Emilia Kina, „Peekaboo”, widok wystawy, fot. StudioFILMLOVE

Sztuka to sposób na rozmowę

Z Aleksandrem Celustą, współzałożycielem i współprowadzącym krakowską galerię Henryk, rozmawia Bogna Świątkowska

 

Co ty tam wyczyniasz w tym Krakowie? Czego szukasz w sztuce?

Czego szukam?

 

Nie jesteś przecież artystą, jesteś kulturoznawcą.

Właściwie niedoszłym. Wcześniej studiowałem prawo, którego też nie skończyłem. Chciałbym dobić do magistra, a jeszcze nie mam licencjatu.

 

W życiu nic tak prosto się nie dzieje.

No wiem. Musiałem dojrzeć do powrotu na uczelnię, bo kiedy już robi się własne projekty, to powrót do systemu szkolnego budzi frustrację.

 

No dobra, ale co z tą sztuką?

Co mnie w niej interesuje?

 

Tak.

To jest pytanie, na które nie ma jednej odpowiedzi.

 

Wiem. Ale jeśli rozmawiamy o użyteczności sztuki i o tym, dlaczego sztuka jest ważna, to powinny pojawić się argumenty.

Myślę, że to wewnętrzna potrzeba komunikowania się ze światem. Język sztuki czy sztuk wizualnych to jest coś, co po prostu wybrałem – wydaje mi się naturalny. Szukam narzędzia komunikacji. Często ludzie zadają mi pytanie, czy kurator też jest artystą, czy ja czuję się artystą.

 

A czujesz się?

Jakoś tak pomiędzy. Z jednej strony jesteś trochę naukowcem, badasz historię sztuki, odwołujesz się do niej. Z drugiej strony, w praktyce, którą ja uprawiam, a która polega na bliskiej współpracy z artystami – bo instalacje, które powstawały w Henryku, często były naszym wspólnym dziełem – powstają wystawy, które są formą przekazu.

 

Henryk jest platformą, na której mogą się zadziać nowe, niespodziewane formy sztuki współczesnej.

Jest przede wszystkim przewodnikiem, bo u podstaw pomysłu na Henryka leżą nasze – moje i Mateusza Piegzy – doświadczenia. Kiedy byłem w liceum, pojawiła się u mnie zajawka na sztukę. Zacząłem łazić po prywatnych galeriach, które w Krakowie ulokowane są głównie w mieszkaniach, więc w przestrzeniach bardzo intymnych. To zawsze było zderzenie z domofonem. Bez kogoś, kto cię wprowadza, pojawia się jakiś taki strach, obawa, że jest to też przestrzeń domowa, na wpół zamieszkana. Czasem pojawiała się postać galerzysty, kuratora czy menadżera galerii, będąca zupełnym murem, swoją postawą odcinająca mnie jako widza o tego, co obserwuję. Mogłem nie rozumieć wystawy, miałem pytania, ale wtedy spotykałem się z niechęcią, lekceważeniem. Na takim doświadczeniu budowany jest Henryk – na przekonaniu, że trzeba rozmawiać o sztuce.
 

Katarzyna Szymkiewicz, „You Want a Piece Of Me?”, widok wystawy, fot. StudioFILMLOVE

Jak ważne jest to, że jest instytucją dającą możliwość stabilnego działania?

Początkowo Henryk to był faktycznie project space, przestrzeń laboratoryjna. Później pojawił się pomysł stworzenia komercyjnej galerii, bo też reprezentujemy artystów i sprzedajemy ich prace.

 

Kolekcjonerzy zaczęli się zgłaszać?

Tak. Postanowiliśmy więc, że zajmiemy się i tym obszarem, który zresztą i tak był częścią pomysłu na Henryka. Poza tym przez te dwa lata działania galerii bardzo dużo się nauczyłem, dojrzałem do pewnych decyzji. Początkowo pracowałem z artystami tylko z mojego pokolenia, młodszymi albo odrobinę starszymi. Teraz mam odwagę, żeby pracować z osobami znacznie bardziej doświadczonymi ode mnie, dzięki temu mam możliwość uczyć się od nich. Henryk ewoluuje, dorasta.

