkom. Jedną z myśli, która powraca do mnie w tym kontekście, dotyczy tego, że teksty, książki i słowa będą trwały dłużej niż jakikolwiek budynek wykonany z kamienia. Z perspektywy architekta taka myśl może wydawać się dość prowokacyjna i ciężka do przełknięcia.


Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A
 

Co wobec tego jest rzeczywiście warte zachowania?

Cóż, to pytanie odsyła do kilku odrębnych zagadnień. Po pierwsze, gdy mówimy o trwałości i równowadze (sustainability), to wiadomo, że trwalszy budynek jest lepszy niż taki, który zawali się po 30 latach – to oczywiste. Dlatego architektura od zawsze była dziedziną zrównoważenia, zanim jeszcze to słowo stało się modną mantrą. Niektóre szkoły architektury, np. portugalska i hiszpańska, nadal bronią budynków z kamienia, twierdząc, że architektura lepszej jakości jest trwalsza, co na dłuższą metę ma być bardziej ekologiczne, zwłaszcza w porównaniu z projektami realizowanymi po kosztach, które zaczną niszczeć już po kilku latach istnienia. Nie neguję faktu, że budowanie z odpowiednich materiałów pozwala tworzyć budynki nieco bardziej trwałe. Ale takie podejście przeczy logice systemu kapitalistycznego, w ramach którego żyjemy. System ten opiera się na tworzeniu produktów, których atrakcyjność wyczerpuje się w cyklu konsumpcji. Potem trzeba wyprodukować nowe towary, uruchamiając tym samym nowy cykl, i tak w kółko. Architektura jest jak samochód czy szampon, ma ograniczoną wartość rynkową. Dlatego broniłbym praktyki, którą można nazwać twórczą konserwacją. Jestem za zachowaniem istniejących budynków pod warunkiem, że da się je odnowić, poddać recyklingowi i zaktualizować tak, by odpowiadały bieżącym potrzebom. W ramach tej logiki nadal można być twórcą, architektem, bo tego typu interwencje przeprowadza się w możliwie najbardziej kreatywny sposób. Właśnie tak podchodziłem do recyklingu wnętrz. W kategoriach operacji architektonicznych były to działania bardzo poetyckie i konceptualne, a przy tym wyrażały myśl, że da się zachować budynek, który stanowi pewną wartość w kontekście miasta, zarazem całkowicie go przerabiając, tak, by pasował do aktualnych potrzeb. Te potrzeby mają również charakter estetyczny – chcemy posiadać domy dostosowane do naszych oczekiwań konsumenckich. Dlatego wydaje mi się, że architekci mają tu ogromne pole do popisu: mogą realizować swoją kreatywność, nie budując nowych struktur przekształcających zastaną tkankę miejską. Po co stawiać nowe budynki w miejscach, gdzie populacja się zmniejsza? Wierzę nawet w twórczą transformację fasad – pięknym ćwiczeniem z tej dyscypliny okazał się projekt mojego przyjaciela, który przez renowację wnętrza i zewnętrza z bardzo brzydkiego domu uczynił naprawdę interesującą konstrukcję. W Portugalii jest pełno okropnych budynków wybudowanych w okresie trwającego od końca lat 70. wzrostu ekonomicznego. Architektura tworzona była wówczas przez emigrantów zarobkowych, którzy wracali do Portugalii ze Szwajcarii, Francji i innych zachodnich krajów, przynosząc ze sobą wyrwane z pierwotnych kontekstów wzorce estetyczne. Twórcy ci próbowali więc budować szwajcarskie chatki przy użyciu portugalskich materiałów i technik budowlanych, generując swego rodzaju postmodernistyczny miszmasz. Przekształcenie czegoś takiego w bryłę cechującą się elegancją jest całkiem interesującym ćwiczeniem z zakresu architektury. Niewiele osób się tego podejmuje. Wolą zniszczyć to, co zastane, i wybudować coś nowego od podstaw.

 

Może dlatego, że rewitalizacja wymaga dużych nakładow energii, poświęcenia czasu i pieniędzy. W jaki sposób łączysz kwestie ekonomii i estetyki? Jak postrzegasz rolę estetyki w nowoczesnej urbanistyce i projektowaniu?

Estetyka tworzy dystynkcje, w tym także dystynkcje społeczne. Ludzie potwierdzają swój status społeczny poprzez estetykę. Zostało to bardzo dobrze opisane przez Pierre'a Bourdieu w kontekście analizy sądów smaku Immanuela Kanta. Wydaje mi się, że kiedy ludzie podejmują różnorakie wysiłki projektowe, a co za tym idzie mają na to środki, to zawsze podążają za jakąś modą, kreowaną bądź przez dekoratorów i popularne czasopisma, bądź przez świat architektury. Myślę, że nastapiło tu pewne przesunięcie – ludzie coraz częściej podążają za tym, co proponuje architektura. Obecnie identyfikują się z czymś, co nazwać można eleganckim minimalizmem, w związku z czym architekci muszą pójść krok dalej, jeśli chcą pozostać w awangardzie architektury, jeśli chcą ją rozwijać. Gdy ludzie doganiają ich gusta, architekci muszą szukać innej przestrzeni estetycznej, czegoś bardziej prowokującego. Za jakiś czas ludzie znowu to przyswoją. Tak wygląda typowy cykl mody, jak opisywał go Georg Simmel. Tak więc wydaje mi się, że gust jest bardzo mocno związany z gospodarką i że da się tworzyć wartości estetyczne w ramach logiki ekonomicznej.


Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A
 

Wracając jeszcze do kwestii architektury niezrównoważonej – ma ona swoje dobre i złe strony. Lokalny charakter architektury: dobór materiałów i stylu – o czym wspominałeś przed chwilą – jest czymś w dobrym sensie niezrównoważonym, stojącym w opozycji do globalizacji i mieszania stylów architektonicznych z całego świata. Dla ciebie jako architekta i kuratora ciekawsze jest wnętrze czy zewnętrze świata architektury?

Fakt, iż podjąłem pracę w muzeum, które jest w gruncie rzeczy instytucją sztuki, pokazuje chyba dość wyraźnie, gdzie plasują się moje zainteresowania. Jestem bardzo ciekawy powiązań między światem sztuki i architekturą, ponieważ myślę, że te dziedziny są bardzo sobie bliskie, a powinny stać się jeszcze bliższe. Pisałem o tym, że świat architektury, podobnie jak przedtem świat sztuki, dzieli się obecnie na dwie części. Jedną tworzą wysoce autonomiczne praktyki artystyczne, które tworzą teorię i praktykę architektury, druga odpowiada gustom głównego nurtu, który z pewnym opóźnieniem przyswaja formy i pomysły tworzone przez awangardę. Taka dynamika już od bardzo dawna funkcjonuje w świecie sztuki. Wydaje mi się, że warto postrzegać świat sztuki jako przestrzeń wzorców dających się aplikować w dziedzinie architektury. Istnieją praktyki korporacyjne, mainstreamowe, które w sposób funkcjonalny odpowiadają na określone wymagania rynku, ale jest też sfera, która należy do kręgu kultury a rozwija się w przestrzeniach muzeuów, na łamach branżowych magazynów i tak dalej. Ta właśnie sfera determinuje ewolucję gustu, podczas gdy praktyki mainsteamowe, mocno osadzone w kontekście ekonomicznym, odpowiadają za rozpowszechnianie wypracowanych wzorców w coraz szerszych kręgach konsumentów.

Dla mnie jednak najbardziej interesujące jest to, w jaki sposób architektura może wywierać wpływ społeczny, wykraczając poza wartość czysto estetyczną albo konsumpcyjną, tak jak robi to sztuka współczesna. Dlatego jednym z podstawowych celów nowego muzeum będzie tworzenie wystaw, dzięki którym architekci uzyskają możliwość formułowania wypowiedzi podobną do tej, jaką mają artyści. Ich projekty prezentowane będą na podobnych zasadach jak dzieła sztuki w kontekście stojących za nimi idei. Moją rolą jest szukanie tematów, których naświetlanie może w równym stopniu angażować architektów i artystów – pierwszym będzie „Utopia i dystopia”. One zawsze interesowały architektów, a ci obecni na wystawie – w tym m.in. Superstudio, Archigram i inni – wywodzą się z pokolenia, które jeszcze w latach 70. sondowało nowe możliwości organizacji społecznej. Artyści także często nawiązywali do pojęcia utopii w ramach krytyki społecznej i politycznej, aczkolwiek równie dużo miejsca zajmowała w ich myśleniu dystopia. Skonfrontowanie tych wizji ze sobą, sprowokowanie dialogu między nimi, z pewnością zaowocuje ciekawymi narracjami, które mają szansę dostarczyć nowych wglądów w obydwie dyscypliny. Wydaje mi się, że zarówno artyści jak i architekci mogą na tym dialogu skorzystać.


Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A
 

Chcesz im stworzyć przestrzeń do eksperymentów?

Jako kuratora jakoś szczególnie nie interesuje mnie historia sztuki. Nie jestem historykiem sztuki, więc ważne są dla mnie eksperymenty, wymiana wglądów na temat teraźniejszości, prezentacja pomysłów, które tworzą inni, konfrontacja różnorakich idei, tak, aby widz, idąc do domu, wyniósł z wystawy coś więcej niż tylko doświadczenie czysto estetyczne, wygodną kontemplację.

 

Myślisz, że te eksperymenty dostarczają nam jakichś odpowiedzi?

