Mexicali Housing Project, 1984, projekt: Christopher Alexander

RADYKALNE MIESZKANIA

Czy można tanio budować dobrej jakości mieszkania? O tym z Hajo Neisem – urbanistą, badaczem, wieloletnim współpracownikiem architekta Christophera Alexandra i wykładowcą University of Oregon, rozmawia Michał Augustyn

 

Lata głodu mieszkaniowego spowodowanego między innymi brakiem mieszkań komunalnych i wysokimi kosztami kredytu, wyostrzyły apetyt Polaków na tanie czynszówki. Polski rząd ogłosił niedawno program Mieszkanie+, który przewiduje wybudowanie ponad dwóch i pół miliona mieszkań na wynajem do 2030 roku. Czy jesteśmy w stanie budować mieszkania, które są tanie i jednocześnie spełniają wysokie standardy? Czy te dążenia nie są ze sobą sprzeczne?

Użyłeś określenia „wysoki standard”. Standardy zwykle są regulowane prawem budowlanym, ale ja wolałbym porozmawiać o jakości mieszkań, bo to wydaje mi się istotniejsze. Myślę, że  przystępna cena może iść w parze z wysoką jakością, jeśli mamy do dyspozycji odpowiednią technologię i jeśli przyszli użytkownicy są zaangażowani w taki sposób, by ten cel został zrealizowany. Jeśli zaniedbamy wymiar społeczny i wybierzemy podejście czysto mechanistyczne – korzystając ze standardów determinujących np. wybór materiałów czy liczbę metrów kwadratowych na osobę – wtedy staje się to trudniejsze i potencjalnie droższe. Trzeba liczyć każdą złotówkę, łącząc wymogi finansowe, techniczne i organizacyjne, tak, żeby wynajem takiego mieszkania nie okazał się zbyt drogi. Jeśli jednak użyjemy innych metod, takich jak angażowanie użytkowników w   budowanie mieszkań, szansa wybudowania taniego i dobrego mieszkania rośnie. Nie wiem jak jest w Polsce, ale może nie brakuje ludzi, którzy mogliby włączyć się w proces budowania. Ich praca może później być uwzględniona w stawce czynszu albo przyspieszyć uzyskanie prawa własności do wynajmowanego mieszkania. Wynajem z możliwością dojścia do własności, z wyższą stawką czynszu, jest zresztą jednym z założeń programu Mieszkanie+, ale równie dobrze można by premiować w ten sposób własny wkład pracy w realizację projektu. Taki model jest rozwijany na przykład w Massachusetts Institute of Technology: ich pomysł na budowanie mieszkań polega na tym, że firma budowlana zapewnia pewne minimum, a użytkownicy dobudowują pozostałą część. Dzięki temu mieszkania stają się tanie.

 

Mówisz o angażowaniu użytkowników także w proces projektowania czy tylko budowania?

Można to zrobić na oba sposoby. Według mnie dobrze jest zapewnić partycypację już na etapie projektowania, ponieważ to tworzy więź między ludźmi a miejscem zamieszkania, buduje tożsamość, poczucie bliskości, a to z kolei w dłuższym terminie przekłada się na lepsze, bardziej spójne sąsiedztwo. Ludzie myślą sobie: „Jestem tu od początku, wybudowałem to”. Ale największym wyzwaniem jest to, żeby wybudować mieszkanie wystarczająco tanie, żeby ludzi było na nie stać. Przeciętna cena pięćdziesięciometrowego mieszkania w Warszawie wynosi dzisiaj  400 000 złotych, czyli 8 000 złotych za metr kwadratowy. Trzeba obniżyć ceny, żeby więcej ludzi stać było na mieszkanie w mieście. Może model MIT nie jest taki zły. Można dzięki tej metodzie budowania zaoszczędzić dużo pieniędzy, jeśli przeznaczysz na to odpowiednią ilość czasu.

 

Trudno mi to sobie wyobrazić. W dużym mieście takim jak Warszawa potrzebujemy intensywnej zabudowy.