Największą nagrodą za pracę w tym miejscu jest super publiczność, którą mamy. Absolutnie pełne obłożenie na wernisażach, w trakcie tych tygodni, kiedy wystawy są otwarte. Ludzie wracają, a wracają też dlatego, że za każdym razem, kiedy ktoś przyjdzie, jestem w stanie go oprowadzić, opowiedzieć mu o założeniach wystawy. Nie zamykam się w dyskursie akademickim i historyczno-sztucznym, tylko staram się dopasować język do osoby, którą widzę. Czasami mogę chybić, czasami mogę się przeliczyć…

 

Ale szybko się orientujesz.

Tak, i dzięki temu wracają. A pytania są różne, od: „Co to za sztuka, skoro dziecko by namalowało lepiej?” po: „O co chodzi w tych plamach?” – bo widzą jakąś abstrakcję i nie wiedzą, czy to jest w ogóle spoko, że coś się w nich widzi, bo być może tego nie ma.

 

Czują się zaniepokojeni?

Tak. Wiadomo, że nie ma sensu mówić, że istnieje coś takiego jak hermeneutyka. Trzeba znaleźć klucz, żeby opowiedzieć o tym i powiedzieć, że jeżeli ty widzisz w tej abstrakcji las, to dla ciebie to będzie las i super. Skoro na poziomie czysto intuicyjnym, doznaniowym, to jest las, i to jest dla ciebie ok, to bomba, jedziemy dalej. I nawet wtedy, kiedy ja ponoszę porażkę edukacyjną, to ci ludzie wracają. Bo to jest fajne, że nawet jeżeli nie zgodziliśmy się w jakimś momencie i nie znaleźliśmy tego złotego punktu środka, to możemy zacząć rozmowę jeszcze raz, przy okazji nowej wystawy.

 

Jak nazwałbyś styl tych twoich działań, bardzo intuicyjnie komponowanych i wynikających z dopasowania się do biegu rzeczy?

Dla mnie to jest edukacja ojczysta. Ponadto dostaliśmy grant z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na działania z zakresu edukacji i sztuki współczesnej. Chcemy przetestować nowe strategie i zaproponować interdyscyplinarne scenariusze mówienia o sztuce i architekturze współczesnej. Do projektu zaprosiliśmy socjologów, psychologów, architektów i artystów. Jest to próba uniknięcia pewnego rodzaju gettoizacji intelektualnej, zamknięcia się w swoich dyskursach, w których zamiast się komunikować, budujemy mury i nic z tego nie wynika.

 

Czy bardziej interesuje cię praca z artystami, tworzenie interdyscyplinarnych zespołów, w których sztuka odgrywa dużą rolę, czy też wartością jest wynik tego działania? Jak bardzo istotny jest obiekt, który na koniec może stać się przedmiotem zainteresowania kolekcjonerów, a więc i źródłem dochodu dla artysty, a przy okazji wyrazem uznania dla pracy galerii?

Uznanie, które idzie za obiektem, wiąże się z gratyfikacją finansową, która daje też paliwo do pracy, budżet na realizowanie dalszych projektów. Z drugiej strony mamy działania edukacyjne i związany z nimi ciąg zdarzeń to jest równie ważna nagroda. W mojej praktyce obie te rzeczy są nierozerwalnie połączone. Nie chciałbym robić…

 

…jednego bez drugiego?

Tak.

„Jego białe pióra, oświecone słońcem, błyszczały jak samo słońce”, widok wystawy, fot. StudioFILMLOVE

Wierzysz, że sztuka jest ważną formą życia społecznego. Do czego może się dziś przydawać sztuka współczesna?

