ROZSZERZONA TERAŹNIEJSZOŚĆ I POŚPIECH

„Spieszymy się, ponieważ nie wiemy, co w życiu najważniejsze, i jesteśmy zachłanni” – tak w uproszczeniu można by podsumować wyjaśnienia wynikające z powszechnej obserwacji skurczenia się czasu, formułowane na przykład w poradnikach, gabinetach terapii czy kościołach. Skoro doświadczamy pośpiechu i owego skurczenia, to jak ma się do tego czas odmierzany zegarem, uznawany za obiektywny, a przynajmniej – zewnętrzny wobec nas? Przecież zegar się nie kurczy ani nie rozszerza, a nawet jeśli, to tylko jako materialny ekwiwalent upływu jednostajnie odmierzanego czasu. Czas zegarowy dobrze oddaje podstawowe, „naukowe” rozumienie czasu jako linii, na której znajdują się punkty (sekundy, minuty, godziny), dane raz i na zawsze, a do tego – nieodwracalnie przemijające. Taka przestrzeń ma jeden punkt statyczny: gdyby minuty ułożyć w linię, nie zaś okrąg, można by uznać, że nasze życie to swego rodzaju droga. Tak zresztą przedstawia je choćby tak zwany Timeline na Facebooku.

Tymczasem gdy mówimy o „kurczeniu się” czasu, „pogoni” za nim czy „łapaniu” go, odwołujemy się do języka, który bliższy jest socjologicznemu rozumieniu czasu polegającemu na porównywaniu dwóch ruchów (jak choćby mojego myślenia i wskazówek zegara). Proces ustalania takich porównań odbywa się poprzez komunikację i ustalanie konwencji. Dzięki laboratorium możliwe stało się takie operowanie czasem i kontrola nad nim, że jeden ruch można przyspieszyć (na przykład wzrost rośliny czy tempo doprowadzenia pacjenta do szału), inny zaś spowolnić (na przykład przekwitanie, starzenie się tkanki itd.). To dzięki kontroli nad wyodrębnionymi i porównywanymi ruchami w nowoczesności osiągnęliśmy duży stopień złożoności procesów, które staramy się skontrolować, stale je do siebie odnosząc.

Tak oto dostajemy zupełnie inny obraz czasu: już nie liniowego czy punktowego, ale takiego, w którym społecznie obiektywizuje się jeden czas, a inne do niego odnosi. Zobiektywizowany jest choćby okres kadencji ciał reprezentacyjnych w demokracji, a burzenie tego porządku spotyka się często z oporem. To zatem ilustracja wielości czasów (społecznych), w których na co dzień funkcjonujemy. Współczesność cechuje się tym, że dotychczasowe standardy i pomiary stały się słabsze. Czas laboratoryjny, o którym mowa powyżej, skutkuje jednak powstaniem czegoś, co Helga Nowotny nazwała rozszerzoną teraźniejszością. Porównując wiele ruchów i próbując je okiełznać w teraźniejszości po to, by zapewnić sobie większą kontrolę nad przyszłością, tracimy z oczu horyzont przyszłości na rzecz coraz intensywniejszych zabiegów wobec świata tu i teraz. Ruch A zależy od ruchu A’, A’ zależy od A”, a ten z kolei od B’ itd. To, co uprzednio, w laboratorium (które należy traktować jako metaforę wielu instytucji) było oddzielone, w toku codziennego życia staje się coraz bardziej rozpaczliwą próbą pogodzenia wielu rytmów i procesów, na które jako jednostki mamy jedynie ograniczony wpływ. Wyścig szczurów – jak lapidarnie określiła to pewna blogerka – zastąpiony został „wyścigiem chomików”, wciąż magazynujących doświadczenia w imię lepszej przyszłości.

Rozszerzona teraźniejszość to także efekt deregulacji, rezygnacji ze standardów – choćby czasu pracy. Czy bylibyśmy skłonni całkowicie zrezygnować z niedzielnych zakupów i z życia 24 godziny na dobę? Tymczasem to właśnie implikuje poszatkowany, zmienny czas pracowników i kontrahentów. Reakcją na to jest poszukiwanie właściwego czasu, odpowiedniej chwili. Ten paradoks dobrze oddają tytuły poradnikowych kolumn pism lajfstajlowych: „Przeżyj gorącą, wakacyjną miłość” – coś, co ma być spontaniczne, związane z emocjami i porywem serca, ma być jednocześnie zaplanowane; niby wyjątkowe, a jednak opanowane i przemyślane. Dlatego tego rodzaju teksty pełne są porad dotyczących minimalizacji strat i kosztów. Czas staje się najcenniejszym zasobem, którego jednak nie można ani zmagazynować, ani kupić. Kurczenie się czasu jest zresztą pochodną rynkowej deregulacji i jednoczesnej wiary w samoregulującą moc rynku. Skoro każdy zmierza do samoregulacji, to zapomnijmy o niedostępności i o czasie własnym, niezwiązanym ze standardem nieprzeszkadzania, intymności itd.

Między imitacją a (kontr-)rewolucyjnym skokiem w przeszłość

Żyjemy w uścisku dwóch wizji przyszłości, których fundamenty, oparte na liniowym rozumieniu czasu, bazującym na prawdzie i obiektywności (czasu), już dawno zostały podmyte. Poruszamy się więc jak po ruchomych piaskach, w pozornej alternatywie między rzekomo oczywistą przyszłością imitacji tego, co znane (na Zachodzie), a skokiem w mityczną przeszłość. Skrótowo mówię tu o dwóch najbardziej rozpowszechnionych modelach myślenia o zmianie społecznej, ustanawiających dwa sposoby konstruowania obrazu przyszłości polskiego społeczeństwa.

