Justyna Wierzchowiecka: "Museum Studies"

SELFIE Z MONA LISĄ

Muzeum w dobie selfie z Instagrama może być miejscem, w którym sztuka tworzy sztukę. Dlatego fotografia jeszcze raz przygląda się kolekcjom i muzeom. Alkowi Hudzikowi opowiada o tym Justyna Wierzchowiecka.

Dlaczego postanowiłaś sprofanować liczne obiekty muzealne, a potem jeszcze z tego cyklu fotografii zrobiłaś książkę?
Książka Museum Studies powstała w ramach tegorocznej edycji Miesiąca Fotografii, a ściślej sekcji ShowOFF. Sam projekt fotograficzny mówi o tym, w jaki sposób kolekcja, na przykład muzealna kolekcja sztuki, odnosi się do tego, co poza nią, czyli do otaczającej rzeczywistości. Jakie jest jej miejsce w czasach, w których przepływ informacji wizualnej jest wszechogarniający i niebywale szybki. Zdjęcia obiektów muzealnych są łatwo dostępne, a muzea możemy zwiedzać w przeglądarce internetowej czy za pomocą aplikacji.

Dyskusja o muzeach, kolekcjach i archiwach toczy się od lat. Co nowego do niej wnosisz?
Instytucja muzeum stanowi dla mnie jedynie pretekst do zastanowienia się nad konsekwencjami rewolucji fotograficznej, a przede wszystkim nad tym, jak zmieniło się nasze podejście do świata dzięki powszechnemu dostępowi zdjęć wszystkiego, o czym pomyślimy. W obliczu tej rewolucji fizyczny obiekt muzealny zmienia status, ponieważ to jego fotograficzna dokumentacja staje się wyznacznikiem naszej wiedzy o sztuce. Doskonale wiemy, jak wygląda „Dawid” Michała Anioła, ale nie każdy wystał 5 godzin w kolejce, żeby zobaczyć go „na żywo”. Fotografia więc, staje się bardzo ważnym elementem funkcjonowania muzeum.

To znamy z Waltera Benjamina.
Tak, ale jednocześnie ona właśnie przez swoją dostępność stała się potwornie banalna. Kiedy idziesz do muzeum, widzisz ludzi fotografujących obiekty z każdej strony, ale mało jest takich, którzy w ogóle na nie patrzą. To jest znak czasów, w których żyjemy – nie staram się tego zjawiska wartościować, raczej usiłuję się do niego ustosunkować i działać ze świadomością jego istnienia, a nie przeciwko niemu.
 

Z drugiej strony taka refleksja może nas doprowadzić do wniosku, że najlepiej w ogóle przestać produkować materialne prace. Bo skoro wszędzie, gdzie się nie obrócisz, widzisz zdjęcie, to po co nosić drewno do lasu. Wielu młodych artystów właśnie w ten sposób myśli, ty nie. Dlaczego?
Ja w tym zalewie zdjęć odnajduję inspirację, co więcej uważam, że dla każdego artysty znajdzie się jeszcze miejsce. Bardzo nie lubię podejścia negującego sytuację, w jakiej się znajdujemy, załamującego ręce nad przyrostem zdjęć na Instagramie. To jest rewolucja, która dzieje się na naszych oczach, i uważam nas – ludzi zainteresowanych fotografią – za szczęściarzy, bo możemy być jej świadkami. Materialny wymiar pracy jest dla mnie nośnikiem informacji, nie celem samym w sobie. Świadome używanie tego medium pozwala zrozumieć mechanizmy, jakie rządzą porządkiem obrazów, a nawet jeśli służą tylko dokładaniu kolejnych elementów, to jaki ten chaos jest piękny!

Twoją książkę tworzy zbiór fotografii już istniejących prac, które następnie przetwarzasz. To dosyć popularna praktyka, choćby w nurcie podobno należącym już do przeszłości, czyli postinternecie. Na czym polega twoja praca z dokumentacją obiektów i w jakim celu poddajesz je edycji?
Skojarzeń z postinternetem nie uniknę. Mam wrażenie, że wbrew temu, co się mówi o prędkości z jaką zmieniają się mody, stylistyki i same obrazy w internecie, wcale nie dzieje się to aż tak szybko. Zdjęcia obiektów muzealnych stanowią bazę dla mojego projektu, robię je osobiście. Niektóre powstają w rzeczywistości instytucji, inne poza nią, ale nawiązują  do sposobów przedstawienia obiektów muzealnych. Mieszam je ze zdjęciami, które „pożyczam” z internetu. Zdjęcia mają ten sam status niezależnie czy sama je zrobiłam czy znalazłam w sieci. W ten sposób trochę gram z własnym ego. Zdjęcie jako obiekt-fetysz jest dla mnie zupełnie nieistotne, bo w pewnym sensie wszystkie te fotografie są moje i nie moje. To samo tyczy się fotografowanych obiektów. Ich wartość kolekcjonerska czy muzealna ulega zrównaniu, czy jest to Jan z Koła czy Michał Anioł.