Cóż, wydaje mi się, że są w stanie prowokować pytania, a to już jest coś (śmiech). Ale myślę, że czasami sugerują również odpowiedzi, a przede wszystkim tworzą przestrzeń, w której widz ma szansę pewne rzeczy dopowiedzieć. W ten sposób praca sięga dalej, Umberto Eco nazywał „dziełem otwartym”. Jeśli więc uda się zapłodnić umysły choćby kilku członków publiczności, to już zrobiło się coś istotnego. Choć oczywiście najlepiej byłoby dotrzeć do szerszego grona odbiorców.

 

Czy twoim zdaniem w kulturze istnieją jeszcze jakieś tematy tabu?

Oczywiście! (śmiech) Myślę, że ciągle jest ich bardzo wiele.

 

W Polsce takim tabu jest kwestia rozbiórki. Właściwie w ogóle się tego tematu nie podejmuje…

Myślę, że jednym z głównych tematów tabu jest poprawność polityczna, w związku z czym pewnych tematów nie sposób nawet poruszać poza jej ramami. Ponieważ lubię prowokacje intelektualne, tabu to czasem bywa dla mnie kłopotliwe. Na przykład ostatnio zostałem zaproszony na odbywającą się w Berlinie konferencję poświęconą przestrzeni publicznej i pojęciu partycypacji, pod hasłem „Walka lub fikcja”. Przez wszystkich przyjmowane jest ono z takim entuzjazmem, że zaczęło wydawać mi się problematyczne. Może nazbyt mocno wierzymy obecnie w moc partycypacji i w społeczną misję architektury, dizajnu czy sztuki. Partycypacja staje się nowym tabu, truizmem obowiązującym w ramach poprawności politycznej. Tej wiosny byłem na placu Tahrir w Kairze i widziałem jak po fali powszechnych demonstracji, przyszedł nowy rząd i natychmiast w celu uniknięcia przyszłych demonstracji powołał do życia dystopijną przestrzeń publiczną. Ludzie muszą być świadomi, że rzeczy nie zawsze działają tak, jakbyśmy tego chcieli. Idealistyczne dążenia trzeba starannie przemyślane, jeśli chce się uniknąć jeszcze bardziej totalitarnych represji ze strony państwa. Pozornie niewinne tabu też może sankcjonować pewne sposoby myślenia i działania, a w konsekwencji odnieść skutek odwrotny do zamierzonego. Jak głosił napis na jednej z instalacji stworzonych przez Jenny Holzer: „Chroń mnie od tego, czego pragnę".


Wizualizacje projektu budynku Museu de Arte, Arquitetura e Tecnologia w Lizbonie, © AL_A
 

Pedro Gadanho – architekt, kurator i autor tekstów krytycznych poświęconych architekturze współczesnej. Dyrektor artystyczny Museum of Art, Architecture and Technology (MAAT) w Lizbonie, ufundowanego przez EDP – Foundation Energias de Portugal. Wcześniej od 2012 roku zajmował stanowisko kuratora w departamencie Architektury i dizajnu Muzeum Sztuki Nowoczesnej MoMA w Nowym Jorku, gdzie odpowiadał za projekty związane z architekturą współczesną. Jest autorem licznych tekstów dotyczących zagadnień związanych z projektowaniem, a także publikacji Arquitectura em Público (Dafne, 2011); prowadzi bloga shrapnelcontemporary.wordpress.com. Współorganizował I Międzynarodową Konferencję poświęconą Architekturze i Fikcji „Once Upon a Place”. www.maat.pt/en


[1] W konkursie tym pierwszą nagrodę otrzymał ex aequo zespół projektantów odpowiedzialnych za architekturę wystawy Spór o odbudowę eksponowanej w ramach festiwalu Warszawa w Budowie w 2015 roku w składzie: Maciej Siuda, Rodrigo García González, Aleksandra Borecka, Agnieszka Wach, Katarzyna Dąbkowska. Ta głośna, znakomita wystawa, której kuratorem był Tomasz Fudala, prezentowana była w dawnym liceum im. Klementyny Hoffmanowej w Warszawie. Budynek, stojący na atrakcyjnej inwestycyjnie działce, został przeznaczony do rozbiórki. Przeciwko tej decyzji wielokrotnie protestował kolektyw Syrena, który zresztą brał udział w przygotowywaniu wystawy Spór o odbudowę, zwłaszcza części dotyczącej praw lokatorów, reprywatyzacji i konsekwencji dla dzisiejszych mieszkańców stolicy dekretu Bieruta z października 1945 roku, na mocy którego na własność gminy m.st. Warszawy miały przejść wszelkie grunty w przedwojennych granicach miasta. W ostatnich miesiącach m.in. dzięki organizacji Miasto jest Nasze i idącym za jej odkryciami publikacjom w „Gazecie Stołecznej” (warszawskim dodatku do „Gazety Wyborczej”) na jaw wyszły trwające od wielu lat nieprawidłowości przy procedurach reprywatyzacyjnych. Konsekwencją było trzęsienie ziemi w ratuszu, burzliwa sesja Rady Warszawy i wniosek o przeprowadzenie referenedum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.