Dominika Kowynia: "The Danger of a Single Story"

PRZETERMINOWANA EGZOTYKA

Z Dominiką Kowynią – malarką, której wystawę Ludzie z piasku można było niedawno oglądać w krakowskiej galerii Widna – rozmawia Joanna Glinkowska
 

Mam wrażenie, że niejeden artysta mógłby ci pozazdrościć biografii – dzieciństwo spędzone w Libii wydaje się niewyczerpanym źródłem inspiracji. Postanowiłaś jednak nie wspominać o tej części swojego życia, przynajmniej do niedawna. Wątek ten poruszyłaś dopiero na wystawie Ludzie z piasku w galerii Widna. Dlaczego?

To nie jest tak, że do tej pory nikt o tym nie wiedział. Faktycznie jednak rzadko o tym mówiłam, a już z pewnością unikałam nawiązań do tego okresu w moich obrazach. Po studiach inspirowałam się zdjęciami z dzieciństwa, ale pomijałam w nich charakter miejsca, skupiałam się na postaciach, ich gestach i relacjach między nimi, usuwając tło. Czułam wielką tęsknotę za zwyczajnością i zafiksowałam się na myśli, że wszystko, co egzotyczne, jest wymyślone, nieprawdziwe. Patrzyłam, jak ludzie wokół mnie po kilkutygodniowym pobycie w Indiach czy innym odległym kulturowo miejscu malują cykl obrazów i jakoś strasznie mnie te obrazy uwierały, powodowały zażenowanie. Nie chciałam być w tej grupie. Chyba umknęło mi to, że w moim przypadku podobnym brakiem szczerości jest udawanie, że to wieloletnie doświadczenie mnie nie ukształtowało. Zupełnie niedawno pozwoliłam sobie na akceptację tego faktu i zgodziłam się na ewentualny brak zrozumienia oraz ryzyko, że zostanę uznana za dziwaka. Koniec końców znaczenie miał również fakt, że Kinga Nowak, współprowadząca z Michałem Bratko galerię Widna, zareagowała na pomysł takiej wystawy entuzjastycznie, podobnie jak jej kuratorka Marta Lisok.

 

Jakie są twoje wspomnienia z tego okresu? Czy jako dziecko byłaś świadoma tego, co działo się wokół ciebie, czy raczej bazujesz na opowieściach rodziny i starych fotografiach?

Mam bardzo konkretne wspomnienia z tego okresu, jestem pewna ich prawdziwości. Zdjęcia są ich formalnym uzupełnieniem, a opowieści rodziny traktuję zdroworozsądkowo, akceptuję je z uwzględnieniem cudzej perspektywy. Moje wspomnienia składają się z zapamiętanych zdarzeń, głównie sytuacji szkolnych i rodzinnych pobytów na plaży, z emocji, kolorów, zapachów i wielkiej pustki. Niezależnie od tego, jak to brzmi, nie był to czas nieszczęśliwy, naznaczony lękiem. Moim głównym problemem był brak wspomnień z Polski i związany z tym wstyd, ponieważ większość dzieci w szkole pamiętała polską rzeczywistość i często do niej nawiązywała w rozmowach. Ulegałam na pewno perspektywie moich rodziców, tak jak oni czekałam na powrót do Polski i uważałam sytuację za tymczasową. Dużo milczałam, czekałam i obserwowałam, a mimo to spora część mnie uważa zapamiętaną Libię za swój dom. Podejrzewam – chociaż o tym nie rozmawialiśmy – że moim rodzicom trudno zrozumieć, że mam własne, niezależne spojrzenie na ten czas i że jest ono tak pozytywne. Być może jest takie dzięki ich zapobiegliwości i trosce, biorę to pod uwagę.

 

Dominika Kowynia: Granice kraju

 

W jednym z wywiadów na temat twojej najnowszej wystawy mówisz o uniwersalności tego doświadczenia i o tym, że „każdy ma swoją przeterminowaną egzotykę”. Co masz na myśli?

Użyłam tego zwrotu intuicyjnie, a miałam na myśli zarówno to, że wiele osób mieszkało lub będzie czasowo przebywało w innych krajach, jak i fakt, że każdy ma jakieś doświadczenia, najczęściej z okresu dzieciństwa, które z dłuższej perspektywy wydają mu się dziwne. To nie musi być pobyt w egzotycznym kraju – może to być sposób wychowania będący formą izolacji albo zwyczaje rodzinne czy brak jednego z rodziców, pozornie zwyczajne historie. Dotarło to do mnie głównie za sprawą studentów, z którymi mam kontakt w pracy. Bardzo często zalążkiem ciekawych prac studenckich są właśnie takie historie, które mogłabym nazwać przeterminowaną egzotyką, a które działy się na przykład w pobliskim Sosnowcu na osiedlu Pekin.

