"Zrób siebie", koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

TAŃCZĄCE GIFY

Gdy pracowałam nad Zrób siebie, myślałam logiką produktu, sprawdzając, czy można ją wykorzystać do stworzenia obiektu choreograficznego - opowiada Marta Ziółek, choreografka i performerka

 

Udało ci się coś, co od lat jest marzeniem środowiska choreograficznego w Polsce: przebiłaś się z choreografią eksperymentalną do masowej publiczności. Zrób siebie to pierwszy performans choreograficzny, który unieważnił regułę jednorazowej prezentacji tego typu przedsięwzięć, bo wszedł do repertuaru Komuny//Warszawa. Od czasu premiery w maju 2016 roku niezmiennie gracie przy pełnej widowni. To precedens. Dlaczego akurat Zrób siebie zadziałało?

Przede wszystkim to nie jest projekt, który pojawił się z dnia na dzień. Wymyśliłam go wiele miesięcy wcześniej jako pewną ideę. Wiedziałam, że chcę zrobić coś, co trafiłoby do szerszego grona odbiorców, było zaadresowane bezpośrednio do mainstreamu, a także odnosiło się do niego jako tematu. Ten pomysł traktowałam jak zadanie do wykonania: czy jestem w stanie zrobić popularny spektakl? Stworzyć produkt, który oddziaływałby na wiele środowisk? Myślałam logiką produktu, sprawdzając, czy można ją wykorzystać do stworzenia obiektu choreograficznego. Jedną z istotnych inspiracji był pokaz, który zrobiłam na zaproszenie Janusza Noniewicza na warszawskiej ASP. Wtedy pierwszy raz zostałam poproszona o to, by pracować z typowo popkulturowym materiałem, teledyskami oraz dużą grupą tancerzy. Musiałam odnieść się do kilkunastu utworów muzycznych i dla każdego z nich stworzyć obiekt choreograficzny, stanowący scenografię pokazu. To było totalnie nowe doświadczenie i fantastyczne wyzwanie. Stwierdziłam, że chcę dalej pracować z tym materiałem. Oprócz tego w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie trwała wówczas wystawa Ustawienia prywatności, która opowiadała o tym, jak i czy możliwe jest istnienie „ja” po internecie. Pomyślałam: „Ciekawe, że w Polsce o tym problemie nikt nie pomyślał w kontekście choreografii!”.


Zrób siebie, koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

 

Od dawna jedną z głównych bolączek tańca – a w szczególności choreografii eksperymentalnej – jest niemożność dotarcia do szerszej publiczności. Masowy odbiorca nie posiada narzędzi, za pomocą których mógłby rozszyfrować specyficzny język tej dziedziny. W Zrób siebie sytuacja zostaje odwrócona – przechwytujesz i używasz narzędzi popkultury, które publiczność dobrze zna. Upraszczając sprawę: czy wystarczy puścić Beyoncé i Justina Biebera, by widzowie zyskali aparat odbiorczy?

Nie. To nie na tym polega. Skończyłam szkołę, w której co prawda wykorzystuje się Beyoncé i Justina Biebera, ale realizuje się też rzeczy niekoniecznie komunikatywne i atrakcyjne dla wszystkich. Chodzi o to, by przechwycić pewne mainstreamowe praktyki, a następnie w sposób zarazem afirmatywny i krytyczny je zwrócić. W moim przypadku krytyka odbywa się na poziomie montażu i zestawiania ze sobą poszczególnych elementów, i to działanie staje się pewnym sposobem myślenia. Beyoncé i Biebera traktuję jako produkty wystawione na sprzedaż, po prostu analizuję, co one mi oferują. Popkultura nie jest zła – wszystko zależy od tego, jakimi jesteśmy konsumentami. Myślę, że Zrób siebie także jest produktem i odpowiada na potrzeby rynku. Okazuje się, że ludzie chcą, by popkultura była obecna na scenie, a w spektaklu pragną usłyszeć Justina Biebera.

Jego rozpoznawalność pozwala zbudować relację z ludźmi, którzy wcześniej nie mieli kontaktu z choreografią.

