Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.

STREFA WOLNA OD NIEDŹWIEDZIA

Niesamowite jest to uczucie, gdy uświadamiasz sobie, że nie znajdujesz się już na szczycie piramidy pokarmowej. W hostelu w Longyearbyen dostałam mapkę, na której zakreślony był fragment miasteczka z informacją, że to strefa wolna od niedźwiedzi. Z fotografką Dominiką Gęsicką o jej projekcie na krańcu świata rozmawia Ada Banaszak.

W grudniu zdobyłaś grant fundacji IdeasTap i agencji Magnum na dokończenie realizacji cyklu fotografii This is Not Real Life – materiału o Longyearbyen, najbardziej wysuniętej na północ ludzkiej osadzie na świecie. Co sprawiło, że zainteresowałaś się miejscem, w którym, jak sama piszesz, „nie ma kotów, drzew ani świateł drogowych”?

Wiedza o Spitsbergenie, jednej z wysp norweskiego archipelagu Svalbard w Arktyce, na której leży Longyearbyen, jest w Polsce dosyć mała. Część osób, którym opowiadam, że robię tam projekt fotograficzny, myśli, że to jakaś góra („o, wspinasz się?”), a większości kojarzy się on głównie z polską stacją badawczą w Horsnudzie. Ja też o Spitsbergenie wiedziałam niewiele, dopóki nie przeczytałam książki Białe, w której Ilona Wiśniewska, mieszkająca tam Polka, opisuje codzienne życie na wyspie. Lektura jej reportażu sprawiła, że kompletnie się tym miejscem zafascynowałam.

Pierwszy raz pojechałam na Spitsbergen w sierpniu 2015 roku, trwał tam dzień polarny i to już samo w sobie było zupełnie niesamowite. Pierwszego dnia po przyjeździe przez kilka godzin bałam się wyjść z hostelu, siedziałam tam oszołomiona i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Jak już wyszłam na zewnątrz, fotografowałam wszystko – bo wszystko wydawało mi się dziwne i inne. Dopiero podczas mojej drugiej wizyty w Longyerbyen, w październiku, kiedy niemal przez cały czas było ciemno, zrozumiałam, o czym chciałabym opowiadać. Że to będzie po prostu historia o uciekaniu od tzw. „prawdziwego życia” do świata marzeń, że na losy mieszkańców wyspy spojrzę w surrealistyczny sposób i przefiltruję je przez własne doświadczenia. Miałam wtedy pracę, której za bardzo nie lubiłam, więc ta opowieść o ucieczce jest właściwie opowieścią o moich pragnieniach. Chciałam po prostu pojechać w jakieś odległe miejsce, a dotarłam na koniec świata – bo tak się czułam na Spitsbergenie. Czasem to było wręcz kosmiczne przeżycie, kiedy przez kilka dni księżyc w pełni wisiał tuż nad miasteczkiem, góry wyglądały jak gipsowe śpiące olbrzymy, a w oddali słychać było ujadanie psów husky…

Z drugiej strony, będąc w Longyerbyen masz do wyboru jedynie trzy kierunki podróży – jadąc jedna droga prowadzi w góry, druga – do kopalni węgla, a trzecia na lotnisko, po drodze mijasz dacze, w których „lokalsi” odpoczywają od zgiełku miasteczka o populacji 2 tysiące osób. W pewien sposób jesteś tam uwięziony. Żeby opuścić wyspę musisz wsiąść w samolot albo na statek, nie możesz tak po prostu w dowolnej chwili zniknąć. Stąd znajdując tę pozorną wolność i przestrzeń, jednocześnie wpadasz w pułapkę.


Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.

W połączeniu z trwającą przez kilka miesięcy nocą, brzmi to dosyć depresyjnie. Czy jest tam duży odsetek samobójstw?

Nie znam żadnych statystyk dotyczących samobójstw, nie jest to również temat, który się tam często porusza. W takim miejscu musisz być twardzielem – jak sobie nie radzisz, to wracaj na ląd. Z tego co słyszałam, samobójstwa tam są „ukryte”, z pozoru wyglądają jak wypadek – ktoś wjechał skuterem w szczelinę w lodowcu albo przypadkiem się postrzelił.  Myślę też , że spora część osób radzi sobie z problemami za pomocą alkoholu. Jedna z osób, którą fotografowałam, powiedziała mi, że jeśli chcę się dowiedzieć czegoś o tym społeczeństwie, to powinnam pogrzebać w śmietnikach. Oczywiście nie robiłam tego, ale pewnie coś w tym jest. Innym ze sposobów radzenia sobie z nocą polarną są liczne imprezy i festiwale. Na Spitzbegrenie organizowany jest najdalej wysunięty na północ Oktoberfest, ale też najdalej wysunięty na północ festiwal bluesowy. Wszystko jest tam „najdalej wysunięte na północ”.

