Zuza Golińska, Viruses are no to blame (Lucile), performance, dokumentacja wideo, European Investment Bank, Luxemburg, 2017

ROZPRĘŻANIE SYSTEMU

Teoretycznie można wyróżnić parę artystycznych powinności, jakie spełnia większość twórców, którym „wychodzi” w sztuce. Wystawy indywidualne, zbiorowe, stypendia i rezydencje. Na początku 2017 roku po raz pierwszy aplikowałam o rezydencję artystyczną. Ta konkretna była organizowana przez Instytut Europejskiego Banku Inwestycyjnego w Luxemburgu i miała określony zakres geograficzny: artyści z Europy Środkowej i Wschodniej. Oznacza to mniej więcej tyle, że można się faktycznie na taką rezydencję dostać. Trzeba przejść przez pewien proces rekrutacyjny, nie pamiętam dokładnie, na czym on polegał, ale umowa była taka, że przyjeżdżamy (w programie brały udział jeszcze trzy osoby wybrane na innych zasadach) do Luxemburga na sześć tygodni, mamy zagwarantowane mieszkanie, wspólną pracownię, diety, all inclusive. Przez cały czas trwania rezydencji powinniśmy na miejscu „badać teren”, a na koniec zrealizować pracę na wystawę, która odbędzie się na w banku. Wyjeżdżając na dwa miesiące, warto się zorientować, gdzie się jedzie. Luxemburg to niewielkie państwo na południowy zachód od Polski. Charakteryzuje się najwyższą „najniższą krajową” w całej Europie i bardzo wygodnym systemem podatkowym dla bogatych. Tu mają swoje siedziby banki i korporacje, Trybunał Sprawiedliwości, Parlament Europejski and so on. Na obrzeżach miasta znajduje się, bezpośrednio połączony z lotniskiem Findel, jeden z największych europejskich freeportów, strefa wolna ekonomicznie. Ogromny magazyn z zajebistą ochroną, nikt nie zadaje pytań i można przechowywać dzieła sztuki, za które nie ma się ochoty płacić podatków. Dowiedziałam się o tym, oglądając na youtubie słodko-gorzki program BBC A bankers guide to art – specyficzny rodzaju tutorialu, w którym w ciągu półtorej godziny masz poznać podstawy kolekcjonowania sztuki.

Budynek EIB został zaprojektowany przez Denysa Lasduna, jednego z czołowych modernistycznych architektów lat 70. XX wieku. Jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych projektów jest National Theatre w Londynie. Prosta, pozioma bryła banku, rozciągająca się wzdłuż niewielkiego wzniesienia, wygląda surowo i minimalistycznie. Formalna skromność bogaczy jest dla mnie zawsze taka ujmująca. Moje serce rośnie wypełnione pozornym poczuciem sprawiedliwości. Ekscytuję się sposobami, w jakie ludzie projektują i organizują przestrzeń. Większość moich wspomnień łączy się z konkretnymi budynkami lub rejonami miasta. Kiedyś na przykład mieszkałam na Starym Mieście w Warszawie i do dzisiaj, po pięciu latach, tam nie wracam, bo włącza mi się tak zwany zły vibe. Kirchberg to dzielnica Luxemburga, w której znajduje się EIB oraz inne europejskie instytucje i w godzinach pracy nie ma tam nikogo. Nie wyolbrzymiam, po prostu nie ma żadnych ludzi na ulicy. Jest pusto i czysto, otaczają cię nowe budynki z high security. Właściwie, stojąc tam na środku chodnika samotnie i rozglądając się dookoła, miałam wrażenie, że jestem częścią VR-u w opcji POV. Pewnego razu chciałam zrobić zdjęcie banku z zewnątrz, podszedł do mnie pan z recepcji i stwierdził, że nie mogę tutaj fotografować. Odpowiedziałam, że jestem na rezydencji organizowanej przez EIB, on na to, że jasne, ale to niczego nie zmienia – nie mogę zrobić zdjęcia. Uśmiechnęłam się pod nosem i poszłam naprzeciwko, na teren Trybunału Sprawiedliwości, który znajduje się wyżej, i tam zrobiłam zdjęcie, bo chciałam mieć swoje. Ogromny teren dookoła głównego budynku TS jest kompletnie pusty i bardzo posh, stały tam dwa samochody, które wyglądały kuloodpornie i high-endowo. Chodziłam po tym terenie, na tyle dużym, że portier, który w pewnym momencie mnie zauważył, szedł w moją stronę 10 minut. Widziałam, jak się powoli zbliża, a że nie było w okolicy nikogo innego, wiedziałam, że idzie właśnie do mnie. Stałam w miejscu, gotowa na konfrontację i uśmiechnięta. Nie chciało mi się ruszać w jego kierunku, przy okazji cała sytuacja mnie całkiem bawiła. W końcu zatrzymał się naprzeciwko mnie, przywitał słowami „dzień dobry” i zapytał, czemu tu stoję. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że oglądam budynek, „ok, tylko nie może pani podchodzić za blisko tego głównego wejścia tam”, ja na to, że jasne – nie ma problemu. Uśmiechnął się, podziękował i zaczął powoli oddalać się do swojej budki, co zajęło mu kolejne 10 minut. Pomyślałam, jakie to musi być wkurwiające, za każdym musisz podejść do takiej osoby jak ja i być uprzejmym. To z drugiej strony nie zdarza się raczej za często, więc chyba OK, taka praca może być w porządku. Przywołuję tę sytuację, żeby było wiadomo, jaki jest ogólny setting.

