Il: Katrzyna Muskaryna / ZUSwave

TURYSTYKA TO NIE BUŁKA Z MASŁEM

Z Pawłem Cywińskim i Marysią Złonkiewicz, założycielami i współautorami portalu post-turysta.pl, rozmawia Ada Banaszak
 

Często łapię siebie i innych na tym, że przymiotnika „turystyczny” używamy jako najgorszej obelgi, podczas gdy na określenie „nieturystyczny” zasługują miejsca w naszym mniemaniu najbardziej warte uwagi. Zastanawiam się, dlaczego, sami będąc turystami, tak bardzo nie lubimy innych turystów?

Paweł Cywiński: W Szwajcarii – kraju, który ma 200 lat tradycji turystycznej ­­– żachnięcie: „Ech, turysta” jest określeniem ignoranta i głupka. W czasie boomu turystycznego lat 70. i 80. XX wieku powstał archetyp turysty jako dzierżącego aparat fotograficzny pana w bawełnianej czapeczce, który pod opalenizną na granicy poparzeń słonecznych próbuje ukryć zmęczenie życiem. W wielu kręgach kulturowych etykietka turysty jest bardziej obraźliwa niż bycie nazwanym na przykład podróżnikiem, który w masowej wyobraźni należy do wyższej klasy, jest współczesnym Indianą Jonesem uzbrojonym w superdrogi, superprofesjonalny sprzęt dla zdobywców tego czy owego. To, że tak bardzo zależy nam na odpięciu turystycznej łatki, wynika z określonego stylu życia, z naszej projektowanej biografii, z tego, jak chcemy być postrzegani.

Marysia Złonkiewicz: Dziś zamiast turystą lepiej być kimś, kto realizuje jakiś projekt, na przykład jest blogerem. Poza tym nie lubimy tego, że pojęcie „turysta” – w odróżnieniu od „podróżnika”, który może, a wręcz musi być indywidualistą – nas umasawia.

PC: Jednocześnie musimy pamiętać, że w kontekście globalnym znakomita większość ludzi marzy o tym, żeby być turystami, czyli mieć jednocześnie wolny czas i pieniądze. Część klasy średniej również nie ma żadnego problemu z byciem nazwanym turystą. Wydaje mi się, że poszukiwanie samookreśleń, które pozwoliłyby się wyróżnić na plus – takich jak „podróżnik” czy „bloger” – jest powiązane z dość niszowymi stylami życia.

 

Czy na przykład określenie „backpacker” to takie odczarowanie słowa „turysta”?

PC: Backpackerzy to jeszcze inna bajka, zjawisko specyficzne dla pewnego okresu w historii turystyki. Mniej więcej na początku lat 70. wyłoniła się dość liczna grupa ludzi, którzy stali się forpocztą albo raczej oddziałami szturmowymi turystyki masowej na świecie. Backpackerzy wyrośli na ruchu hipisowskim, od którego przejęli marzenia o wolności, tanich podróżach i wyzwoleniu się z okowów społeczeństwa. Jednak przejęli te marzenia tylko na płytkim poziomie, a jednocześnie uzbroili się w przewodniki, których nie mieli podróżujący w latach 60. hipisi[1].

MZ: Nie tylko w przewodniki, ale też w całą infrastrukturę, system zaspokajający potrzeby z tych marzeń, pozwalający na tworzenie wizerunku samego siebie jako osoby wolnej.

PC: Ten system ewoluował w późniejszych dekadach, a dwa zjawiska: koniec zimnej wojny i rozwój internetu drastycznie przyspieszyły rozwój backpackingu. Obecnie, moim zdaniem, to zjawisko zmierza ku końcowi.

Dlaczego?