Tak, ale pojawia się też pytanie: co z Biebera czy z Beyoncé warto wziąć. To jest kwestia zainteresowań choreograficznych. Mnie ciekawi praktyka przenoszenia materiałów z jednego kontekstu w drugi, z jednego medium w inne. Takie działanie pozwala dostrzec, jak w teledyskach czy filmach konstruowana jest wizualność, w jaki sposób na przykład za pomocą kadru przedstawia się ciała. Te formy oferują coś zupełnie innego od tego, co widzimy na scenie. Powstaje więc pytanie, co się tu cytuje albo zapośrednicza. I dalej: jak to się montuje i dekonstruuje, z czym zestawia się pewne elementy. Jedna z krytycznych wypowiedzi na temat Zrób siebie po jednym z pokazów dotyczyła tego, że choreografia spektaklu jest słaba, oparta na prostych elementach. Ale to jest właśnie strategia, z którą obecnie pracuję: chcę, żeby materiał choreograficzny był komunikatywny, a pewne jego wątki – po prostu rozpoznawalne. Przy czym podjęcie decyzji, co jest proste, a co nie, wcale nie jest łatwe. Elementy prezentowane w Zrób siebie to nie są wszystkie materiały, jakie stworzyliśmy – to nie było tak, że wrzuciliśmy je po prostu do jednego worka i gotowe! Praca nad spektaklem była żmudna. Mówiąc o prostych elementach, mam na myśli uczenie się z nurtu tańca postmodern. To, co działo się w latach 60. i 70. w Stanach i co dzisiaj może się wydawać bardzo odległe, według mnie silnie rezonuje z naszą współczesnością.


Zrób siebie, koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

 

Twórcy tańca postmodern interesowali się ruchami potocznymi, ale nie zajmowała ich jeszcze kultura masowa. Kolejny etap w historii tańca otwiera go na kulturę popularną. Możemy zgodzić się co do tego, że twoje zainteresowania są prekursorskie na polskiej scenie artystycznej, równocześnie jednak wpisują się w nurt silnie obecny na scenie europejskiej czy amerykańskiej. Czy mogłabyś opowiedzieć o kontekście, w którym funkcjonujesz? Wydaje mi się, że zarówno w Zrób siebie, jak i w To bliskie są ci praktyki artystyczne, które z kolei dla mnie, Joasi Leśnierowskiej i Tomka Platy były punktem wyjścia w budowaniu narracji o związkach kultury popularnej i choreografii na wystawie Let’s dance w Poznaniu. Chodzi mi tutaj o choreografów przechwytujących różne kody popkultury, takich jak Alexandra Bachzetsis, która w A Piece Danced Alone odtwarza choreografię z teledysków, czy Trajal Harrell z voguingiem albo Frédéric Gies, który zmienia spektakl w imprezę techno z berlińskiego Berghain.

Kontekst, który mnie ukształtował, to na pewno School for New Dance Development (SNDO) w Amsterdamie. Dopiero teraz dostrzegam, jak mocno doświadczenia spędzonych tam lat wpłynęły na to, co robię teraz. Na przykład w tamtym czasie nie znosiłam pracy z Ann Liv Young, a dziś myślę, że ona w dużym stopniu mnie ukształtowała. Ann Liv jest amerykańską choreografką, jej twórczość czerpie z tamtejszej popkultury. Miałam okazję z nią pracować przy projekcie 37 Sherry, w którym każdy z 37 uczestników stawał się Sherry. Kim jest Sherry? Ann Liv stworzyła alter ego – personę o imieniu Sherry. Jest to postać graniczna, która zmienia swoje funkcje i role w zależności od kontekstu i potrzeby. Z pozoru wydaje się prezenterką prowadzącą talk show, potem jest szaloną gwiazdą estrady, po czym wciela się w postać terapeutki albo nieobliczalnej wiedźmy. Warto też dodać, że Sherry walczy o prawa mniejszości i wszystkich tych, którzy wydają się jej rasowo i genderowo wykluczeni. W projekcie, który realizowałam z Ann Liv, każdy z nas był ubrany jak Sherry. Przed próbą wszyscy malowaliśmy się, zakładaliśmy peruki, buty na obcasach i takie same stroje. Każdy miał siebie stworzyć na podobieństwo postaci wykreowanej przez artystkę. Przy czym Ann Liv była kapitanem okrętu 37 Sherry – dominowała, kierowała całością przedsięwzięcia. Wówczas mój sprzeciw budził bardzo manipulatywny wobec nas oraz widzów sposób funkcjonowania tej postaci.

No właśnie, zbliżamy się do pytania o to, jak powstały postacie w Zrób siebie. Przede wszystkim Angel Dust.