Wchodząc do budynku jako gość, musisz być wcześniej zapowiedziany przez kogoś, kto jest oficjalnie zatrudniony w banku i czeka na ciebie w recepcji. Proszą o dowód tożsamości, na jego podstawie wydają kartę z napisem „visitor” z wydrukowanym imieniem i nazwiskiem. Takie spersonalizowane gadżety sprawiają, że czujesz się ważny. Przechodzisz przez bramki, prześwietlasz torbę i jesteś w środku. Panie zajmujące się programem rezydencyjnym pilnują, żeby nikt z grupy się nie oddalał – po prostu nie chcą, żebyśmy się zgubili, tłumaczą. Jako gość nie powinieneś chodzić po budynku samemu, co sprawia, że z założenia czujesz się jak potencjalne zagrożenie dla zastanego porządku. To dosyć ciekawe doświadczenie, kiedy jako artysta jesteś traktowany z tak dużą ostrożnością i ograniczonym zaufaniem. Względy bezpieczeństwa to tutaj poważna sprawa. Od początku nie jestem przekonana, czy faktycznie musi tak być, czy chodzi o utrzymanie formy i konwencji przyjętej w poruszaniu się po tej przestrzeni. Może przyzwyczajona do polskich realiów, byłam zaskoczona oddaniem, z jakim podchodzono do reguł i procedur. Tak czy inaczej, czułam, że to jest mój temat, w swojej praktyce zajmuję się dyscypliną społeczną, która przejawia się również w sposobie traktowania przestrzeni. Weszliśmy do głównego budynku podczas przerwy na lunch. Większość mijających nas osób to mężczyźni ubrani w dopasowane garnitury i śnieżnobiałe koszule. Bogactwo dodatków – zegarki, spinki do mankietów, biżuteria i jakość materiałów. Wypastowane, błyszczące buty, ułożone fryzury, czystość i porządek. Chodzenie pewnym krokiem w średnim, ale szybszym niż normalne tempie w kierunku jasnego celu. Po jedzenie w bankowej stołówce ustawimy się w kolejce. Są różne sekcje – sekcja warzyw i owoców, kasz i ryżu, deserów oraz dań głównych, gdzie prosi się kucharzy o podanie konkretnej potrawy. Trochę jak w upgradowanej superczystej i biało-metalowej restauracji w IKEA. Czułam się zaniepokojona tym, że nie mogę odejść na bok albo oddzielić się od „opiekuna”. Nienawidzę chodzić w grupie, z której nie mogę w dowolnym momencie się odłączyć, to dla mnie tortura, i jako niby miła osoba uśmiecham się i czekam, aż się to wreszcie skończy. Wydaje mi się, że traktują nas jak dzieci, które mogą sprawić ewentualne kłopoty, ale może w gruncie rzeczy chodzi o to, że nie czuję wagi miejsca, w którym jestem. Wyobrażam sobie performance z bankierami, wyobrażam sobie, że tańczą synchronicznie, że śpiewają, że zachowują się wprost przeciwnie do oczekiwań. W głowie pojawiają mi się wizje, jak cała ta struktura się załamuje, coraz więcej osób w tej zorganizowanej grupie zaczyna się zachowywać nie tak. Wszystko nie tak, jak miało być. Wyłażą z nich perwersje, liżą brudne klamki, dziwnie chodzą, wystawiają języki, kładą się na środku przejścia, rozpinają trzy guziki w koszulach, kobiety rozpuszczają włosy. Chodzą tylko po liniach lub tylko pod ścianą albo tylko na czworaka. Obrażają się nawzajem i mówią głośno to, co tak naprawdę o sobie myślą, biją się w zemście i bronią przed atakami. Tak to widzę, patrząc na ten duży, czysty i przeszklony budynek (stołówka znajduje się w nowej części banku) z wielkimi drzewami zamkniętymi w środku. Odpowiadam na pytania o sobie, jakbym mówiła o kimś innym. Fakty i wydarzenia, które potwierdzają moją autentyczność. Pierdolę to. Ale tak, byłam już wcześniej w Luxemburgu, mój były chłopak się tu wychował. Tak, chodził do European School of Luxemburg, a jego ojciec pracował w tym banku przez 35 lat. Czy odwiedziłam wcześniej ten budynek? Nie, raczej nie byliśmy tym zainteresowani. Moja matka na Messengerze pyta, czy w banku jest skarbiec, całkiem mnie to bawi, ale też zasiana wątpliwość nie pozwala mi się o to nie zapytać. Nie ma? No tak, wiadomo. Próbuję zaobserwować małe rytuały, uśmiechy i gesty, przecież może mi się to przydać. Czuję swoje niedopasowanie i w duchu dziękuję, że nauczyłam się dobrze mówić po angielsku. Robię chyba wrażenie elokwentnej i uprzejmej. Wychodząc do patio, spotykam ojca Oliviera, okazuje się, że jest tutaj na spotkaniu. Ten zbieg okoliczności odrealnia mnie na resztę spotkania, zastanawiam się, czy jeszcze mnie lubi, był w stosunku do mnie dosyć oschły… Tak czy inaczej, robię sobie jakieś nieśmiałe notatki i pytam, czy mogę trochę czasu spędzić sama, żeby poobserwować ludzi. Jedna z dziewczyn, która zajmuje się programem rezydencyjnym, idzie ze mną i wskazuje plastikową pseudowspółczesną ławkę w kształcie litery „S”. Mówi, żebym się za bardzo nie oddalała, bo nie powinnam tu w ogóle być sama, i czy 30 minut mi wystarczy. Jestem tak bardzo rozbawiona, wkurwiona i niepewna jednocześnie, że tylko się uśmiecham. Przez ten czas siedzę na ławce, patrzę zawieszona przed siebie i myślę o niczym. Po wyznaczonym czasie podchodzi do mnie dziewczyna, pyta się, czy „już” mam to, czego potrzebuję, mówię, że tak, i idziemy w stronę wyjścia. (…)

