Ogród społeczny, osiedle Jazdów, fot. Janka Wężowska

PRACA JAK ODDYCHANIE

O pracy, która nie jest przymusem, kooperatywizmie i ogrodach społecznościowych z Michałem Augustynem z Pracowni Dóbr Wspólnych rozmawia Bogna Świątkowska
 

Jaka jest pozycja pracy w pomysłach na ekonomie społeczne?

W podmiotach ekonomii społecznej nowej fali czy społecznej ekonomii solidarnościowej solidarity economy praca wygląda inaczej dlatego, że zwykle nie ma tam typowych posad ani stanowisk, do których przypisane są pewne stałe obowiązki. Zamiast nich jest podział zadań. Tych zadań jest zazwyczaj znacznie więcej niż osób, które mogą je wykonać. Nie ma wąskich specjalizacji, jedna osoba – z konieczności – może robić bardzo różne rzeczy. To różni klasyczny podział pracy od modelu ekonomii społecznej czy solidarnościowej. Zwykle działa na zasadzie prekariatu, przeważnie nie jest to stałe zatrudnienie, tylko praca związana z konkretnym działaniem, słabo płatna albo wręcz w ogóle nieopłacana, społeczna, wykonywana z myślą o celu, który jest do zrealizowania, a nie o wynagrodzeniu.

Mimo to, a może właśnie dzięki temu, podmioty nowej ekonomii społecznej tworzą znacznie bardziej demokratyczne środowisko pracy. Trudno zresztą wyobrazić sobie inicjatywę wyraźnie ukierunkowaną na cel społeczny, gdzie nagle pojawia się szef działający w sposób autorytarny. Fakt, że są to przestrzenie swobody, wspólnego zarządzania i współdecydowania o tym, w jakim kierunku dana inicjatywa zmierza i jak wykonuje się poszczególne zadania, przyciąga ludzi. Partycypacja i horyzontalna struktura zarządzania są tu kluczowe.

 

Relacje, jakie wytwarzają się w takich strukturach, wymagają większej dojrzałości niż w „tradycyjnych” miejscach pracy opartych na hierarchii. Jak to zrobić, by takie podmioty były w stanie generować stałe zatrudnienie i dochód?

Istnieją modele, w których jednym z celów jest zapewnienie dobrze płatnych miejsc pracy, a także działanie na rynku – ale w sposób etyczny, nie tylko dla maksymalizacji zysku. Kooperatywy, które tak funkcjonują, łączą te dwa cele: działalność wytwórczą z obecnością na rynku, a jednocześnie mają tworzyć miejsca pracy i realizować misję społeczną czy ekologiczną. Jeżeli mamy do czynienia z taką strukturą, która jest demokratycznie zarządzana i umiejscowiona w społeczności albo opiera swoją działalność na lokalnych zasobach, to trudno, żeby zachowywała się jak typowa korporacja, która dokonuje ekstrakcji wartości wytwarzanych przez ludzi i eksploatuje środowisko, a lokalny kontekst jej nie obchodzi, bo może się przenieść w inne miejsce. Nie powinno się oddzielać ekonomii od kwestii społecznych. Przyjrzyjmy się krajom dotkniętym poważnym, systemowym kryzysem: gdy państwo i rynek zawodzą, okazuje się, że nagle trzeba zaspokoić podstawowe potrzeby, i to się staje działaniem społecznym, a nie biznesem, nieważne czy chodzi o zdobywanie i dystrybucję żywności, zapewnianie opieki zdrowotnej czy działanie w polu kultury.

 


Ogród społeczny, osiedle Jazdów, fot. Janka Wężowska

 

W swoim wykładzie w czasie ubiegłorocznego lata kooperacji organizowanego przez kooperatywę „Dobrze” w Nowym Teatrze w Warszawie mówiłeś o pracy, która nie tylko ma sens, ale także nie jest przymusem. Czy jednak w samo pojęcie pracy nie jest wpisany pewien przymus, konieczność, którą odczuwamy lub programujemy?