No tak, ale zawsze są to uznane dzieła, które trafiły już do muzeum, śmieci nie fotografujesz. Jest jeszcze sens boksować się z tematem muzeum?
Bardziej niż kiedykolwiek! Mam wrażenie, że wszyscy zajmują się teraz tematem muzeum! Ale widocznie to jest nam potrzebne. Muzeum jest dostojną, ważną instytucją, która wraz z rewolucją medium fotograficznego zupełnie się zmienia. To jest fascynujące. Inną ważną kwestią jest próba oswojenia muzeum – zwłaszcza w Polsce, gdzie nadal w galeriach ze sztuką mówimy szeptem i chodzimy na palcach. Dla mnie najciekawszy jest moment, gdy te „święte” fotografie z obiektami muzealnymi ulegają przeze mnie przetworzeniu, czyli po prostu są masakrowane. Interesuje mnie kontrast między tym, co ważne, święte, bo zamknięte w szklanej gablocie, a możliwością zrobienia sobie selfie z Mona Lisą. Śledzę, w jaki sposób muzeum jako świątynia sztuki, przyczynia się do tworzenia innej sztuki. Interesuje mnie zależność pomiędzy „świętym” obiektem muzealnym a jego dokumentacją fotograficzną.

Niedawno rozmawiałem z grupką fotografów, którzy kiedyś też pokazywali swoje projekty na Show-OFF, i oni mówili, że dziś ważniejsza od fotografowania jest selekcja zdjęć. Czy nie jest tak, że dzisiaj fotograf staje się trochę bardziej selekcjonerem zdjęć niż poszukiwaczem „decydującego momentu”?
Przeciwnie: teraz każdy szuka takiego decydującego momentu, który da mu więcej lajków. Pośrednio jednak zgadzam się z tym, że stajemy się kuratorami własnej fotografii. A to z kolei jest wynikiem tego, że fotografia jako medium przestała być czymś ekskluzywnym, podobnie jak ten „decydujący moment”. Mam wrażenie, że w ogóle młoda sztuka współczesna staje się coraz bardziej wizualna, artyści raczej identyfikują się z nurtami estetycznymi niż teoretycznymi. Za to na pewno musimy zmienić myślenie o samym obrazie, nie analizować pojedynczych elementów, ale całą ich masę. Przynajmniej ja staram się w ten sposób działać.

Museum Studies to twój pierwszy meta-fotograficzny projekt, wcześniej po prostu robiłaś zdjęcia, co się stało, że postanowiłaś porzucić konwencjonalną fotografię?
Cały proces przejścia trwał dwa lata, w pewnym momencie po wykonaniu tysiąca ładnych zdjęć, zaczęłam myśleć o fotografii, a nie o robieniu zdjęć. Wciąż studiuję w szkole La Cambre w Brukseli, gdzie silny akcent kładzie się na przyswojenie różnych teorii fotografii, bo samo fotografowanie nie wystarcza. Tu studentów uwrażliwia się raczej na kwestie obrazu, na  relacje, jakie zachodzą w sferze wizualnej. Wielu fotografów z mojej szkoły w ogóle nie robi zdjęć.

 

Z ludźmi ze szkoły współtworzysz kolektyw GUSH. Razem nie tylko wspólnie realizujecie wystawy, ale też kolektywnie tworzycie prace. Skąd ten pomysł?
GUSH to 5 osób, wszyscy jesteśmy z tej samej szkoły i zajmujemy się statusem fotografii dzisiaj. Wszyscy czerpiemy z przesytu. Pracujemy razem, albo wspólnie kuratorujemy wystawy naszych prac. Od niedawna bardziej skupiamy się na tworzeniu instalacji i wykorzystaniu 3d, czyli w jeszcze większym stopniu materializujemy proces twórczy, któray paradoksalnie opowiada o niematerialności przepływu informacji. Pogłębiamy refleksję teoretyczną nad fotografią po internecie, ale do samej produkcji podchodzimy raczej na luzie. Zrobiliśmy ostatnio instalację post-post whatever, tytuł mówi chyba sam za siebie. Wspólna praca zaczęła się od wydania zina.  To był zbiór naszych zdjęć, pomieszanych, połączonych w chaosie, z którego coś wynika. To była próba stworzenia jakiejś fizycznej typologii strumienia obrazów, jaki non stop przelewa się w internecie.

Justyna Wierzchowiecka (ur. 1991) – studentka piątego roku fotografii w Wyższej Szkole Sztuk Wizualnych La Cambre w Brukseli. Członkini kolektywu fotograficznego GUSH. Jej projekt Museum Studies pokazywany w sekcji Show OFF podczas tegorocznej edycji Miesiąca Fotografii. Wystawę kuratorował Kuba Bąkowski.