To jest kolejne wyzwanie. Jeśli myślisz o budynkach cztero- czy nawet sześciopiętrowych, można wybudować je z drewna, niedrogo. W Stanach Zjednoczonych jest to dozwolona technika budowy bloków mieszkalnych. Nazywana jest „5 na 1” (5 over 1), co znaczy, że parter jest murowany, a piętra ponad nim mają konstrukcję z ram drewnianych 2 x 4 lub 2 x 6. Kiedy patrzysz na  budynki w amerykańskich miastach, trudno byłoby ci uwierzyć, że większość budynków jest oparta na tej konstrukcji. Na zewnątrz tego nie widać, wyglądają one jak budynki murowane. Jeśli jesteś częścią ekipy budowlanej i brałeś udział w projektowaniu, możesz stosunkowo szybko nauczyć się tej metody współpracując z fachowcami. Trzeba oczywiście dostosować technikę budowlaną do lokalnego kontekstu. Na pewno można przekazać użytkownikom wykończenie wnętrz, może nie budowę samej konstrukcji. Mogą to być także prace wokół budynku, np. założenie zieleńca czy ogrodu, i wiele innych rzeczy, nawet położenie instalacji elektrycznej, jeśli przyszły mieszkaniec ma odpowiednie uprawnienia. Jeśli system angażujący użytkowników w budowanie mieszkań nie istnieje, należy go stworzyć. To znaczy także, że trzeba opracować model finansowania, w którym wkład użytkowników obniża cenę mieszkania. Potrzeby są ogromne. Młodzi ludzie nie mogą sobie pozwolić na mieszkania – a to byłby sposób, żeby je zdobyć.

 

Ostatnio w Polsce coraz popularniejsze stają się kooperatywy mieszkaniowe: grupa osób zleca budowę mieszkań deweloperowi, ale to członkowie kooperatywy projektują budynek, kupują lub dzierżawią teren od miasta (niekiedy w niższej cenie niż deweloper). Rozwiązanie które proponujesz jest o wiele bardziej radykalne. Zastanawiam się, czy – biorąc pod uwagę koszty szkoleń dla budowlańców-amatorów – byłoby opłacalne.

W obliczu tak ogromnego problemu mieszkaniowego, koszty szkoleń zawodowych dla przyszłych budowniczych swoich mieszkań byłyby naprawdę znikome. Trzeba to zrobić. Kooperatywy natomiast zatrudniają podwykonawcę, a on musi zaciągnąć w banku kredyt i spłacić go z odsetkami, ale też sporo na tym zarabia. Cały zysk trafia do niego. Budując samemu możesz zaoszczędzić dużo pieniędzy. To zależy również od tego, czy jesteś w stanie sfinansować budowę własnym sumptem lub za niewielką pożyczkę, która pozwoli wybudować szkielet budynku i dach. Rok później można coś dobudować, w kolejnym roku coś jeszcze. Dzięki temu unika się drogiego kredytu. Nie wiem, jaka stopa procentowa obowiązuje teraz w Polsce. Wiem, że w Europie jest dość niska, ale nadal trzeba płacić odsetki. Trzeba policzyć, co jest bardziej opłacalne. Jako zasadę przyjąłbym włączenie użytkowników w proces budowania, nie tylko na etapie projektowania, ale także na placu budowy. W przeciwnym razie nadal tkwimy w starym systemie, korzystając tylko z innego modelu organizacji – kooperatywy. To dobry model, ale wiele osób nie jest w stanie się w nim odnaleźć z powodu braku pieniędzy na zrealizowanie swojego projektu. Można myśleć o różnych stopniach zaangażowania: na najbardziej podstawowym poziomie zostajesz projektantem, bo za resztę prac możesz zapłacić. Jeśli jednak nie stać cię na to, następnym etapem jest dołączenie do kooperatywy, co pozwoli zaoszczędzić trochę więcej pieniędzy, ale czy na tym koniec? Trzeba pomyśleć o innych możliwościach! Muszą wymyślić to ludzie, którzy mają odpowiednią motywację. Inaczej trudno będzie czegokolwiek dokonać.

 

Myślę, że Polacy są zmotywowani...

Tak właśnie przypuszczałem.

 

...przez warunki w jakich żyją. Jest też kwestia zrównoważenia ekologicznego i standardów środowiskowych, energetycznych, które powinny być spełniane przez nowo powstające budynki. Ten wymógł został także ujęty w szkicu programu Mieszkanie+. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, czy zaangażowanie użytkowników w projektowanie i budowanie mieszkań, które spełniają wygórowane standardy środowiskowe nie staje się zadaniem krańcowo trudnym?