Pierwszy z nich to wizja przyszłości zamkniętej w paradygmacie modernizacji jako imitacji. Znajduje ona swój wyraz głównie w procesach transformacji gospodarczej, potocznie określanej jako „terapia szokowa”. Towarzyszący jej dyskurs wychodzi od pojęcia „normalizacji” (ma być tak, jak na Zachodzie), lecz w swej istocie zmierza ku rewolucyjnemu czasowi, de facto dokonując rewolucji w strukturach poznawczych. Wrzuca polskie społeczeństwo w struktury czasu ponowoczesnego, z jego problemem zindywidualizowanej niepewności i poszukiwań właściwego czasu. W ramach tego dyskursu Polacy mają się stać przedsiębiorczymi jednostkami zarządzającymi swym bezpieczeństwem. Państwo i społeczeństwo są w tej perspektywie raczej zagrożeniami niż zabezpieczeniami.

Drugi model przyjmuje wizję przyszłości zamkniętej w wyidealizowanej przeszłości republikańskiej wspólnoty. Wizja ta, obecna w dyskursie o IV RP, jest ilustracją funkcjonowania w Polsce takich struktur temporalnych, które problem przyszłości rozwiązują poprzez zwrot ku przeszłości. I to w podwójnym sensie, gdyż startują one od rewolucyjnego projektu rozliczenia się z przeszłością, rozdziału czystej wspólnoty od wspólnoty brudnej, zwanej także „układem”; następnie mają zmierzać do „normalizacji” znajdującej swój wyraz w wyobrażeniu Polski illo tempore – jako republikańskiej wspólnoty, nieskażonej podziałami społecznymi oraz postmodernistycznym relatywizmem.

W poszukiwaniu własnego czasu

Współczesność można rozumieć nie tylko poprzez współwystępowanie dwóch porównywanych ruchów, dających nam poczucie bycia „tu i teraz”. Jak twierdzi Niklas Luhmann, czas to różnica przed / po, która odnosi się do czegoś, co ma walor stałości (było wcześniej i wciąż jest – w naszych głowach). Współczesność to także współbycie. Takie rozumienie prowadzi do czegoś innego niż poszukiwanie właściwego czasu. Zakłada, że czas tworzony jest wspólnie, poprzez artykulację oczekiwań, nawet jeśli kontrola nad ich realizacją bywa trudna.

Istnieją różne formy, wyrażane w różnych językach, które tworzą niekiedy abstrakcyjne dla doświadczenia „tu i teraz” oczekiwania: „dopóki śmierć nas nie rozłączy”, 25 lat kredytu hipotecznego, wnuki, następne pokolenie. Wszystkie te formy wymagają artykulacji wzajemnych oczekiwań, uzgodnionych w jednym czasie. Właściwego czasu trudniej poszukuje się we dwójkę. Niekiedy trzeba zdać się na przypadek, innym razem na drugą osobę. To właśnie takie struktury oczekiwań – jak powiedzieliby fenomenolodzy – tworzą czas społeczny.

Podobnie jak we wspomnianych wizjach dotyczących dalekiej przyszłości, pojawia się oczekiwanie wobec innych oraz gotowość na to, że plan nie musi być zgodny z tym, co się wydarzy. Ten aspekt współczesności rzadziej pojawia się w analizach struktur temporalnych, ryzyka (odnoszonego do całej populacji) czy diagnoz dotyczących indywidualnej przyszłości. Gdyby wyjść ponad poziom uzgodnień między dwojgiem ludzi, można by pokusić się o tezę, że znikający horyzont przyszłości społeczeństw, obserwowany współcześnie (mało znanych utopii, niewiele programów na przyszłość) jest związany z obawami: po pierwsze, że właściwy moment jeszcze nie nadszedł, po drugie – że jakaś szansa zniknie.

Trzeba zatem żyć w rozszerzonej teraźniejszości i być uważnym. W tworzeniu współczesnych planów mało jest gestów oparcia przyszłości na oczekiwaniach wobec innych, sporo za to nadziei na odpowiednio wysoką indywidualną kontrolę. W kontraście wobec takich procesów stoją choćby niektóre inicjatywy z zakresu ekonomii współdzielenia: dawania bez oczekiwania wymiany lub wdzięczności, jak w przypadku oddawania za darmo czy zbiórek na różnego rodzaju inicjatywy. To relacje między niemal zupełnie obcymi ludźmi. Czas na współpracę nie jest więc oparty na zasadzie wymiany, choć współpraca często odbywa się pomiędzy nieznajomymi, którzy niekoniecznie coś wezmą, mimo że dają. Czas społeczny w tym rozumieniu oferuje nam więc paradoksalnie więcej nadziei aniżeli pewność właściwego czasu.

 

Mikołaj Lewicki – socjolog, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się socjologią gospodarczą oraz teoriami komunikacji. Od wielu lat bada i analizuje życie gospodarcze w Polsce – tak zwane ideologie pracy, relacje przedsiębiorstw z ich otoczeniem (CSR, sponsoring), zadłużenie, system finansowy oraz procesy nadawania wartości rynkowej, a także różnice kulturowe i procesy zmiany społecznej związanej z tworzeniem się gospodarki wolnorynkowej. Bada instytucję kredytu hipotecznego w Polsce i Europie Centralnej, zajmuje się analizą konstrukcji rynków oraz wartościowania na granicy tego, co rynkowe i pozarynkowe. Uczestniczy w projektach diagnozujących funkcjonowanie społeczności lokalnych w takich dziedzinach jak edukacja, polityka kulturalna, uczestnictwo w kulturze i współpraca międzysektorowa. Jesienią ukaże się jego książka Przyszłość nie może się zacząć. Czas polskiej transformacji.