PC: Backpacking to był pewien rodzaj podróżowania, skomercjalizowany ruch pohipisowski, który charakteryzował się tym, że brało się plecak, jakieś drobne i jechało się w świat, przemieszczając się od punktu A do punktu B, od punktu B do punktu C… Obecnie coraz ważniejsze są „dzielnice turystyczne” czy „enklawy turystyczne”, takie jak Khao San Road w Tajlandii czy Kuta na Bali, rozmieszczone co 200­–300 kilometrów w całej Azji i Ameryce Południowej. Ich rozwój całkowicie zmienił styl podróżowania. W tej chwili jeździ się do dzielnic turystycznych, które pełnią funkcję punktów wypadowych, wyposażonych w pełną infrastrukturę: wi-fi, pralnie, dobre knajpy. Stamtąd można odbywać jedno- czy dwudniowe wycieczki po okolicy, często organizowane przez lokalne biura podróży. Paradoksalnie backpacking staje się na poły all-inclusive. Coraz częściej mamy do czynienia z rodzajem turystyki, który można nazwać „backpackaging”– turystyką pakietową (od ang. package). Do tego coraz mniej jest już potrzebny plecak, czasem wystarczy tylko walizeczka na kółkach…

MZ: …i pieniądze, które dziś stały się miernikiem wolności.

PC: Dzielnica turystyczna zmienia rodzaj ruchu turystycznego. Co ciekawe, takie dzielnice powstawały właściwie za czasów hipisów. Oni zamiast przewodników Lonely Planet mieli punkty zborne – słynne 3K: Kabul, Khao San Road i Katmandu, w których spotykali się, aby przekazywać sobie informacje dotyczące podróży. Kiedy zaczęła się wojna z Rosją, Kabul zniknął z ich mapy i wtedy trzecim „K” została Kuta. Z czasem, dzięki podróżującym hipisom, te miejsca się rozwinęły i wyspecjalizowały w turystyce: zaczęły tam powstawać hotele i restauracje, które następnie trafiły do przewodników, co spowodowało, że ruch turystyczny jeszcze wzrósł. Z czasem takie dzielnice zaczęły się specjalizować: jedne w turystyce narkotykowej, inne w sportowej, jeszcze inne zmieniły się w spirytualistyczne zakątki… I to one organizują ruch turystyczny na globalnym Południu – w regionie, który będzie niedługo nadawał rytm turystyce.

 

Jak ci turyści i ich pieniądze wpływają na gospodarkę krajów globalnego Południa?

MZ: Przede wszystkim trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że większość pieniędzy, które na wakacjach wydają turyści, wraca do krajów, z których ci turyści przyjeżdżają. Najwyraźniej widać to w przypadku wycieczek pakietowych, czyli all-inclusive, w przypadku których biuro organizujące wyjazd ma właścicieli ze Stanów Zjednoczonych, Europy czy Australii, a linie lotnicze i sieci hoteli również należą do firm operujących z globalnej Północy. Ale nawet w przypadku wyjazdów indywidualnych najlepiej prosperującymi biznesami skierowanymi do turystów są te prowadzone przez ludzi pochodzących z tych samych kręgów kulturowych. Czyli jeżeli jedziemy do Tajlandii czy do Egiptu, to hostel, który najlepiej będzie odpowiadał naszym potrzebom i najlepiej przygotuje ofertę dla turysty z Zachodu, będzie prawdopodobnie prowadzony przez kogoś spoza odwiedzanego przez nas kraju.

PC: Inną przyczyną takiego „wycieku” (z ang. leakage effect) jest import produktów, których używają turyści. Im gospodarka jest mniej samowystarczalna na poziomie produkcji, tym więcej musi importować z innych krajów. A my, nawet będąc po drugiej stronie kuli ziemskiej, wciąż lubimy jeść na śniadanie croissanty z masełkiem, wieczorem pić alkohole zachodnich marek, a znajomym przywieźć tanie pamiątki robione w Bangladeszu czy w Chinach. I w ten sposób pieniądze, które zostawiamy w danym kraju, wędrują dalej. Każdy kraj ma jakiś efekt wycieku, zwykle odwrotnie proporcjonalny do siły lokalnej gospodarki – im słabiej jest ona rozwinięta, tym więcej pieniędzy się „ulatnia”. Na różnych odległych, małych wysepkach efekt wycieku może dotyczyć nawet 80–90 procent wszystkich pieniędzy wydawanych tam przez turystów. W Europie krajem o największym wycieku jest Hiszpania, z której pieniądze płyną do Wielkiej Brytanii. Jednak nawet jeżeli jedynie 20 procent obrotów z turystyki zostaje w danym kraju, to w przypadku niektórych gospodarek ta kwota może stanowić olbrzymią część PKB. Tak wielką, że powoduje to jej uzależnienie od turystów. 