Tak, to prawda. Ale sądzę, że można tego dokonać stopniowo, krok po kroku. W przeciwnym razie program okaże się bardzo kosztowny. To nie zadziała, jeśli będziecie chcieli zrobić wszystko naraz. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: co muszę zrobić najpierw, żeby móc zamieszkać? Cała reszta przyjdzie z czasem. To znaczy, na przykład – wymyślam to na poczekaniu –  najpierw projektujemy zadaszenie, bo inaczej deszcz zaleje budynek. Fasada może poczekać. Podobnie wykończenie wnętrza. Klatkę schodową można pomalować na samym końcu. Może na początku jest tam tylko lampa. Spełnianie standardów może odbywać się stopniowo, jeden po drugim. To znaczy też, że musisz być gotowy żyć przez 5-6 lat w niedokończonym budynku. Ale przynajmniej stać cię na to, żeby tam mieszkać! Mówiłeś o przystępności – to jest najważniejsza rzecz. Oczywiście, taki budynek powinien być piękny i kompletny, ale do tego można dochodzić przez lata. To nie musi być skończony produkt, jak wtedy gdy pracujesz z podwykonawcą albo w systemie finansowania budowy mieszkań z kredytu. Płacisz za produkt, nie za proces. Jeśli zaczynasz myśleć w kategoriach procesu, otrzymujesz mieszkanie niewykończone, produkt w procesie powstawania. Podam prosty przykład. Dziesięć lat temu pojechałem z grupą studentów do Japonii wybudować dom. Nie dokończyliśmy go, bo nie takie było założenie – mieliśmy zbudować tylko główną salę. Inni ludzie dokończyli budowę później, dostosowując obiekt do swoich potrzeb. Nie dostarczyliśmy gotowego budynku, lecz proces budowania wraz z produktem, który był później rozwijany według określonych reguł. To tylko przykład, który pokazuje, jak zapewnić dobrą jakość budynku. Musisz znaleźć sposób na wykonanie pewnych elementów samemu i zdecydować, które części pozostawić innym. Najprościej ująć to tak: potrzebny jest projekt, kierownik budowy i dobrze zaplanowany proces budowania. Kierownik budowy powinien być odpowiedzialny nie tylko za twój budynek, ale też inne, by uzyskać odpowiedni dochód. Musi to być także osoba, która potrafi szkolić innych. Musisz zaangażować specjalistę, który wie jak przekazać wiedzę, bo jeśli nie jest on w stanie ci pomóc – nic z tego nie wyjdzie. Nie jestem szalony... Wiadomo, że nikt nie postawi budynku bez wsparcia specjalistów.

 

Udział użytkowników jest zatem ograniczony przez ekspertów, którzy zapewniają ramy działania.

Nie chodzi o ograniczanie, przeciwnie – chodzi o uwolnienie potencjału, który tkwi w ludziach. Taka współpraca daje dużą radość, ponieważ wsparcie ekspertów pozwala ci robić rzeczy, których nigdy nie zrobiłbyś sam. Nawet gdybyś nabył wiedzę z tej czy innej dziedziny, potrzebujesz kogoś, kto wie jak połączyć elementy układanki i ułożyć sekwencję działań. Możesz nazwać go doradcą lub jakkolwiek inaczej, ale taka osoba jest niezbędna.

 

W Polsce, gdy myśli się o architekturze tworzonej przez samych użytkowników, to przywodzi na myśl obrazy koszmarnych budynków. Wybuch takiej samorodnej twórczości miał miejsce w latach 90., po upadku komunizmu. Był to czas słabych regulacji i szybkiego bogacenia się wielu osób, więc wiele osób budowało drogo i źle. Te budynki są często nadmiernie rozrośnięte, nieprzemyślane architektonicznie i zwyczajnie odpychające.

Tak, rozumiem. Po pierwsze, potrzebujesz pewnego porządku w procesie budowania. W Center for Environmental Structure opracowaliśmy kilka procesów porządkujących generowanie rozwiązań przestrzennych. W pracy architekta, jak w każdym innym zawodzie, potrzebne są zatem jakieś narzędzia, metody. Projektując z użytkownikami korzystam z języka wzorców[1], tworzę też nowe wzorce, przestrzegając pewnych reguł.  Kiedy pracujesz z użytkownikami, pierwszą rzeczą jaką musisz określić jest cel. Co właściwie chcesz osiągnąć? I tu język wzorców okazuje się bardzo przydatny. Użytkownicy mogą powiedzieć cokolwiek. Często nie zgadzają się ze sobą. Kiedy ustanawiasz wspólny język wzorców, jest to kontrakt, który wytycza ramy procesu projektowania i prowadzi jego uczestników do celu. Język wzorców umiejscawia użytkowników w centrum uwagi architekta. Kiedy tworzysz budynek, zasady i proces dochodzenia do celu muszą być wyraźnie określone. Dzięki temu, że mamy w tym duże doświadczenie i wiemy jak zrobić to dobrze, tworzymy znakomite budynki.