 

Egzotyka jako to wszystko, co w jakiś sposób odbiega od normy, co można (a może trzeba?) przepracować – na przykład, w przypadku twoim i twoich studentów, w sztuce?

Tak, to właśnie miałam na myśli. Chyba nie zawsze trzeba to przepracować, czasem wystarczy to zaakceptować jako doświadczenie formujące, istotne dla tego, kim jesteśmy.

 

W twojej twórczości uderza poczucie dystansu. Zarówno jeśli chodzi o formę – ograniczona paleta barw, brak szczegółów, uproszczone kształty – jak i w samych podejmowanych przez ciebie tematach, o czym możemy się przekonać, czytając tytuły obrazów: Lusterko, Ogląda, Obserwatorka, Podglądam

Te wymienione przez ciebie obrazy namalowałam dobre kilka lat temu i faktycznie cechuje je ograniczona paleta barw, ale zarówno wcześniej, dużo wcześniej, jak i po nich powstawały i powstają płótna nawet nieznośnie kolorowe. Prawdę powiedziawszy, uwielbiam kolor, zwłaszcza przegięty i zgrzytający. Jeśli wyczuwalne jest poczucie dystansu, to prawdopodobnie ma ono źródło w tych najwcześniejszych latach, kiedy spędzałam dużo czasu w pustce w sensie towarzyskim i marzyłam o polskim podwórku i kontaktach z innymi dziećmi. Te marzenia zresztą się nie zrealizowały, po przyjeździe dzieci okazały się inne niż te z książek, a i ja sama zdążyłam przywyknąć do samotności, stała się ona czymś niezbędnym do znośnego dla mnie funkcjonowania w świecie. Podejrzewam, że wszystko to wyłazi i wyłaziło ze mnie w postaci obrazów – czasem malowałam coś jako miłe i oswojone, a ktoś, kto ogląda płótno, widzi szary głaz podobny do człowieka.

 

Dominika Kowynia: Zielona książka

 

Mówisz, że polskie dzieci były inne niż te z książek. To ciekawe, że wiedzę o Polsce czerpałaś z fikcji literackiej. Co wtedy czytałaś? Jak te książkowe obrazy miały się do polskich realiów po twoim powrocie do kraju? Czy na czymś szczególnie się zawiodłaś, bo wyobrażałaś to sobie inaczej?

Czytałam książki dla dzieci dostępne w niewielkiej szkolnej bibliotece. Te wszystkie Ożogowskie, Oto jest Kasia, Dzieci z Bullerbyn, mnóstwo szwedzkich książek, których tytułów dziś nie pamiętam. Chodziło więc nie tyle o wiedzę o Polsce, ile raczej o wiedzę na temat świata, z którego pochodzę i do którego wrócę. Był jeden warunek: miały być konkretne opisy, żadne tam odjazdy. Opis smaku jedzonego przez bohaterkę jabłka pamiętam do dzisiaj. Fascynowało mnie, że można się nawzajem odwiedzać, chodzić bez dorosłych do sklepu, takie zwyczajne życie. Pomiędzy te dziecięce książki wkradli się też Chłopi Reymonta – mój starszy brat podstępem podsunął mi swoją lekturę szkolną, żebym ją przeczytała i mu ją streściła. Pamiętam, że bardzo mnie ta książka bawiła.

Dzieci poznane po powrocie do Polski okazały się faktycznie inne niż te książkowe. Z perspektywy czasu myślę, że nasze wzajemne oczekiwania się rozminęły. Ja chciałam być zwyczajna, one chciały dowiedzieć się czegoś o egzotycznym miejscu, w którym byłam. Nie miałam im nic niezwykłego do opowiedzenia – nie jeździłam na słoniu, nie widziałam krokodyla, nie mówiłam po arabsku, mieszkałam w bloku. Ja nie miałam potrzeby ani skłonności do konfabulacji, nie byłam w stanie sprostać ich zapotrzebowaniu na egzotykę, a dla nich polska codzienność była nudna. Z czasem nauczyłam się nie wspominać o okresie libijskim nowo poznanym osobom. Miałam też duże problemy z odnalezieniem się w tych zwykłych sytuacjach, za którymi wcześniej tak tęskniłam.

 

Nadal często odwołujesz się do literatury, na przykład do Margaret Atwood czy Johna Maxwella Coetzeego. Jaki to ma wpływ na twoje malarstwo?