Są warunki, które pozwalają zaistnieć „swobodnej” pracy, i takie, które to utrudniają: proces socjalizacji, system edukacji niesprzyjający budowaniu wewnętrznej motywacji do działania, wszelkie systemy nagród i kar, których istotą jest oderwanie działania od jego celu. Przykład Grecji doskonale pokazuje, co sprzyja sensownej pracy. Można powiedzieć, że praca w ramach podmiotów ekonomii jest koniecznością, ale nie wiąże się z zewnętrznym przymusem. To trochę jak oddychanie – to konieczność, choć nie czujemy się zmuszeni do tego, by oddychać. Kiedy bezrobocie sięga 50 procent, pieniądze odpływają z rynku – i to właśnie wtedy ludzie organizują się do pracy, o której trudno powiedzieć, że jest przymusem. Nie tworzą przy tym hierarchii, często ważną rolę odgrywa wzajemność lub wręcz bezinteresowność, zwłaszcza gdy chodzi o ratowanie życia. Powstają duże sieci solidarnościowe, na przykład kliniki prowadzone przez lekarzy wolontariuszy, których praca wynika z wewnętrznej motywacji.

 

A nie z poczucia odpowiedzialności, z zobowiązania wynikającego z przysięgi Hipokratesa?

Też. Nie chcą, żeby ludzie, których znają, ich bliscy i sąsiedzi umierali na choroby, które się da łatwo wyleczyć. Konieczność tworzy więc warunki pracy. W Polsce tego typu inicjatywy, jak sieci łączące producentów i konsumentów czy kliniki[1], są w zalążkowym stadium. Zaczną się rozwijać dopiero w obliczu kryzysu, czyli konieczności, która wytworzy warunki zupełnie inne niż te, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, gdy nie będzie można liczyć na wsparcie państwa. Ono jest wprawdzie niskie, ale to wciąż wystarczy, żeby funkcjonował model, w którym jest niewiele przestrzeni dóbr wspólnych pomiędzy państwem a rynkiem. Państwo dostarcza usługi publiczne, rynek generuje miejsca pracy i niby mamy spokój, bo panuje względny dobrobyt… Warto zawczasu wyrwać się z paradygmatu myślenia o tych dwóch metainstytucjach jako dominujących naszą rzeczywistość gospodarczo-społeczną. Ludzie są w stanie zaspokajać swoje potrzeby w inny sposób.

 

Przykład Grecji jest dobry, bo tam rzeczywiście zaistniała ta wyższa konieczność. Jednak przejście do innych form pracy było nie tyle dobrowolnym gestem społecznym, ile ratunkiem w momencie załamania. Wdrażanie nowych sposobów funkcjonowania społeczeństwa jest potwornie trudne. Wiesz o tym lepiej niż ja.

No tak.

 

Od wielu osób praktykujących modele społeczne słyszę, że szukają „normalnej”, płatnej pracy, może być w korpo, trudno. Po prostu potrzebują pieniędzy, żeby wynająć mieszkanie, mieć co jeść i żeby móc nadal uczestniczyć w ważnym dla nich eksperymencie społecznym. Szukasz pracy?

Rzeczywiście trzeba godzić ze sobą różne potrzeby, dynamiki i konieczności, które są zewnętrzne i na które nie mamy wpływu. Staram się być optymistą. Nastawiam się na długi marsz, choć trudno cokolwiek przewidzieć, bo zmiany następują błyskawicznie. Nie łudzę się, że – biorąc pod uwagę warunki, w jakich funkcjonujemy – zdołamy stworzyć masterplan, który pozwoli nam szybko upowszechnić bardziej sprawiedliwe modele ekonomiczno-społeczne, praktyki współżycia i organizacji. Myślę, że to się będzie działo powoli i będzie zasilane z jednej strony koniecznością, a z drugiej postępem technologicznym, który uwalnia masy ludzi od powtarzalnej, rutynowej pracy. Zarazem jestem jednak pesymistą co do perspektyw działania tego systemu w najbliższych latach. Sytuacja polityczna i gospodarcza staje się coraz bardziej niestabilna. Ten silnik się zacina i trudno oczekiwać trwania status quo bez poważniejszych zaburzeń.