 

Twierdzisz zatem, że użytkownicy, wyposażeni w odpowiedni język projektowy, będą używać go do tworzenia dobrej architektury.

Sam język nie wystarczy, potrzebne są także zasady jego używania. Język wzorców to nie wszystko. Są też inne rzeczy, związane z systemem konstrukcji, którego używasz. Jeśli budujesz z drewna, korzystasz z innego systemu niż przy konstrukcjach murowanych. Musisz stworzyć system konstrukcji odpowiedni dla swojego projektu. Potrzebny jest system bazowy, który obejmuje ściany i dach – np. w Finlandii większość domów jest z drewna i tam bazowy system jest odpowiedni dla konstrukcji drewnianych – oraz pomocniczy system konstrukcji, w którym mieści się cała reszta – od okien po wybór schematu kolorów elementów wykończeniowych. Tworzenie budynku to ciągły proces, w którym ważne są nie tylko pieniądze, ale także radość tworzenia – nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej czegoś się nauczysz. Pomyśl tylko, jakie pole eksperymentów to otwiera: możesz na przykład wypróbowując różne warianty ustalić, gdzie umieścić okna. Aby to zrobić, musisz przyjrzeć się budynkowi od zewnątrz i wewnątrz. To jest bardzo ciekawe doświadczenie.

 

Wydaje mi się, że taki sposób budowania nieuchronnie prowadzi nas na pole bitwy, o którym wraz z Christopherem Alexandrem pisałeś w książce The Battle for the Life and Beauty of the Earth[2]. Z kim właściwie toczy się walka? Kto jest po drugiej stronie?

W tej bitwie chodziło o to, że gdy chcesz zrealizować duży projekt, taki jak kampus Eishin w Japonii (pewnie w wielu innych krajach byłoby podobnie), używając metod projektowania partycypacyjnego, deweloperzy będą z tobą walczyć, bo nie chcą, żeby taki projekt się powiódł.  To ich terytorium, oni mają prawo budować i zarabiać na tym, a nie Center for Environmental Structure, która jest organizacją non-profit. Nie budujemy dla pieniędzy. Z ich punktu widzenia nasze działanie nie ma sensu. Ale tej bitwy nie będziecie musieli staczać, bo program Mieszkanie+ ma być finansowany z publicznych pieniędzy. Ten system oferuje wsparcie, nie konflikt. My musieliśmy walczyć i trzeba było to opisać, ale w waszym przypadku, jak sądzę, będzie inaczej. Wszyscy w Polsce zaczynają rozumieć, jak wiele młodych osób nie może pozwolić sobie na mieszkanie. W XXI wieku, w środku Europy – to szaleństwo. Spodziewam się więc, że otrzymacie znacznie większe wsparcie od samego początku. Wasza bitwa polega na tym, żeby założyć inicjatywę, która urzeczywistni tę wizję. Jak pokazują nasze doświadczenia, nie jest to wcale tak trudne, jeśli znajdziecie metodę.

 

Myślałem o bitwie w kontekście tego, co Christopher Alexander nazywa systemem A, w którym celem jest dobrostan człowieka i całego ekosystemu, i systemu B nastawionego na władzę, kontrolę, szybkość produkcji i efektywność ekonomiczną. To drugie podejście dominuje we współczesnym myśleniu o budownictwie. Jego głównym dążeniem jest optymalizacja kosztów, niezależnie od tego, czy w proces budowania zaangażowany jest prywatny czy państwowy kapitał. Na tym polu również może rozegrać się bitwa.