Angel Dust to figura, którą zaczęłam eksplorować w trakcie współpracy z Florentiną Holzinger – kolejną osobą, która mocno wpłynęła na to, co robię w tej chwili. Przygotowywałyśmy razem performans STICK, pokazywany w CSW Zamek Ujazdowski w 2014 roku. Pracowałyśmy wtedy z ideą bycia scenicznego, zakładającego jednoczesne bycie i niebycie sobą. Tak pojawiła się idea persony, zainspirowana procesem, jaki przeszłam z Ann Liv Young. Mamy tam peruki, nosimy glamourowe dresy i występujemy na szpilkach. Wyglądamy trochę jak z Kill Billa. Punktem wyjścia spektaklu czynimy same siebie i nasze biografie, tworzymy maskaradę z własnych zachowań i wizerunków. Tak jak Ann Liv z Sherry, staramy się badać pewne granice. Zwracamy też uwagę na tematy, które stanowiły przedmiot odniesienia dla Sherry – na przykład seksualność czy przemoc. Kluczowe są dla nas przy tym dążenia emancypacyjne, wpisane w historię i politykę. Warto podkreślić, że ta praca jest bardzo mocno oparta o drag queen show. Kostium nie jest tu tylko strojem, jest sposobem wejścia w proces transformacji, łapania dystansu, tworzenia postaci, pracy z ucieleśnieniem i alienacją. W Zrób siebie postacie były tworzone w podobny sposób. Kostium to nie jest tylko coś, co zakładamy na siebie i co pełni drugorzędną rolę. Szukanie ubrań dla postaci ze Zrób siebie było moim osobistym procesem nadawania im imienia.


Zrób siebie, koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

 

W Zrób siebie dochodzi do wyraźnego podziału performerów: ci, którzy posiadają świetny warsztat ruchowy, są silnie eksponowani, reszta trzyma się nieco z boku. Rehabilitujesz trening, warsztat ruchowy oraz wirtuozerię – kategorie, które zostały zakwestionowane przez taniec postmodern. I nagle w Zrób siebie widzimy te niesamowite ciała o imponujących zdolnościach ruchowych, jak chociażby Kasię Sikorę, która jest niczym kobieta-guma.

Zgadza się. Dla mnie mierzenie się z wirtuozerią było ciekawe, bo przez lata swojej edukacji konsekwentnie ją odrzucałam. Wywodzę się z tradycji, która nie daje przyzwolenia na kultywowanie tego typu perfekcji – ceni raczej indywidualny sposób pracy i autonomiczny stosunek do własnego ciała. Chodzi o tworzenie nowych rodzajów ekspresji ruchowej i znajdowanie osobnego, bardziej zindywidualizowanego cielesnego języka. Wszystkie techniki somatyczne są przeciwko tego typu formalizacji ciała i ruchu. Pracując nad Zrób siebie, musiałam zdać sobie sprawę z własnego sposobu myślenia o choreografii i performansie, żeby móc pozwolić sobie na tego typu ruch. Po projekcie realizowanym na ASP zrozumiałam, że wirtuozeria też jest produktem zapewniającym choreografii komunikatywność i widoczność. Czyli jest to jedno z tych kryteriów, które sprawiają, że ludzie chcą oglądać spektakle. W Zrób siebie wirtuozeria w sposób świadomy staje się produktem. Okazało się, że to działa. Eksperyment polegał na tym, by pokazać turbokapitalizm w pracy ciała.

Model, w oparciu o który budowany jest spektakl, został zapożyczony z kultury disco i breakingu: nadawanie nicków, kultura rywalizacji, pojedynki b-boyów, gdzie liczą się wirtuozeria i popis. Z drugiej strony możemy powiedzieć, że jest to model przeniesiony z gier komputerowych.

Chodzi o wirtuozerię rozumianą jako prezentowanie określonego stylu, konwencji, a także wysokiej jakości wykonania. Od dłuższego czasu pracuję też ze zjawiskiem zwanym swag. Pojęcie to pochodzi z kultury streetowej, oznacza bycie charyzmatycznym i mocnym, chodzi o prezentowanie siły przejawiające się w stosunku do ciała – i związany z nim performans. Wątek ten powiązałabym również z kategorią realness, która ma swoje korzenie w kulturze balu, występach drag queens oraz w voguingu. To typ performansu i performowania, który wiąże się z chęcią sprostania „realności”. Judith Butler określa go jako „standard, miarę, której używa się do oceny każdego występu w ramach ustanowionych kategorii. Wrażenie realności determinowane jest przez umiejętność wymuszenia wiary, wyprodukowania naturalizowanego efektu”. Te wysiłki zaobserwować możemy u bohaterów Twenty Looks at Paris is Burning, spektaklu Trajala Harrella. Zmierzają one do perfekcyjnego dopasowania się do norm rasowych, klasowych oraz tych dotyczących wizerunku i „figury ciała”. Nie chodzi o ciało konkretne, fizyczne, lecz o to będące – jak określa je Butler – „morfologicznym ideałem”, wyznaczającym nieosiągalne standardy występu.