Literatura jest dla mnie bardzo ważna, z każdym poznanym autorem wchodzę w coś, co przypomina stan zakochania – czytam książki, wywiady, wyszukuję informacje i zdjęcia, słucham wywiadów. To przypomina proces zawierania przyjaźni. Interesuje mnie to, co trudne do uchwycenia. Pewna wspólna z pisarzem baza, która wyciąga mnie z mojej strefy komfortu. Wykorzystuję ten rodzaj więzi do opowiedzenia o doświadczeniach i odczuciach obcych w malarstwie. Tę moją „przeterminowaną egzotykę” zdołałam zaakceptować między innymi dzięki lekturze książek Doris Lessing i Johna Maxwella Coetzeego. I nie jest to jedynie rodzaj terapii – czytam dużo dla czystej przyjemności. Ze swoich lektur wyszarpuję energię do życia i malowania obrazów. Możliwe, że ta energia ginie później między warstwami farby, zamrożona w malowanych gestach, ale jednak jakaś jej cząstka zostaje. Kiedy próbuję zmieścić całą opowieść w jednym kadrze, dystans, o którym wspomniałaś, pozwala mi wyjść z tego z twarzą. Inaczej zalałabym oglądającego morzem uczuć, a potem umarłabym z zażenowania. Gdybym potrafiła pisać, robiłabym to – wolałabym to od malarstwa. Książka to dla mnie najlepsza możliwa forma kontaktu z drugim człowiekiem. Pozwala na bliskość i trwanie w samotności jednocześnie.

 

Dominika Kowynia: Lekcja

 

Wróćmy do Libii. Żyjąc wśród osób starających się o wizę pozwalającą na wyjazd do Polski, od najmłodszych lat stykałaś się ze zjawiskiem migracji…

Mój kontakt z osobami ubiegającymi się o wizę ograniczał się do oglądania paszportowych zdjęć, które pewnego dnia z niewiadomych powodów przyniosła do domu moja mama. Powinna była te zdjęcia zniszczyć w pracy, ale chyba nie potrafiła, i zniszczyła nieaktualne dokumenty, a zdjęcia zapakowała do dużej koperty i następnie przywiozła do Polski. Już jako dorosła osoba zdałam sobie sprawę z dziwnego faktu – z okresu libijskiego mam kilka albumów rodzinnych, w których nie ma ani jednej osoby o ciemniejszym odcieniu skóry, i zarazem posiadam kolekcję paszportowych zdjęć zupełnie obcych mi Libijczyków.

Ten dziwny przypadek okazał się perfekcyjnie odpowiadać temu, co pamiętam z tego czasu. Podczas całego pobytu w Libii byłam izolowana od miejscowej ludności. Zresztą nie tylko ja – nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z naszych polskich znajomych utrzymywał z Libijczykami kontakty inne niż oficjalne. Myślę, że dorosłym takie zachowanie wydawało się niebezpieczne. Przyjmowałam to za pewnik i nigdy tego nie podważałam, choć nie pamiętam poczucia zagrożenia. Poddawałam się tej izolacji, ale Libijczycy nie wywoływali we mnie lęku – budzili raczej zaciekawienie.

 

A jak to wygląda dzisiaj, kiedy już nie musisz poddawać się rygorom wyznaczanym przez innych? Czy dziecięce doświadczenia mają wpływ na przykład na twój stosunek do obecnej sytuacji migracyjnej?

Na pewno mam pobudzoną w dzieciństwie, niezaspokojoną ciekawość innego człowieka, wzmocnioną przez lata izolacji. Dopiero niedawno zaczęłam się nad tym zastanawiać – i tak, dzieciństwo w Libii zdecydowanie wpłynęło na mój stosunek do sytuacji migracyjnej. Biorąc pod uwagę fakt, że przez osiem lat nikt z mojej rodziny nie nauczył się porozumiewać w języku arabskim i nie zaprzyjaźnił się z żadnym Libijczykiem, słabo mi się słucha narzekań na niechęć wobec integracji ludzi przybywających do Europy. Powraca też myśl, że tak jak mogłam mieszkać w Libii, tak też mogłam się tam urodzić i tylko jakieś ślepe zrządzenie losu sprawiło, że to nie ja jestem uchodźczynią – żadna w tym moja zasługa. Duma z bycia osobą białą, przedstawicielką tego czy innego kraju wydaje mi się czymś absurdalnym, kompletnie niezrozumiałym.

 

Dominika Kowynia – urodzona w 1978 roku. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach, dyplom z malarstwa obroniła w 2003 roku. W 2010 uzyskała stopień doktora na macierzystej uczelni. Zajmuje się malarstwem przedstawiającym. Miała kilka wystaw indywidualnych i uczestniczyła w wielu wystawach zbiorowych. Mieszka i pracuje w Katowicach.