Myślę, że czeka was kilka małych potyczek, ale nie pełnowymiarowa bitwa. Trudności mogą się pojawić, bo nie wszyscy ludzie rozumieją alternatywne podejście. Wielka bitwa wam nie grozi, bo wiele osób ma świadomość, że młodym ludziom w końcu trzeba zapewnić możliwość zdobycia mieszkania, założenia rodziny. Słyszę to ciągle – ludzie powtarzają, że w Polsce jest z tym poważny problem. Nie do końca rozumiałem dlaczego. Ale odbyłem kilka dyskusji na ten temat wczoraj i dziś rano. I teraz rozumiem to znacznie lepiej. Wydaje mi się – choć nie mam pełnego obrazu sytuacji – że macie duże szanse powodzenia, ponieważ budowanie z udziałem użytkowników to właściwie jedyny dostępny sposób.

 

Jest przynajmniej jeden inny. Rząd może zorganizować konkurs na replikowalny projekt taniego budynku, np. blok z mieszkaniami dla rodziny z dwójką dzieci albo dla większych rodzin. Architekci zgłaszają projekty, 1 lub 2 zostają wybrane przez rząd i zostają one powielone w całym kraju jako jednostki standardowe. To jest zwykły sposób działania. I to jest stary sposób.

Tak. Ale może być uzasadniony, jeśli mieszkania nie są zbyt drogie. Nie mam z tym problemu. Właśnie tak do tego podchodzę – w jaki sposób sprawić, żeby mieszkania były dostępne dla osób niezamożnych. Oczywiście zależy mi także na jakości, na tworzeniu wspaniałych budynków, przyjaznych środowisku, trwałych. Ale nie jestem zafiksowany na tym sposobie budowania. Wydaje mi się, że potrzeby socjalne są znacznie ważniejsze i wykorzystanie tego programu, by zaspokoić potrzeby mieszkaniowe jest dla mnie najistotniejszym tematem.

 

Jeśli w rezultacie powstaną budynki niezbyt ciekawe, nieszczególnie piękne i jeśli będą one identyczne, powiesz: „Cóż, przynajmniej rozwiązaliście poważny problem społeczny”.

Niezupełnie. Mówię tylko, że jest to jedna z możliwości. Niektórzy ludzie mogą nie mieć czasu, żeby wnieść swój wkład w budowę. Są zajęci, mają pracę. Kolejnym poziomem jest zaangażowanie w proces budowania tych, którzy mają czas, bo na przykład nie pracują na pełen etat. Jest coś, co musisz i możesz zrobić, by dostać mieszanie, które byłoby nieosiągalne innym sposobem. Wówczas jest to konieczność. Jeśli masz inną możliwość, w porządku, dlaczego miałbyś brać udział w budowaniu? Ale jeśli to jedyny sposób, by zbudować dobre, tanie mieszkania i jest to coś, co możecie wymyślić, to daje nowe możliwości. Czy znasz książkę „Produkowanie domów” Christophera Alexandra[3]? Jest tam opisany projekt osiedla mieszkaniowego w Mexicali w Meksyku. Ludzie, którzy w nim zamieszkali, nie mieli pracy albo pracowali dorywczo. Cała społeczność, matki, ojcowie i dzieci, ręka w rękę wybudowali swoje domy. Wprawdzie była to niska zabudowa, jedno- i dwupiętrowe domki jednorodzinne, nie czteropiętrowe bloki, ale kluczowe jest to, że zbudowali to osiedle od początku do końca. Nie byłem zaangażowany w ten projekt, ale wiem, że cały system budowania został wymyślony specjalnie dla tych ludzi. Efekt był zachwycający. Domy były ekstremalnie tanie, kosztowały kilka tysięcy dolarów. Dla tych ludzi był to jednak duży wydatek. Meksykański bank rozwoju chciał wybudować osiedle złożone z identycznych domów, więc tam także rozegrała się bitwa, być może podobna do tej, która czeka was. Dobry program powinien uwzględniać różne warianty, tak by dostosować mieszkanie do potrzeb użytkowników. Archetyp jest tylko ideą opisującą podstawowe cechy budynku: liczbę metrów kwadratowych, podstawowy układ pomieszczeń itp. Na etapie budowy powstają fenotypy, czyli konkretne realizacje, przybliżenia archetypu, które mogą się od siebie różnić. Czasami ważniejsze jest oświetlenie, innym razem ogród. W przypadku programu Mieszkanie+ to by wymagało dobrej koordynacji między projektantem, kierownikiem budowy i użytkownikami.

 

To duże wyzwanie organizacyjne.