Nie wspomniałem jeszcze o nieuniknionych długoterminowych zagrożeniach ekologicznych. Może się wydawać, że nasz ogród na Jazdowie to taka zabawa dla osób, które mogą sobie pozwolić na luksus zaangażowania w niedochodowe działanie, bo nie spłacają kredytu albo nie mają rodziny na utrzymaniu. Myślę jednak, że to nasze eksperymentalne podejście i działanie bez dalekosiężnego planu jest podwójnie uzasadnione: trudno się planuje, kiedy cywilizacja balansuje na krawędzi urwiska, kreślenia wieloletnich wizji nie ułatwia również lokalny kontekst. Osiedle Jazdów jest wprawdzie niezwykle trwałą, ale jednak prowizorką; od wielu dziesięcioleci funkcjonuje jako miejsce o nieuregulowanym statusie, nie został uchwalony nawet plan miejscowy, a dzielnica podpisuje z nami umowy na 12 miesięcy. Przyzwyczaiłem się, że nie ma sensu planować dalej niż na rok. Jeden ogród nie zmieni miasta, ale nadal tworzy coś wartościowego, co powoli przesącza się do świadomości ludzi, którzy nas odwiedzają albo mijają, przechodząc obok. Widzą dość niezwykłą przestrzeń, inną od tego, do czego są przyzwyczajeni. Zaczynają się zastanawiać: czemu to służy, o co w tym chodzi, czym my się zajmujemy, kto się tym opiekuje?

 

Zobaczą wasze pomidory i pomyślą – tak jak ja – że chcieliby zjeść jednego prosto z krzaka…

I to jest możliwe. Każdy może do nas dołączyć i uzyskać prawo do udziału w plonach.

 

Ogród to inicjatywa, którą rozumie każdy, nawet jeśli logika, na jakiej jest oparty, może się wydawać egzotyczna. Co skłania cię do tego, żeby robić rzeczy, które robią wszyscy dookoła, ale inaczej?

Ogrodnictwo miejskie jest ważne, bo dotyczy zaspokajania jednej z podstawowych potrzeb życiowych – jedzenia. Ale istotne są także inne wymiary: to, w jaki sposób spędzamy czas, czym jest praca, co tworzy wartość i jak ją definiujemy we współczesnym świecie. Wielu spośród ludzi, których poznałem na Jazdowie, ma poczucie winy, bo całe życie robili rzeczy, które uważają za mało istotne albo wręcz za stratę czasu. No, ale właśnie tak wygląda rynek pracy i rozumiem, że ktoś musi wykonywać daną pracę, bo to dla niego źródło utrzymania. Tymczasem w ogrodzie można fizycznie poczuć sens wspólnego wysiłku, zjadając marchewkę. W ogóle element dóbr wspólnych jest tu bardzo silny. W systemie, który stworzyliśmy jako cywilizacja, jest to rzadkość, podczas gdy w przyrodzie występuje dość często – las, morze, łąka i właściwie każdy naturalny system bazuje na harmonijnej współzależności, równowadze między interesem danego gatunku a dobrostanem całości. Nasz ogród jest ekologiczny w tym sensie, że staramy się tworzyć system samoregulujący, a więc zbliżony do układów występujących w naturze.

Z tym wiąże się aspekt edukacyjny, którego istotą jest inne rozumienie relacji między człowiekiem a naturą – jesteśmy nie tyle panami stworzenia wszelkiego, jak uczy Biblia, ile częścią sieci. Cieszę się, że ten dyskurs, zupełnie odświeżający w kontekście katolicyzmu, jest obecny w nauczaniu obecnego papieża. Ogrody społecznościowe pozwalają doświadczać siebie, ludzi i świata w nowy sposób. Wybraliśmy ogrodnictwo miejskie dlatego, że skupia wiele ważnych dla nas aspektów, ale prawda jest taka, że po prostu nadarzyła się okazja.