Super, że sztuka i niematerialna idea mogą mieć przełożenie na nasze życie. Raczej jednak nie przez dyskusje o tym, czy nastąpiła już śmierć malarstwa i czy klasyczne media się wypaliły. Ja na przykład wierzę, że jest malarstwo, które porusza, zachwyca, komunikuje.

 Poza tym, obserwując środowisko krytyków, rynek sztuki, środowisko kuratorów, środowisko instytucjonalne i artystyczne, widzę, że następuje jakiś ogólny ferment, odejście od klasycznych realizacji, poszukiwanie nowych dróg. Dużo się teraz mówi o choreografii, o nowym zwrocie performatywnym itd. W najbliższym czasie zamierzam zrealizować wystawę choreograficzną z Przemkiem Kamińskim – między innymi dlatego, że chcę zrozumieć, o co w tym chodzi.

 

Na co zwracasz uwagę, poszukując artystów do współpracy? Czy rządzi tu przypadek?

Przypadek jest ważny. Nauczony doświadczeniami przyjąłem szereg kryteriów formalnych oraz dotyczących kwestii osobowościowych i charakterologicznych – wiem, z kim chciałbym pracować, a z kim nie.

 

Co cię zniechęca?

Malkontenctwo. A przede wszystkim lenistwo. Artyści często wychodzą z założenia, że skoro już jest coś, co oni wytworzyli, to trzeba to powiesić i koniec – a to nie tak. Z takimi osobami nie chcę pracować. Nie jestem najłatwiejszą osobą do współpracy. W tym, co robię, jest dużo energii i często ryzykuję pracę z osobami o równie dużym potencjale energetycznym. Mimo że lecą iskry czy sypią się wióry, a współpraca wydaje się trudna, to często wynik jest naprawdę na poziomie. Nie ma opcji na narzekanie. To jest też coś, z czego Kraków słynie – narzekanie na to, jak jest źle.

 

Coś bym zrobił, ale nie mogę…

 Zdarza się, że nawet ci, którzy mają już ugruntowaną pozycję na rynku, niepotrzebnie sieją ferment, szczególnie że zarażają innych negatywną energią. Ten rodzaj retoryki jest często zgubny w skutkach.

Michał Sroka, Bartosz Czarnecki, „Work in Progress”, widok wystawy, fot. StudioFILMLOVE

To ciekawe, bo zawód: artysta w takiej formie, w jakiej jest tworzony przez szkolnictwo wyższe, to jest osobny temat na bezlitosną analizę.

To prawda, ten problem jest głęboko zakorzeniony w strukturze akademicko-instytucjonalnej. Edukacja w tym zakresie często mija się z rzeczywistością, gdzie studenci bądź absolwenci mają duże problemy w odnalezieniu się na rynku sztuki. Taka na przykład sytuacja – przypadkowo rozmawiałem kiedyś na papierosie z jednym ze studentów ASP, tuż po ukazaniu się wywiadu-rzeki z Wilhelmem Sasnalem[1]. Trzymałem tę książkę w ręku, chłopak zapytał, o czym to jest. No to mówię, że Sasnal, że ładniści, że Bujnowski. A on, że pierwszy raz słyszy.  Albo promocja krakowskiej ASP jedynie poprzez wspominanie o Matejce, Kantorze, Mitoraju…

 

…czyli o czołówce listy najbardziej rozpoznawalnych nazwisk sztuki polskiej.

Z jednej strony jestem w stanie to zrozumieć, ale z drugiej wierzę, że współczesna edukacja może zdziałać więcej i trafić zarówno do tych, którzy powinni rozpoznawać Matejkę, jak i do tych, którzy słyszeli i wiedzą coś o ładnistach czy o Sasnalu, a ponadto śledzą to, co się obecnie dzieje w sztuce. Wśród nich są na przykład takie dzieciaki, które chodzą na zajęcia artystyczne do Henryka, mają już podstawy wiedzy, znają między innymi literaturę branżową, bywają w galeriach sztuki. Lecz w tym roku większość z nich wylądowała na uczelniach artystycznych za granicą. Pytanie: dlaczego wybrali wyjazd z Polski?