Tak, ale myślę, że to naturalne, bo kiedy pomyślimy o tym, w jaki sposób ludzie budowali domy, okaże się, że robili to właśnie tak. W przypadku budynków cztero- czy pięciopiętrowych zadanie staje się nieco skomplikowane, ale sądzę, że nadal jest wykonalne. Czasami sam kształt przestrzeni sprawia, że konieczne jest budowanie różnych wariantów budynku. [Hajo zaczyna rysować]. Nawet prosta konstrukcja na planie prostokąta może przybierać różne kształty wypełniające przestrzeń, która jest do dyspozycji, zwłaszcza w starych miastach, gdzie trzeba dopasować budynek do istniejącej zabudowy. 

 

To jednak nie wszystko. W Mexicali każda rodzina mogła zaprojektować mieszkanie na miarę swoich potrzeb. Czy każde mieszkanie w wielorodzinnym budynku może różnić się od pozostałych?

Tak, właśnie o to chodzi. Najpierw projektuje się na papierze i z użyciem makiet, a na etapie budowy proces projektowania toczy się dalej, w realnej przestrzeni.

 

Problem w projektowaniu partycypacyjnym polega też na tym, że nie wszyscy lokatorzy przejmą mieszkanie na własność. Zatem mieszańcy będą się zmieniać. Mogłoby zdarzyć się tak, że język wzorców, z którego skorzystają użytkownicy będzie idiosynkratyczny. W budynku mogą pojawić się mieszkania zaprojektowane w nietypowy sposób, spełniające oczekiwania bardzo wąskiej grupy użytkowników. Być może trudno byłoby znaleźć kogoś, kto byłby zainteresowany zamieszkaniem w takim miejscu.

Tak się nie stanie – z kilku powodów: po pierwsze, nawet jeśli zdobędziesz się na wysiłek wymyślenia idiosynkratycznego języka, mamy do czynienia z emergentną całością. Nowe wzorce, choćby najoryginalniejsze, powstają w relacji z otoczeniem. Zawsze znajdą się ludzie, którzy docenią oryginalne rozwiązania na przykład dotyczące umiejscowienia okna. Ważne, żeby było ono uzasadnione. Mogą wyłonić się formy, które z wielu powodów zyskają uznanie innych, nawet jeśli w normalnych warunkach nie sięgnęliby po nie, ponieważ kontekst tego nie wymaga. Trzeba tylko potraktować to zadanie poważnie i postarać się wykonać je dobrze. Warto o tym pomyśleć patrząc na stare budynki, w których kryją się niekiedy unikalne przestrzenie, nieraz o bardzo ciekawym rodowodzie. Zresztą one mogą zostać dostosowane do potrzeb nowego użytkownika. Jeśli chcesz tylko wynająć mieszkanie nic w nim nie zmieniając, także znajdą się chętni. Zwykle tak się dzieje, jeśli mieszkania różnią się od siebie, jest szansa, że każde wzbudzi czyjeś zainteresowanie. Szczególnie w sytuacji, w jakiej obecnie jest Polska jeśli chodzi o dostępność mieszkań, nie wydaje mi się, żeby było to trudne.

 

Ludzie będą zadowoleni z czegokolwiek.

Ale i tak trzeba się postarać. Głód mieszkaniowy nie jest usprawiedliwieniem dla niechlujstwa.

 

Nie powinien być. Bolączką Warszawy i innych polskich miast jest chaos przestrzenny, rezultat boomu budowlanego po 1989 roku  oraz poważnych zaniedbań w planowaniu przestrzennym. Swoboda deweloperów w stawianiu nowych budynków, a także rozlewanie się miast powoduje frustrację i złość wielu mieszkańców. Reakcją na ten stan wśród wielu architektów i urbanistów jest spoglądanie z nostalgią na tradycję modernizmu.

To nietypowe, bo reszta świata raczej nie przeżywa takiej nostalgii. Nie na poziomie projektowania miast. Jestem tym trochę zaskoczony. W innych krajach panuje raczej nostalgia za zabytkową architekturą, która przejawia się w postmodernistycznej architekturze.

 

Christopher Alexander, twój bliski współpracownik, odnosił się bardzo krytycznie do modernizmu.