 


Solatorium, osiedle Jazdów, fot. Michał Augustyn

 

Miejsce na Osiedlu Jazdów, tak? To przestrzeń w środku Warszawy, osiedle postawionych tu tuż po wojnie domków fińskich, która otworzyła się na działania społeczne po tym jak się okazało, że dzielnica Śródmieście chce je zlikwidować i udostępnić pod inwestycje budowlane. Pod presją protestów wycofano się z tego pomysłu i powstała stosunkowo autonomiczna przestrzeń eksperymentów.

Osiedle Jazdów doskonale nadaje się na tego typu inicjatywy. Mieliśmy możliwość dzierżawy, więc skorzystaliśmy z okazji i stopniowo dodajemy do ogrodu nowe elementy, które mogą nam zapewnić utrzymanie i środki na dalszy rozwój. Mamy też domek fiński, który będzie naszym zapleczem i miejscem edukacji.

 

Jazdów jest świetnym polem do tego, by realizować działania, których istnienie w samym środku miasta jest ważne jako symbol możliwości innego trybu życia. Działają tu przestrzenie, które są autentyczne i funkcjonują dzięki pewnej umowie społecznej oraz dzięki pracy, w którą się wierzy. I znów wracamy do wątku pracy. To, że robisz coś, czego istotność rozumiesz i czemu jesteś w stanie się poświęcić, daje dodatkową siłę – bo przecież ogród może być uprawiany także przez robotników z Ukrainy, którym się zabiera paszporty i płaci 50 groszy za godzinę.

Oczywiście, że może. To właśnie sposób, w jaki ten ogródek jest uprawiany, jest najważniejszy, a nie stopa zwrotu z inwestycji. Naszymi warzywami nie jesteśmy w stanie wyżywić zbyt wielu mieszkańców Warszawy, ale to, że nie poddajemy się reżimowi efektywności, też jest cenne. Wiadomo, że potrzebujemy sprawnego systemu produkcji i dystrybucji żywności, i że potrzebujemy przemysłu, chociaż może nie tak rozbuchanego jak obecnie. Problem z modernistycznym modelem rozwoju polega na tym, że produkcja i efektywność mają prymat nad potrzebami ludzi zaangażowanych w proces produkcji. Tak nie powinno być – jeżeli cokolwiek jest produkowane czyimś kosztem, to należy z tego zrezygnować.

 

Powiedz to tym, którzy z konieczności kupują to, co najtańsze.

Wiem, i nie chcę nikogo obwiniać. Nie można zrzucać na konsumentów całej odpowiedzialności za niedolę wyzyskiwanych pracowników. Chodzi raczej o promowanie etycznej produkcji. Dziś, wchodząc do sklepu z odzieżą, jesteśmy postawieni przed wyborem: Bangladesz czy Kambodża, i wiemy, że w obu tych krajach łamane są wszelkie normy i prawa człowieka. Rozumiem też, że nie każdy chce się ubierać w lumpeksie.

 

Lumpeks nie daje ucieczki, jest po prostu rynkiem wtórnym. Zostają nam tylko krosna.

Zaczynają już powstawać pierwsze kooperatywy odzieżowe, które łączą lokalność, ekologię i sprawiedliwe płace.

 

Ale wiesz co, nie chcę nas prowadzić w stronę piętrzących się sprzeczności, bo jest ich naprawdę dużo. Spróbujmy może wydobyć moment, w którym niszowa praktyka może stać się powszechna.

Przełomowy jest moment, w którym takie inicjatywy zapewniają źródło utrzymania, nawet na niskim poziomie. Wiele osób odkrywa wtedy, że ten inny świat zapewnia im oparcie i możliwość samorealizacji. I nie chodzi tu nawet o myślenie, że jesteśmy w inkubatorze transformacji społecznej i budujemy świetlaną przyszłość. Chodzi o tu i teraz, chodzi o tę praktykę, która może zapewnić samorealizację w znacznie większym stopniu niż korporacyjny wyścig szczurów. Ludzie mają zresztą różną wrażliwość, różnie reagują na bodźce społeczne i finansowe. Są tacy, którzy świetnie się czują w korporacji, wspinając się po szczeblach kariery i zdobywając kolejne nagrody, ale wiele osób potwornie się męczy, a są tam tylko dlatego, że nie widzą alternatywy. Musimy więc tworzyć takie alternatywy. Cieszę się, że coraz silniejszy staje się ruch anarchizmu pozytywnego, twórczego, a nie tylko oporującego. Na przykład w Warszawie kolektyw Syrena uruchomił Cafe Kryzys – tworzy w ten sposób miejsca pracy, zapewnia tanie jedzenie i otwiera się na ulicę. To świetna robota.