MZ: Wystarczy, że przydarzy się jakaś katastrofa naturalna lub atak terrorystyczny, by turyści przestali przyjeżdżać – wtedy takie państwo po prostu bankrutuje, co w ostatnich latach widać było na przykładzie Tunezji i Egiptu.

 

Do takich fatalnych „efektów ubocznych” turystyki oprócz bankructwa można zaliczyć również jej gigantyczny wpływ na środowisko naturalne i życie miast. Wyobrażam sobie, że powstanie w mieście na przykład takiej dzielnicy turystycznej drastycznie oddziałuje na codzienne życie mieszkańców.

PC: Tak, to jest kolonizacja tkanki miejskiej. W Polsce widać to na Kazimierzu w Krakowie – to miejsce, gdzie zostało już niewielu mieszkańców. W Europie dobrym przykładem jest Wenecja, która właściwie kumuluje w sobie wszystkie negatywne strony masowej turystyki. To mogą być takie „małe wady”, które w rzeczywistości mają gigantyczne znaczenie – na przykład duża liczba walizeczek na kółkach ciągniętych po bruku produkuje niemiłosierny hałas, więc w Wenecji wyznaczono strefy, gdzie obowiązuje zakaz ciągnięcia walizeczek. Ale są to też tak potężne kwestie jak opuszczanie przez mieszkańców całych części miasta, albo fakt, że kiedy do portu przypływają wielkie statki transportujące po kilka tysięcy turystów, to nie tylko produkują one koszmarną ilość uciążliwych spalin i hałasu, ale również doprowadzają do zaniku wodnej fauny i flory. Temu wszystkiemu towarzyszy oczywiście wzrost cen, pojawienie się wielkiego kapitału oraz zanik indywidualnej, oddolnej inicjatywy. Takimi skolonizowanymi przez turystów miejscami są również Barcelona czy Chinatown w San Francisco. Lizbona też powoli się taka staje, choć bardzo z tym walczy. Na Bali nie ma sezonu, w którym nie odbywałyby się wielotysięczne protesty przeciwko turystyce i budowie nowych resortów.

 

Wspomniałeś o Kazimierzu, który faktycznie stanowi pewnego rodzaju ewenement i jest obowiązkową destynacją dla zagranicznych turystów podróżujących na trasie Kraków­–Wieliczka–Oświęcim. A jak to wygląda w przypadku rodzimej wewnętrznej turystyki?

MZ: Duża część mechanizmów jest podobna, niezależnie od tego, czy jedziemy do Laosu, czy na Mazury. Mówiliśmy o różnych procesach ekonomicznych, wyciekaniu pieniędzy i centralizacji kapitału w dużych miastach – w Polsce oczywiście dzieje się tak samo. Nie ma nic dziwnego w tym, że firma prowadząca hotel w Zakopanem jest zarejestrowana w Warszawie i tam płaci podatki, ale ścieki, śmieci i problemy zostają w górach. Musimy jednak pamiętać również o problemach innego typu, wynikających ze stereotypizacji. Przykład: ostatnio widziałam na Facebooku wydarzenie informujące o zlocie szeptuch w jakimś gospodarstwie agroturystycznym na wschodzie Polski – idealny sposób na przyciągnięcie turystów marzących o doświadczeniu „magicznego Podlasia” i „duchowej krainy”! Ważne jest też to, kto o kim opowiada. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem przedstawia narrację o odkryciu Tatr przez ludzi z Krakowa.

PC: Jednak patrząc na to z czysto makroekonomicznej perspektywy, Polska nie jest wcale na takiej złej drodze. Wpływy z turystyki wytwarzają około 5 procent PKB, co sprawia, że nie trzeba tym sektorem jakoś bardzo zarządzać, bo ryzyko uzależnienia polskiej gospodarki od turystyki jest znikome. Rynek jest dość mocno zdywersyfikowany, dużo ludzi ma swoje prywatne biznesy, kwatery itp. Mamy też rozwiniętą turystykę „daczową” – ludzie kupują domki, do których przyjeżdżają na miesiąc czy dwa miesiące w roku, wciąż będąc turystami, ale jednak czując pewną odpowiedzialność za to miejsce.