W ramach rezydencji wspólnie z Lucile Collete – asystentką administracyjną i pracowniczką banku, zrealizowałam serię krótkich performansów w Europejskim Banku Inwestycyjnym w Luxemburgu.

Plakat z zaproszeniem do wzięcia udziału w realizacji artystycznej został wysłany drogą mailową do pracowników oraz rozwieszony na tablicach informacyjnych znajdujących się na każdym piętrze budynku. Chęć udziału zgłosiły trzy osoby. Ostatecznie spotkała się z mną jedynie Lucile. Ruchowe interwencje, które wykonywała w kolejnych dniach wzbudziły zaniepokojenie i zainteresowanie, pracownicy wystosowali pisemną skargę i zakazali wykorzystania ich wizerunku w dokumentacji.

 

Tekst powstał w ramach podlaskiej edycji wystawy Chłoporobotnik i boa grzechotnik prezentowanej w kwietniu 2018 r. w galerii arsenał w białymstoku. Kuratorowana przez Ewę Tatar wystawa pierwszą odsłonę miała w 2016 r. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

ZUZA GOLIŃSKA
 ur. w 1990 r. w Gdańsku. artystka, autorka instalacji, performansów oraz prac wideo. absolwentka Pracowni Działań Przestrzennych Mirosława Bałki na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. pracę teoretyczną obroniła pod kierunkiem Andy Rottenberg. Brała udział w wielu wystawach zbiorowych, m.in. projekcie S-NOW podczas inauguracji europejskiej Stolicy Kultury w Umeå, cyklu wystaw Nie ma ziewania #1 #2 #3 w nowym teatrze w Warszawie oraz w Cały czas w formie w Galerii Studio. W 2016 zrealizowała w gdańskiej Galerii Miejskiej indywidualną wystawę COMMON GROUND, kolejna odsłona projektu w poszerzonej formie miała miejsce w moS-ie w gorzowie w 2017. Finalistka konkursu Artystyczna Podróż Hestii, laureatka I nagrody w gdańskim Biennale Sztuki. laureatka stypendium Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W 2015 była nominowana do europejskiej nagrody dla młodych artystów Startpoint prize. W 2018 wygrała konkurs arteprize organizowany przez Delfina Foundation w Londynie.