Tak, to prawda. Nie tylko on, niemal każdy architekt. Nawet ci, którzy tworzyli modernistyczną urbanistykę. Także holenderscy strukturaliści byli nastawieni krytycznie, na przykład Aldo van Eyck, wielki krytyk modernistycznej urbanistyki. Kiedyś napisałem artykuł o tym, dlaczego modernistyczna urbanistyka nie działa, choć modernistyczna architektura – owszem.

 

Miasto modernistyczne jest jednak uporządkowane, wolne od chaosu.

Problemem jest to, że miasta wybudowane w duchu modernizmu wywołują uczucie monotonii, nudy, identyczności. Ludzie tracą swoją tożsamość w miejscach bez charakteru, błądzą po osiedlach, które są identyczne. Owszem, takie miasta są uporządkowane, ale jest to porządek mechanistyczny. Ład wpisany w architekturę tradycyjną, na przykład starówki europejskich miast, jest zwykle rezultatem samorzutnego, organicznego rozwoju. Miasta mogą też rozwijać się szybko, ważne, by był to proces organiczny. W ten sposób projektowaliśmy nabrzeże San Francisco [Hajo znów rysuje na kartce]. Tu jest nabrzeże, tu brama, potem zaczęliśmy dobudowywać kolejne elementy, pomost pojawił się w tym miejscu, później skwer, ulica w poprzek... Wszystko rozwijało się powoli, ale bardzo logicznie. Oczywiście estetyka również była ważna, ale był to proces bardzo logiczny. W tym wypadku chaos przypomina bardzo to, co dzieje się w każdym organicznie rozwijającym się mieście w historii. Miasta rozwijały się od paru tysięcy lat, zanim pojawił się modernizm. Organiczny rozwój może także pojawić się w systemie hippodamejskim (ang. grid system). Tak to wygląda w Portland. [Hajo opowiada i rysuje] Siatka ulic w Portland tworzy kwadraty o boku 60 metrów. Stawiasz kolejne budynki i nagle zdajesz sobie sprawę, że na przykład ta ulica nie jest potrzebna, bo znacznie lepiej byłoby założyć w tym miejscu mały park, który można kontynuować na kolejnej działce. Przy następnej ulicy można zaplanować coś innego, powiedzmy, dodatkową przestrzeń dla muzeum położonego obok, a między muzeum i parkiem powstaje deptak, bo tam pasuje. Nawet uporządkowana siatka ulic może ewoluować. To właśnie dzieje się w Portland. I jest to bardzo organiczny proces. Nawet tak schematyczny system, złożony z prostopadłych ulic jednokierunkowych, zaczął się zmieniać. Wszystko może się zdarzyć, jeśli na to pozwolimy i podejdziemy do tego twórczo.

 

Miasto takie jak Warszawa może w dowolnym momencie zacząć rozwijać się organicznie?

Oczywiście. Jak najbardziej. Rozmawialiśmy o tym, że w polskich miastach nie praktykuje się planowania przestrzennego. Jak w takim razie można cokolwiek zmienić? Ktoś musi coś z tym zrobić. W Portland działo się to stopniowo, trudno było zauważyć drobne zmiany. Celowo dałem przykład bardzo regularnej przestrzeni, która zyskuje organiczny charakter i drugi przykład mniej regularnej przestrzeni, bardziej przypominającej zabytkowe części miast (które rozwijały się właśnie w taki sposób). Potrzebni są tylko ludzie, którzy nauczą się tego, zrozumieją to, a miasto musi zapewnić system. Jeśli chcemy, żeby miasto działało dobrze, musimy stworzyć emergentną całość zamiast emergentnego chaosu. To temat na doktorat, opracowanie innego systemu planowania i budowania wymaga głębokiego namysłu, to nie stanie się na pstryknięcie palcem. Zasadniczo jest to możliwe, choć w praktyce bywa różnie.

 

Właśnie, zajmijmy się stroną praktyczną tej transformacji. Kto będzie jej podmiotem, siłą sprawczą?

Prawdopodobnie będzie to wynik współpracy pomiędzy społecznością i władzami miasta. Oddolne działania powinny być prowadzone na poziomie osiedla. Pracujesz w swojej dzielnicy i dążysz do zmiany, jednocześnie na poziomie miasta małe grupy robocze powinny rozwiązywać problemy dotyczące na przykład ulic przebiegających przez kilka dzielnic – to jedna ze spraw, którymi powinno zajmować się miasto, nie osiedle. Można to zorganizować na trzech poziomach: po pierwsze, osiedle; drugim poziomem jest uniwersytet, gdzie te zagadnienia powinny być poddawane analizie; trzecim poziomem jest całe miasto. One powinny ze sobą współpracować. Muszę jednak powiedzieć, że na poziomie osiedla można zmienić najwięcej, szczególnie jeśli dwa pozostałe zawodzą.