 

Dlatego takie inicjatywy jak Henryk pozwalają to jakoś…

…rozpracować, zaburzyć.

 

A po co ludzie przychodzą do Henryka? Czego szukają?

Coraz częściej myślę, że szukają sposobu na zrozumienie świata, bo obieg sztuki jest punktem wyjścia do rozmowy o tym, co się dzieje. Oczywiście są ludzie, którzy przychodzą, bo to środowisko jest ciekawe, atrakcyjne i kolorowe, więc pojawiają się, żeby się zakręcić, pokazać… To super, że nawet oni widzą w tym jakąś formę komunikacji. Nikt nie jest wykluczony. To daje mi tę wiarę, o której mówiliśmy wcześniej, że to medium jest wciąż żywe.

 

Czy działając w Krakowie, czujesz się odsunięty od głównych nurtów?

Kraków ma to do siebie, że jest miastem kompleksu. Bardzo mało jest tu inicjatyw, które miałyby jakąś kontynuację. A przecież albo wyjdzie, albo nie wyjdzie – to jest eksperyment. Na przykład moje działania, nawet ta rozmowa i to, w jaki sposób się poznaliśmy. Jeżeli widzę kogoś, z kim mógłbym porozmawiać, zrealizować jakiś projekt – reaguję. Kiedy robiłem na przykład wystawę Jego białe pióra, oświecone słońcem, błyszczały jak samo słońce, nie miałem oporów przed tym, by zaprosić do niej zarówno młodych artystów, jak i tych uznanych, których nie znałem osobiście. Oczywiście wiązało się to z pewnym rodzajem obawy i niepewności. Okazało się jednak, że ich odzew był zazwyczaj entuzjastyczny – i to jest budujące.

 

Świat sztuki jest bardzo hierarchiczny, ale jednocześnie ma wektor przeciwny, który tę hierarchię łamie.

Wtedy to zrozumiałem. Przed Henrykiem w ogóle nie miałem do czynienia z tym środowiskiem. Nie obracałem się wśród artystów, nie znałem ich. Miałem za to jakieś wyobrażenia.

 

Ale znałeś ich prace?

Robiłem research, ale byłem zupełnie obcy w środowisku.

 

Kiedy zrozumiałeś, że sztuka jest tym, czym chcesz się zająć?

Bardzo długo szukałem pomysłu i drogi dla siebie. Już wcześniej, zanim powstał Henryk, zajmowałem się różnymi rzeczami. Miałem hipsterski catering, gotowałem, zajmowałem się promocją polskiego dizajnu, pracowałem w instytucji kultury. Formuła jedzenia i rozmowy przy stole jest dla mnie bardzo ważna. To, co chciałbym realizować w przyszłości, to właśnie forma takich spotkań, które chcę przygotowywać wraz z artystami: żeby siadać i rozmawiać, bo w takich prostych gestach i rytuałach widzę niesamowitą moc i potencjał. Działania wpisane na stałe w program Henryka to umacnianie więzi międzyśrodowiskowych, tworzenie platformy wymiany myśli, inspiracji i doświadczeń.

 

Zamiast dużych słów i dużych gestów liczy się fajna codzienność, kontakty wzbogacone przez bardzo proste rzeczy.

Dokładnie! Artyści, z którymi na stałe współpracuję, też doceniają to w naszej relacji: mamy bliski kontakt. Nawet jeżeli nie mam czasu, żeby odwiedzić ich w pracowni – a staram się to robić w miarę często – to wystarczy zwykły telefon. To są drobne gesty, tak samo jak wspólny posiłek, ale umacniają więzi, dają też energię, napęd, paliwo do dalszego działania.