Na obecną atmosferę w miasteczku ma również wpływ to, że tamtejsza kopalnia węgla (największy pracodawca) jest powoli likwidowana, ostatnio zwolnionych zostało z niej 160 osób. Często z tą redukcją miejsc pracy związane są różne dramatyczne sytuacje rodzinno-miłosne. Na Spitsbergenie mieszka bardzo dużo Tajów, którzy na mocy Traktatu Spitsbergeńskiego mogą tam legalnie pracować (podobnie jak Polacy – stąd nasza stacja badawcza). W Longyearbyen poznałam Norwega, który właśnie stracił pracę w kopalni, a wraz z nią znaczną część dochodu, a jest w związku z Tajką, która nie może wyprowadzić się z nim z wyspy i legalnie zamieszkać na terenie Unii Europejskiej.

Miejscowość zawdzięcza swoje istnienie kopalni, która niedawno obchodziła setne urodziny – najpierw mieszkali tam jedynie górnicy, w latach 70. postanowiono stworzyć tam społeczeństwo, ściągnąć  rodziny górników, zbudować dom kultury. szpital, szkołę i przedszkola. Mogłoby się wydawać, że jest to społeczeństwo idealne – nieznające biedy, bezdomności i bezrobocia. W przypadku utraty pracy i domu trzeba Spitsbergen po prostu opuścić. Przypomina to trochę bańkę mydlaną.


Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.

Czyli społeczeństwo idealne, w którym, jak piszesz w tekście towarzyszącym twojemu projektowi, „nikt się nie rodzi i nikt nie umiera”?

Teoretycznie tak właśnie jest. Wszystkie kobiety w ciąży na dwa tygodnie przed porodem odsyłane są na tzw. mainland, czyli do Norwegii. To samo jest z ludźmi, którzy niebawem mogą umrzeć, obłożnie chorymi – na Spitsbergenie panuje wieczna zmarzlina, ich ciała nigdy by się nie rozłożyły. Na miejscowym cmentarzu ostatnie groby są sprzed 70 lat, z wyjątkiem jednego z 2012 roku – ktoś wjechał w szczelinę lodowca na skuterze i jego ciała nie odnaleziono, więc postawiono mu symboliczną tablicę.

Jednak teraz, kiedy zamykana jest kopalnia, sens istnienia tego miasteczka ginie. A jednak siłą rzeczy i wbrew wszystkiemu ono trwa, ludzie chcą tam dalej mieszkać, to jest ich dom. Ratunkiem dla nich może być turystyka – w lutym w Longyearbyen otworzą się trzy nowe hotele, co pewnie wpłynie na tamtejszy krajobraz i atmosferę. Choć już teraz przyjeżdża tam dużo osób, część z nich motywuje pewnego rodzaju „niezdrowa ciekawość”. Kiedy mówię, że jestem fotografką i przyjechałam robić projekt, to na nikim to nie robi wrażenia, bo niemal wszyscy, którzy tam przyjeżdżają, są fotografami i robią jakiś projekt. Na początku mnie to wkurzało, ale potem zaczęłam doceniać taki stan rzeczy, bo nikt nie zwracał uwagi na mnie i moje poczynania.


Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.

Co twoim zdaniem sprawia, że bryła lodu, zagubiona gdzieś na końcu świata, budzi tę „niezdrową ciekawość”?

Krajobraz Arktyki może wydawać się monotonny, ale tak naprawdę potrafi diametralnie zmieniać się w ciągu kilku godzin i właściwie za każdym razem, kiedy się mu przyglądałam, był inny. Niesamowite też jest to uczucie, że nie znajdujesz się już na szczycie piramidy pokarmowej. Po prostu zawsze może pojawić się niedźwiedź polarny i cię zjeść. W hostelu w Longyearbyen dostałam mapkę, na której zakreślony był fragment miasteczka z informacją, że to strefa wolna od niedźwiedzi.  Zdziwiona zapytałam: – Jak to, jest tam jakiś płot, ktoś stoi, pilnuje? – Nie, nie, to tak umownie – usłyszałam w odpowiedzi. Gdy wybierasz się poza miasteczko, musisz mieć ze sobą broń. Gdy przebywasz w miasteczku nie ma takiego obowiązku, ponieważ łatwiej jest kogoś zaalarmować, łatwo jest też się gdzieś schować, bo większość domów i samochodów nie jest zamykana na klucz.


Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.

Dominika Gęsicka – urodzona w 1981 roku we Włocławku. Ukończyła Stosunki Międzynarodowe w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, jest studentką trzeciego roku Instytutu Twórczej Fotografii w Opawie (Czechy). Należy do kolektywu fotograficznego „People You May Know". W 2014 roku jej projekt El pilón pokazywany był w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie. Brała również udział w wystawach grupowych:  Hunter (Format Festiwal Derby, Wielka Brytania), Miejsca intymne (Interphoto Białystok, 2015), Uporczywa niemożność koncentracji (Fotografestival Praga, 2015), Bez wiedzy autora (TRAFO Media Lab Szczecin, Polska, 2015).


Dominika Gęsicka: z serii "This is Not Real Life", 2015, dzięki uprzejmości autorki.