 

Jest jeszcze kwestia skali. Jak przejść do obszarów, nie punktów na mapie miasta?

O czym mówimy, kiedy mówimy o skali? W przypadku inicjatyw zarządzanych horyzontalnie dopóty, dopóki nie znajdziemy naprawdę dobrego sposobu na poziome, demokratyczne zarządzanie bez pośrednictwa, istnieje pewien limit rozwoju. Jednym z takich modeli są rozproszone organizacje autonomiczne decentralized autonomous organization – można na przykład używać kryptowalut do tego, by wynagradzać zaangażowanie możliwością wywierania większego wpływu na decyzje podejmowane w ramach bardzo rozległej sieci. Do upowszechnienia takich rozwiązań została jeszcze długa droga, choć technicznie jest to już możliwe.

Większy potencjał widzę w pączkowaniu, otwieraniu się na nowe sfery. Na przykład w Grecji grupy, które do tej pory zajmowały się na przykład dystrybucją żywności dla osób bezdomnych, zaczynają zaspokajać inne potrzeby – powstają wielobranżowe inicjatywy o szerokim zakresie działania. Wolałbym unikać gigantomanii – nie mówmy o start-upach, których cel jest taki, żeby szybko się rozrosnąć i zamienić w globalną korporację jak na przykład Uber. Mają kapitał z funduszy wysokiego ryzyka oraz jasno sformułowane cele, i ta ekspansja jest niezwykle dynamiczna. Można wpaść w kompleksy, bo my uprawiamy ten nasz ogródek od dwóch lat i wszystko dzieje się bardzo powoli.

 

Mówiłeś o pączkowaniu i o tym, że ma ono inny charakter.

Tak. Na przykład w Warszawie liczba ogrodów społecznościowych co roku wzrasta. Dziś jest ich co najmniej 12, a wiem że wkrótce powstaną kolejne. Powrócę do przykładu Grecji, bo tam inicjatyw, które można łączyć z gospodarką solidarności, w 2012 roku było około 200, a teraz jest około 400. Co ciekawe, ich liczba przestała rosnąć – zaczęły się rozwijać, dywersyfikując swoją działalność. Wyobraźmy sobie, że jest kooperatywa spożywcza, która najpierw zaczyna akceptować na przykład czas wolontariuszy jako walutę, potem można tam naprawić rower, a potem otwiera jadłodajnię – w ten sposób powstaje hub dostarczający różne usługi społeczne. Może tam także powstać klinika – to wszystko może się ze sobą łączyć: specjalizacja, sieciowanie i wzajemne wsparcie. Integracja różnych inicjatyw nie musi zachodzić na poziomie jednej organizacji mającej szeroki wachlarz usług – to może być również sieć organizacji, które tworzą ekosystem w jakiś sposób alternatywny wobec systemu usług publicznych. To ciekawy wątek, warto na to zwrócić uwagę, zwłaszcza w dyskusji ze zwolennikami państwa dobrobytu czy państwa opiekuńczego w stylu lat 60., które zapewniało wszystkie usługi publiczne, wysoką płacę itd. Lewica, nawet ta radykalna, przejawia silną – i skądinąd zrozumiałą – nostalgię za tymi czasami.