MZ: Ale jest to też zjawisko negatywne, bo wypierają oni mieszkańców i ich potrzeby.

PC: Tak, ale mądre gminy powinny zastanowić się, jak włączać działkowiczów w codzienne życie i jak wspierać „ukorzenianie ich”. To jest taka polska specyfika.

 

A co możemy robić my? Jak powinniśmy podróżować, żeby wspierać lokalnych mieszkańców, szanując środowisko naturalne i lokalną kulturę?

MZ: Nie da się podróżować w idealny sposób, żeby nikomu nie szkodzić. Tak samo jak w przypadku każdej innej dziedziny życia, trzeba zastanowić się nad swoją hierarchią wartości i zdecydować, czy na przykład lepiej zostawić pieniądze u lokalnych mieszkańców, którzy nie mają dobrze opracowanego systemu gospodarowania odpadami, czy jednak zatrzymać się w sieciowym hotelu, który nie wyleje nieczystości do pobliskiej rzeki, ale nasze pieniądze trafią do bogatych właścicieli. Każdy wyjazd oznacza bezustanne podejmowanie mnóstwa tego typu wyborów, często nawet nieświadomych. Nawet to, jak się zachowujemy czy jak się ubraliśmy, może mieć wpływ na ludzi, których odwiedzamy i których mijamy na ulicy. Cały wyjazd jest sumą takich drobnych „wpływików”.

Trzeba pamiętać, że również opowiadając innym o naszych wyjazdach, tworzymy pewne wyobrażenia dotyczące innych krajów i kultur. Dobrze zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeżeli niewiele wiemy o danym miejscu, to inni będą na nas patrzeć jak na specjalistów, tylko dlatego, że je odwiedziliśmy. Nasza odpowiedzialność nie znika po powrocie z wakacji.

PC: O turystyce często mówi się w kontekście globalizacji – pojęcia, które zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej nabrało ostatnio rumieńców. Z jednej strony turystyka jest dzieckiem globalizacji, z drugiej – jej matką i ojcem. Dziś stanowi ona 10 procent globalnego produktu brutto, jest źródłem co jedenastego miejsca pracy na świecie, a ludzie co roku odbywają 1 200 000 000 podróży zagranicznych. Jesteśmy dosłownie na chwilę przed wybuchem rewolucji, która będzie związana z bogaceniem się klasy średniej na globalnym Południu, spadkiem cen podróży, a także rozwojem wirtualnej rzeczywistości. To ostatnie zjawisko całkowicie zmieni turystyczną narrację o świecie – albo mocno ją demokratyzując, albo całkowicie monopolizując.

Dzięki nowym technologiom nie tylko będzie ci sprzedawana narracja o tym, co i jak zwiedzać, ale będziesz także mogła non stop tłumaczyć na swój język wszystko, co się dzieje wokół, będziesz miała możliwość ciągłego istnienia na rynku – kupowania, płacenia bez wyjmowania portfela… Będziesz miała jeszcze bardziej ograniczoną liczbę wyborów, wpadniesz w określony model konsumencki, ale jednocześnie dostaniesz doskonałą możliwość zawierania natychmiastowych transakcji. Znikną przewodniki, zmieni się idea mapy – mapa XXI wieku to raczej wiązka informacji… To, jak ta wirtualna rzeczywistość zostanie zaprojektowana – a nie zapominajmy, że projektują ją korporacje ­– w połączeniu z drastycznym wzrostem liczby turystów na świecie spowoduje, że te wszystkie szanse i tragedie, które dziś chwalimy czy krytykujemy, w ciągu najbliższych 10–15 lat zwielokrotnią się na niebotyczną skalę.

 

Czyli turystyka stanie się też dominującym sposobem tworzenia narracji o świecie?

PC: Już nim jest! Kiedy zapytam przeciętnego mieszkańca Zachodu, co wie o Kambodży, nie powie mi, jaka jest flaga tego kraju czy jakie zamieszkują go grupy etniczne, ale wymieni najważniejsze atrakcje turystyczne. Pytanie brzmi raczej, czy wirtualna rzeczywistość doprowadzi do tego, że nasza „turystyczna wyobraźnia” całkowicie się zmonopolizuje, czy jej narratorem będzie pięć wielkich korporacji i tym samym utrzyma się dominacja zachodniej wiedzy o świecie.