Udało ci się zbudować postacie tak wyraziste i osobne, że mogą w zasadzie funkcjonować poza Zrób siebie. Wyobrażam sobie performanse zbudowane już tylko wokół Coco albo High Speeda. Dla mnie twoi superbohaterowie są realizacją warholowskiego marzenia o powierzchni. Może i są to tańczące GIF-y, ale jednak naładowane seksualnością. Czegoś takiego dawno nie było w polskich sztukach performatywnych. Tym bardziej, że nie ma tu nagości, tylko nieskrępowana, wybuchowa seksualność.

Znowu muszę wrócić do Ann Liv Young, bo to ona podkreślała wagę odnoszenia się do seksualności czy przemocy – tematów, z którymi non stop spotykamy się w kulturze popularnej. Jeżeli chcemy mówić tym językiem, musimy najpierw przechwycić jego narzędzia i zacząć ich używać. Przy czym jest to też mój sposób bycia. Coś, w co sama gram w życiu codziennym. Interesowała mnie praca z konstrukcją superbohatera. Obserwowałam każdego z performerów pod kątem jego lub jej atutów czy mocy. Ten spektakl w wyraźny sposób czerpie inspirację z naszego lifestyle’u i kultury techno. W pewien sposób problematyzuje zagadnienia związane z technociałami. Moje pierwsze studia w Instytucie Kultury Polskiej na UW nauczyły mnie wnikliwej obserwacji otaczającej rzeczywistości. Właśnie od tego zaczynam pracę choreograficzną.


Zrób siebie, koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

 

Od obserwacji antropologicznej?

Badanie choreograficzne zaczynam od obserwacji ciał, z którymi się stykam, oraz kontekstów, w jakich one funkcjonują. Jedna ze strategii wykorzystanych w Zrób siebie polega na eksponowaniu prostego działania bądź elementu. Tak pojawia się house’owy krok o nazwie shuffle. Używam go w maksymalnie uproszczonej formie. Następie, inspirując się funkcjonowaniem Instagrama, nakładam na to działanie kolejne filtry i warstwy, takie jak kompozycja, światło, muzyka, praca z perspektywą, kadrem itd. Zrób siebie zbudowane jest właśnie z takich prostych, wydestylowanych elementów, zaczerpniętych z kultury klubowej, fitnessu, dancehallu, które traktuję na sposób konstruktywistyczny, niczym moduły. Po wielokrotnym wystawianiu Zrób siebie te warstwy wreszcie się zgrały.

Na początku spektaklu publiczność stoi we foyer, a postacie wychodzą bezpośrednio do widzów i dokonują autoprezentacji. W opisie Zrób siebie można przeczytać, że proces ciągłego przekształcania tożsamości bohaterów nigdy nie osiągnie ostatecznego kształtu. Dla mnie natomiast te postacie są domknięte. Nie widzę, żeby przechodziły przez jakiś proces upodmiotawiania się.

Oni wystawiają siebie poprzez rzeczy, obiekty i działania, co jest związane z kulturą internetu. Z jednej strony postacie są skończone, z drugiej istnieje nieskończona liczba obiektów, poprzez które one mogłyby się przejawić i transformować. Dlatego mówię o nich jako o obiektach choreograficznych.

Ok, ale dyskurs postinternetowy dotyczy w zasadzie tego, że nowe technologie i media nie są już instrumentem zewnętrznym wobec naszych ciał, ale stanowią software, według którego działamy i który zmienia nas od środka. Mamy więc do czynienia z pewną dwoistością udawania i autentyczności. Tego wątku w ogóle nie widzę w Zrób siebie. Pozostaje tylko powierzchnia, tak jakby proces mimikry osiągnął skrajną formę: nastapiła destrukcja podmiotowości i pełne utożsamienie się z obrazem.

Używamy tu określenia „postacie”, choć moi bohaterowie nimi nie są. Myślę o nich raczej jako o awatarach, ale przede wszystkim jako o obiektach. Ich tworzenie było procesem podobnym do konstruowania bohaterów gier komputerowych.


Zrób siebie, koncepcja i choreografia: Marta Ziółek, Komuna // Warszawa, 2016, fot. Bartosz Stawiarski

 

Dla mnie największą zagadką spektaklu jest Angel Dust. Nie mogę rozgryźć tej postaci. Nie potrafię odczytać jej poza porządkiem rytuału. Dużo tu ciemnej energii, która przypomina mi obrzędy religii afroamerykańskiej – głównie makumby zmiksowanej z estetyką glamu.