 

Słynny konserwatyzm lewicy…

To taka chęć powrotu do starych dobrych czasów, które znamy głównie z opowieści – bo przecież PRL trudno byłoby do tego porównać. Niestety działacze nowej lewicy często postrzegają inicjatywy takie jak alternatywna waluta czy ogród społecznościowy jako narzędzia neoliberalizmu, wspomagające stopniowy demontaż państwa poprzez dostarczanie pseudoalternatyw, które tak naprawdę są tylko liskiem figowym, a czasem po prostu opierają się na wyzysku. Na przykład wtedy, gdy okazuje się, że organizacja pozarządowa może dostarczyć jakieś usługi dwa razy taniej, zatrudniając na umowy śmieciowe czy korzystając z pracy wolontariuszy. To ważne, żebyśmy tworząc te alternatywy, w jakimś stopniu rzeczywiście nakładające się na funkcje, które zwyczajowo były w rękach państwa, kładli nacisk na to, by były przede wszystkim sztuką nowego rodzaju samoorganizacji i szkołą partycypacji dla ich uczestników. Tylko tak można stworzyć realną alternatywę dla systemu, w którym autorytarne zarządzanie, koncentracja majątku i skrajnie niesprawiedliwy, nierówny podział wyprodukowanych bogactw jest normą.

 

Czy twoim zdaniem da się ocenić pożyteczność tego rodzaju inicjatyw?

Mierzenie pożyteczności jest trudne, ale na pewno można je jakoś zoperacjonalizować. Jeżeli mówimy o inicjatywach solidarnościowych, horyzontalnych, które jednocześnie mają wymiar ekonomiczny, to jest kilka ważnych wyznaczników. Przede wszystkim demokratyczny proces podejmowania decyzji i pozioma, sieciowa struktura (co nie musi oznaczać braku specjalizacji). Struktury zarządzające – nieważne: firmą czy organizacją, na poziomie miasta czy na poziomie państwa – powinny być spłaszczane. Dowodzi tego wiele przykładów z dziedziny wolnego oprogramowania. To jest model, który może być niesłychanie efektywny, daje ludziom możliwość ekspresji i samorealizacji, a jednocześnie skutecznie równoważy różne głosy. Trwałe osiągnięcie takiego modelu jest bardzo trudne, może nawet nieosiągalne, ale powinien on wyznaczać pewien horyzont. Po prostu trzeba tam zmierzać, no i zwalczać tendencje autorytarne, które pojawiają się w niemal każdej organizacji.

Druga sprawa to transparentność. Organizacja godna zaufania to taka, która nie ma nic do ukrycia nie tylko przed swoimi członkami, ale też przed otoczeniem. To jest rzeczywiście szalenie wyzwalające, kiedy okazuje się, że nie ma tajemnic. A nie ma ich dlatego, że umówiliśmy się, że działamy według pewnych zasad, i jeżeli je łamiemy, to poddajemy się ocenie.

Trzecia kwestia to inkluzywność, czyli otwartość na nowe osoby – próg wejścia powinien być ustawiony tak nisko, jak się da. Jeżeli mamy składkę, to warto pomyśleć o jakiejś innej formie, która pozwalałaby ludziom bez pieniędzy wejść do organizacji i ją współtworzyć – można na przykład stworzyć system wolontariatu. W przypadku przedsiębiorstw ważna jest wysokość płac i metody podziału nadwyżki, co oczywiście wiąże się z podejmowaniem decyzji. Jeżeli jest duży poziom demokracji, to płace będą raczej równe, chyba że kolektyw tworzący organizację z jakichś powodów zdecyduje, że płace warto zróżnicować.