 

Prowadzicie Henryka na spółkę…

Druga połówka Henryka to Mateusz Piegza, który jest architektem. Dzięki temu, że posiada doświadczenie pochodzące z innej dziedziny, możemy wypracować porozumienie i tworzyć zgrany zespół, w którym się uzupełniamy. W Henryku Mateusz opiekuje się szkołą oraz koordynuje projekty fundacji.

 

Zrealizowałeś parę wystaw poza galeriami. Jak ci się pracuje w przestrzeni, której nie znasz? Co jest ciekawego w tego rodzaju przedsięwzięciu ekspozycyjnym?

To jest praca, którą chciałbym kontynuować. Bardzo interesuje mnie przestrzeń, realizacja działań site-specific, sztuka odnosząca się do kontekstu miejsca. Właściwie projekty, które realizuję, i artyści, których zapraszam do współpracy, działają głównie w kontekście miejsca. Na przykład podczas realizacji projektu Work in Progress w Hotelu Cracovia bardzo interesował nas sam obiekt, i to na wielu poziomach. To, co tam zrobiliśmy, to była próba przeprowadzenia archeologicznych badań miejsca. Znajdowaliśmy pasujące do naszych instalacji cytaty zaczerpnięte z materii. Takie działania są dla mnie niezwykle ciekawe. Może się wydawać, że to co robię, jest stricte formalne, że nie idzie za tym nic więcej. Ja jednak widzę potencjał w takich mikronarracjach. Materia ma dla mnie sens, jest to opowieść nie tylko o gipsie, lecz także o czymś więcej. To zachęta do zdrapania wierzchniej warstwy skojarzeniowej i bezpośredniego odniesienia się do badanego obiektu. Trzeba to po prostu umiejętnie opowiedzieć.

 

bio

Aleksander Celusta (ur. 1992) – kulturoznawca i kurator. Od 2015 roku wraz z Mateuszem Piegzą prowadzi zlokalizowaną na styku krakowskiego Starego Miasta i Kazimierza galerię Henryk, zajmującą się promocją najciekawszych młodych artystów. W polu działań galerii funkcjonuje także fundacja i nowo powstające wydawnictwo, rozwija się współpraca z zagranicznymi instytucjami. Aleksander Celusta interesuje się szeroko pojętą kulturą wizualną, malarstwem, rzeźbą, sztuką site-specific, modernizmem i europejską sztuką awangardową. Istotnym aspektem jego działań jest praca/dialog z przestrzenią ekspozycji. Twórca, opiekun merytoryczny i kurator projektu Aufbau – efemerycznego tworu zakładającego działania o charakterze site-specific (wystawa w przestrzeniach hotelu Cracovia – Work in Progress, 2016). Współtwórca kilkunastu wystaw, warsztatów i spotkań z artystami z Polski i zagranicy.

Henryk to wielowymiarowy projekt założony w 2015 roku przez Aleksandra Celustę i Mateusza Piegzę w Krakowie, na który składają się galeria, szkoła, fundacja oraz wydawnictwo. Galeria Henryk reprezentuje obecnie grupę siedmiu młodych artystów - Pawła Dudziaka, Adriana Kolerskiego, Emilię Kinę, Filipa Rybkowskiego, Michała Soję, Katarzynę Szymkiewicz oraz Michała Srokę, który ponadto stanowi silne wsparcie merytoryczne w kreowaniu strategii "Henryka".

Podstawowym założeniem "Henryka" jest bliska współpraca z artystami i kuratorska opieka ich działań. Przestrzeń galerii jest otwarta na różne postawy artystyczne i formy twórczej aktywności oraz współpracę z instytucjami sztuki. Galeria od początku działalności realizuje projekty zarówno młodych twórców jak i uznanych artystów, a także prezentuje wystawy poza swoją siedzibą.
www.henrykgallery.com

Tekst ukazał się w NN6T #115 w całości do przeczytania +++tutaj+++

 

[1] Jakub Banasiak, 15 stuleci. Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem, Czarne, Wołowiec 2017.