 

Zgadzam się, ale to bardzo trudne. Mieszkańcy nie zawsze zwracają uwagę na jakość otoczenia, bo w pewnym sensie nie stać ich na myślenie w tych kategoriach. Ludzie zwykle domagają się konkretnych doraźnych rozwiązań swoich codziennych problemów. I nie krytykuję tego, to jest zrozumiałe...

Mamy demokrację. Ludzie mają prawo wyrażania swoich opinii.

 

Często domagają się miejsc parkingowych i nowych arterii.

Kultura także musi się zmienić. Powinna powstać jakaś grupa, która będzie działać na którymkolwiek poziomie, lokalnym, miejskim albo państwowym i zajmować się konkretnymi problemami związanymi z przestrzenią. Nawet małe działania mogą zachęcić innych do zmiany perspektywy. Jeśli realizujecie program taki jak Mieszkanie+, zakładający wybudowanie milionów mieszkań, nie sposób pominąć kwestii urbanistycznych. Zapiszcie to na swojej liście rzeczy do zrobienia. Jest bardzo wiele istotnych spraw związanych z mieszkalnictwem, w tym kwestia jakości przestrzeni miejskiej, chaosu przestrzennego, spójności, jakkolwiek chciałbyś to nazwać. Potrzebna jest grupa osób, kto będzie w stanie zapoczątkować i kontynuować tę pracę, tak by miasto, czy nawet państwo uznało to za ważne z punktu widzenia realizowanych polityk. Przed wami wielka szansa. Niewiele jest krajów, które nagle otrzymują możliwość zrealizowania tak wielkiego przedsięwzięcia. Warto wykorzystać program Mieszkanie+ do transformacji polskich miast.

 

+++
 

Kampus Eishin

Zaprojektowany przez Christophera Alexandra i wybudowany (w znacznej części) w latach 1981-1990 kompleks ponad 30 budynków szkoły Eishin położony na przedmieściach Tokio. Użytkownicy kampusu (zarówno studenci, jak i dyrekcja) wspólnie z architektem opracowali unikalny język wzorców, który nadał kształt budynkom i przestrzeni pomiędzy nimi. Budowa kampusu naznaczona była ostrym konfliktem pomiędzy twórcami a przeciwnikami projektu (m.in. japońskimi deweloperami), którzy walcząc o swoje interesy uciekali się do pozwów sądowych, łapówek, gróźb, a nawet fizycznego nękania dyrektora szkoły.

Język wzorców (ang. pattern language)

Metoda dokumentowania dobrych praktyk projektowych w architekturze, inżynierii oprogramowania i innych dyscyplinach. Każdy wzorzec ma wymiar zarówno deskryptywny, jak i relacyjny, tzn. jest opisem sposobu rozwiązania powtarzającego się problemu projektowego oraz zajmuje ściśle określone miejsce w hierarchicznej strukturze języka. Projektowanie przestrzeni z wykorzystaniem języka wzorców zakłada stopniowe przechodzenie od wzorców wyższego rzędu (np. węzeł aktywności) do wzorców bardziej szczegółowych (publiczny plac), które z kolei łączą się z jeszcze mniejszymi (siedzenie na schodach), aż do wzorców określających sposób realizacji detalu architektonicznego czy wybór materiałów konstrukcyjnych (miękkie płyty i cegły). Wzorce tworzą także horyzontalne połączenia z innymi wzorcami tego samego rzędu. Autorem samego pojęcia, jak i zbioru wzorców architektonicznych zawartych w wydanej w 1977 roku książce pt. „Pattern Language”, przystępnego „podręcznika ponadczasowego sposobu budowania”, jest Christopher Alexander.

 


[1]    Christopher Alexander, „Język wzorców”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2008

[2]    Christopher Alexander, Hans Joachim Neis, Maggie Moore Alexander, „The Battle for the Life and Beauty of the Earth: A Struggle Between Two World-Systems”, Oxford University Press, 2012.

[3]    Christopher Alexander, „The Production of Houses”, Oxford University Press, 1985.