Przykładem takiego przedsiębiorstwa nowego typu jest Curto Cafe, kawiarnia działająca w Rio de Janeiro. Przyjęli bardzo nowatorski model działania – każdy płaci tyle, ile chce, a na wielkiej tablicy wypisane są sugerowane ceny obliczone na podstawie kalkulacji kosztów, które ponosi kawiarnia. Działa tam system żetonów – na przykład jeśli pijesz cappuccino, to wrzucasz żeton cappuccino, żeby ludzie, którzy prowadzą lokal, wiedzieli, co się sprzedaje w jakiej ilości i mogli odpowiednio robić zapasy. Właściciel kawiarni, czy koordynator – nie wiem, jak go nazwać – zadbał też o przeszkolenie dostawcy ziaren. Zaczęło się od tego, że w Rio nie można było kupić jasno palonej kawy. Udało się jednak znaleźć rolnika, który sprzedawał swoje ziarna przed obróbką, i namówić go, żeby zainwestował w małą palarnię – i on zaczął lekko, zupełnie inaczej, unikalnie palić te ziarna. Powstały mieszanki kaw stworzone specjalnie dla Curto Cafe i, co więcej, wszystkie ich przepisy są jawne i każdy może sobie zrobić dokładnie taką kawę dla siebie. To świetny przykład peer production, czyli zdemokratyzowanej działalności wytwórczej. Otwierają teraz kolejny punkt, zbierają pieniądze na crowdfundingu – a mają mnóstwo fanów. Zresztą trudno się dziwić, bo to wyjątkowe miejsce. Jeśli chodzi o płace, to nie są równe, tylko uzależnione od potrzeb i wydatków danego pracownika. Jeśli ktoś płaci komercyjny czynsz albo ma rodzinę, to dostaje więcej, ale w efekcie potrzeby wszystkich pracowników zaspokajane są na tym samym poziomie.

 

To wymaga ogromnej kultury i wzajemnego zaufania.

Podczas gdy ludzie na świecie tworzą takie inicjatywy, my wciąż pozostajemy więźniami modeli, które nas otaczają, a przecież wyobraźnia nie zna granic. Możemy tworzyć przedsiębiorstwa, które formalnie są zarejestrowane jako firmy, ale działają według swoich zasad, albo kooperatywy, które poza tym, że są kooperatywami według prawa, to jeszcze przyjmują dodatkowe zasady, na przykład dotyczące równości płac, albo ustalają, że wszyscy pracujący muszą być członkami kooperatywy – bo to wcale nie jest oczywiste. Można tworzyć wewnętrzne regulacje i upowszechniać nowe modele. Nie trzeba wymyślać wszystkiego od nowa – można skopiować, ulepszyć albo dostosować istniejące rozwiązania do lokalnego kontekstu. Podstawowym problemem jest na ogół brak kapitału początkowego i to rzeczywiście przeszkoda, którą niekiedy trudno przeskoczyć.

Przykład Curto Cafe pokazuje, że przy odrobinie wysiłku i obrotności właściwie każdy może mieć kawiarnię. Na podobnej zasadzie działało Solatorium, które stworzyłem w domku na Jazdowie – ogród zimowy, gdzie można było skorzystać z lamp przeciwdepresyjnych, zażyć świeżego powietrza, ale też napić się kawy. Moment zaskoczenia i niepewności, jaki obserwowałem u wielu osób odwiedzających to miejsce, jest bezcenny. Pojawia się silna potrzeba zaklasyfikowania innej przestrzeni: „Gdzie ja jestem? Co to za miejsce?”. A ponieważ Solatorium nie pasuje do żadnej znanej kategorii, powoli wykluwa się nowa odpowiedź: jesteś w niekomercyjnej przestrzeni rekreacji, w której możesz zachowywać się swobodnie, a reguły użytkowania są na bieżąco negocjowane z innymi osobami.

Nie musimy od razu myśleć o zbawianiu świata. Możemy po prostu zauważyć, że nie ma w okolicy dobrej kawy w przystępnej cenie, albo że w Śródmieściu trudno kupić świeże warzywa, jak zauważyła kooperatywa „Dobrze”. Można zacząć zaspokajać różne potrzeby, jednocześnie tworząc warunki, w których ludzie wyzwalają się ze schematów konstruowanych i reprodukowanych przez zastane instytucje i rozkwitają w zupełnie nowym środowisku, które sami współtworzą.

 

 

BIO

Michał Augustyn – społecznik, animator, pomysłodawca i współtwórca wielu inicjatyw społecznych, między innymi serwisu Wymiennik.org, ogrodów społecznościowych, Szkoły Ogrodników Miejskich i Solatorium na osiedlu Jazdów w Warszawie. Członek zarządu Pracowni Dóbr Wspólnych.

 

[1]   W Warszawie działa np. przychodnia dla bezdomnych „Lekarze Nadziei”, www.lekarzenadziei.waw.pl.