 

Czy znacie jakieś próby przezwyciężenia takiej zachodocentrycznej narracji, wprowadzanej między innymi przez przewodniki, o czym ciekawie pisze Paweł w tekście Edward Said czyta Lonely Planet? Jakieś lokalne inicjatywy, wydawnictwa?

MZ: Myślę, że oddawanie głosu mieszkańcom jest taką próbą, tylko że często jej inicjatorami są organizacje z Zachodu. Wyjątek stanowią Ameryka Południowa i Środkowa, gdzie mieszkańcy sami przejawiają dużą inicjatywę, jeżeli chodzi o działalność turystyczną i ekologiczną.

PC: Na pewno ważne są również inicjatywy powiązane z ekonomią współdzielenia (sharing economy), czyli wszystko to, co na szczeblu wymiany, czasem nawet finansowej, pozwala spotkać się ludziom, którzy nie są podporządkowani oficjalnej narracji i sami potrafią opowiedzieć o danym miejscu, o swoim doświadczeniu, o tym, co ich wkurza, a co cieszy. Takie doświadczenia i związane z nimi emocje są często dla turystów znacznie silniejsze i ważniejsze niż wyczytanie czegoś w przewodniku, nawet napisanym przez lokalnych mieszkańców. Do zagranicznego turysty takie publikacje zresztą raczej rzadko trafiają. No i oczywiście turysta sam może się przygotować do wyjazdu – wejść na Youtube’a, poczytać artykuły w internecie. Samo uświadomienie sobie tego, że żyjemy w wielkich narracjach, które definiują świat, jest pierwszym krokiem do rewolucji. Bez świadomości nie wyzwolimy się z klątwy jednej historii.

 

No i to znowu sprowadza bycie na wakacjach do ciężkiej pracy…

PC: Ja w ogóle jestem przekonany, że jechanie w daleki świat, odległy kulturowo, jest dużym wyzwaniem. Istnieje przecież pojęcie szoku kulturowego, pokazujące, że osoby, które nie są na taką konfrontację przygotowane, mogą potem cierpieć.

Turystyka to nie jest bułka z masłem – nie tylko na poziomie opowieści, ale też pod względem ekonomicznym, kulturowym i środowiskowym jej wpływ jest gigantyczny, a my jesteśmy jego częścią. Oczywiście nasza sprawczość jest minimalna, jesteśmy kropelką w oceanie, ale lepiej być czystą niż brudną kropelką. Jednocześnie nie ma możliwości, by w takim manichejskim sensie być albo dobrym, albo złym turystą. Zawsze jednocześnie komuś szkodzimy i pomagamy. O tym pisał między innymi Artur Domosławski w Gorączce latynoamerykańskiej, wskazując to, że ze względu na wielką złożoność procesów rządzących światem nie jesteśmy w stanie ich odtworzyć i zrozumieć, w związku z czym podejmowanie etycznych decyzji jest niemożliwe. Ale musimy próbować.

 

 

Paweł Cywiński – orientalista, kulturoznawca i geograf. Asystent na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych UW. Redaktor działu „Poza Europą” w magazynie „Kontakt”, współpracownik „Przekroju”, współtwórca portali post-turysta.pl i uchodzcy.info.

Marysia Złonkiewicz – prowadzi inicjatywy post-turysta.pl, Chlebem i Solą oraz portal uchodzcy.info. Kulturoznawczyni, bałkanistka, absolwentka turystyki, studiowała w Polsce, Francji, Bośni i Hercegowinie oraz w Indonezji.

Post-turysta.pl jest pracownią odpowiedzialnej podróży, która prowadzi badania we współpracy z ponad dwudziestoma specjalistami z siedmiu uniwersytetów, edukuje społeczeństwo, prowadząc szkolenia i publikując przewodnik odpowiedzialnego podróżowania. Doradza także przedstawicielom biznesu turystycznego, jak mogą działać bardziej etycznie.

 

[1] W 1972 roku powstało Lonely Planet – jedno z pierwszych wydawnictw specjalizujących się w przewodnikach dla „turystów o ograniczonych zasobach finansowych”.