To jest jedna z najbardziej transgresywnych postaci w tym spektaklu – postać cienia, bo przecież ja praktycznie nie performuję i trzymam się z boku. Jednym z procesów twórczych, który przechodziłam i który praktykuję już od dłuższego czasu, jest „black talk”. Innymi słowy, przeprowadzam rozmowy sama ze sobą jako oprawcą. Taki trochę BDSM w rozmowie. W tym procesie pojawiały się figury, które wykorzystałam w Zrób siebie, takie jak głos rzeźnika czy zinfantylizowany głos dziewczynki. Angel Dust ma podwójną naturę, co na jakimś poziomie odbija proces, jaki przechodzę z performerami. Często posługuję się figurą dominującego czy władczego choreografa (właśnie nie choreografki!). Innym razem przyjmuję rolę osoby, która się po prostu bawi, wprowadza karnawał i wywraca porządki. Z tego względu lubię pracować z tymi samymi ludźmi przez dłuższy czas. Po prostu wiem, że mamy wspólny język i rozumiemy sytuację. Niechętnie natomiast rezygnuję z pozycji lidera – trzymam się jej bardzo mocno i ujawniam na zewnątrz. Cały czas jednak bawię się konwencją, którą generuje sam fakt zajęcia takiego miejsca.

W środowisku toczy się teraz dyskusja dotycząca tego, jak nazwać to dynamicznie rozwijające się zjawisko w polu sztuk performatywnych. Chodzi nie tylko o eksperymentalną choreografię, ale o całe spektrum praktyk artystycznych, które nie są już teatrem, nie są też klasyczną sztuką performansu ani tańcem. Wszystkie je łączy jednak praktyka korzystania z bogatego arsenału narzędzi performatywnych i w tym sensie tworzą coś nowego. Chodzi o spektrum artystów od Wojtka Ziemilskiego przez środowisko choreograficzne po artystów wizualnych, którzy eksperymentują z działaniem. Tomek Plata postuluje, by ten nurt określać pojęciem postteatru, w CSW bliższa jest nam kategoria postperformatywności, z kolei Mateusz Szymanówka lansuje posttaniec. A ty jak się na to zapatrujesz?

Ciekawe, że Mateusz mówi o zjawisku posttańca. Dla mnie bardziej intrygujące byłoby zapytanie o to, czy taniec – zwykłe tańczenie – kiedyś powróci? Jeśli już miałabym coś wybrać, mówiłabym o zjawisku postperformatywności. Nie jest tak, że w ogóle nie interesuje mnie intelektualne definiowanie własnej pozycji i ustosunkowywanie się do środowiska. Po prostu w pewnym momencie stwierdziłam, że tego typu dywagacje zaczynają mnie ograniczać, postanowiłam więc podążać raczej za intuicją twórczą i sycić się tym, co wydarza się wokół mnie. Nie chciałam robić czegoś, czego siła rażenia ograniczy się do wąskiego grona zainteresowanych. Największym sukcesem Zrób siebie jest to, że spektakl zaczął docierać do ludzi spoza środowiska. To największa nagroda!

 

Marta Ziółek – choreografka i performerka. Studiowała na wydziale choreografii w School for New Dance Development (SNDO) w Amsterdamie i na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych UW. Stypendystka prestiżowego stypendium Dance Web na ImpulsTanzFestival w Wiedniu (2011), uczestniczka europejskiej platformy „Europe in Motion” przeznaczonej dla młodych choreografów (2012), stypendystka The Amsterdam Fund for the Arts (2013). Ostatnio zaprezentowała m.in. projekt Black on Black inspirowany serią czarnych obrazów Rodczenki (Teatr Hetveem w Amsterdamie i MSN w Warszawie) oraz opracowała choreografię do spektaklu Ewelina płacze Anny Karasińskiej (TR Warszawa). Razem z Alexem Baczyńskim-Jenkinsem współtworzyła przestrzeń Kem w Warszawie. W swojej pracy bada granice pomiędzy sztukami wizualnymi, performansem i choreografią.

Agnieszka Sosnowska – kuratorka w CSW Zamek Ujazdowski. Badaczka związana z Instytutem Kultury Polskiej UW. Zajmuje się praktykami artystycznymi na styku sztuk performatywnych i wizualnych, a także współczesnymi teoriami dotyczącymi filozofii teatru i performatywności.