Marek Rachwalik: Metalowy muzyk sesyjny ze wsi, 2018

Postawa mocnego w gębie wiejskiego cwaniaczka

O mrocznych metalowych historiach ukrytych za pozornie śmieszkowatymi paszczakami z Markiem Rachwalikiem rozmawia Aleksandra Litorowicz

Poznaliśmy się podczas Bielskiej Jesieni, gdzie zdobyłeś wyróżnienie regulaminowe magazynu „Szum”. Jury doceniło twoją „pomysłowość i pracowitość w próbach przekładania medium komputerowego na malarstwo”. Co tu jest z komputera?

Infernal Hails! Właśnie mało jest z komputera! Pan Jerzy Kosałka, autor uzasadnienia werdyktu, przeprosił mnie później za to stwierdzenie w czasie oprowadzania po wystawie, kiedy mu objaśniłem, że raczej w ogóle nie wykorzystuję komputera przy tworzeniu. Używam go jedynie, kiedy inspiruję się jakimś zdjęciem, własnym albo znalezionym w internecie. Wyjaśnił też, że w tym określeniu chodziło mu raczej o graficzność i precyzję tych prac, do czego też dążę. Staram się uzyskać maksimum przestrzeni i trójwymiarowości, wydaje mi się, że wtedy malarstwo jest malarstwem, a nie bohomazem zrobionym w pięć minut na kolanie, jakby pędzel ważył tyle, co osiem cegiełek. Nie twierdzę, że to złe, fala polskich malarzy opisana w książce Jakuba Banasiaka Znudzeni rzeczywistością była fajna, ale ileż można oglądać siódmą wodę po nich w postaci „śmiesznych” mord malowanych w delirce?

Moje obrazki powstają ze wstępnych szkiców ołówkiem, nie projektuję ich wcześniej w komputerze, bo moja znajomość programów graficznych jest dość marna. Nie jest też tak, że wkładam berecik i szaliczek, nawet jak w pracowni mam 40 stopni, i z okrzykiem: „Co ma być, to będzie!” siadam do sztalug. Każdy obraz mam już wcześniej zaplanowany w głowie do najdrobniejszych szczegółów. Owszem, niekiedy następują jakieś zmiany, ale nigdy nie są diametralne. Proces powstawania obrazu jest więc raczej żmudny, bardziej cieszę się końcowym etapem malowania.

Stworzyłeś dość skomplikowaną mitologię własnej twórczości i przeróżnych dziwności zasiedlających twoje światy. Opowiedz o niej.

Ta mitologia nie jest aż tak skomplikowana. Primo: kolorystyka i motywiki mojego malarstwa zawsze będą orbitowały wokoło nudno już brzmiącego surrealizmu psychodelii, będą zamocowane w ramach obrazu na jakichś dziwacznych, irracjonalnych zasadach świata organicznego, których sam nie potrafię do końca wyjaśnić i nawet nie chcę. Secundo: od pewnego czasu uruchomiłem dwa źródła inspiracji, mianowicie muzykę metalową, której jestem fanem od najmłodszych lat, oraz wiejski folklor, który również w jakiś sposób jest mi bliski. Możliwe, że muzyka metalowa, wraz z całą swoją obciachowością, ma złą sławę w środowisku artystycznym, gdzie wszyscy słuchają jazzu, synth popu czy w ekstremalnym przypadku dark ambientu lub Green Daya. Pomyślałem, że może dobrze będzie wjechać w ten cuchnący stęchlizną światek z gumiaka, niczym pierwszy album Deus Mortem w grupkę wychudzonych fanów Korpiklaani lub Nightwish.

Zapowiedź obrazu Pierwszy prywatny nightliner polskiej kapelki deathowej na trasce po Stanach, 2017. Fot. Marcel Bogucki

Skąd bierzesz pomysły na te wszystkie postacie, motywy, bohaterów?

Wydaje mi się, że to działa na podświadomej zasadzie kontrastu. Zabrzmię może jak mądrala, ale metal, tak samo jak życie, to nie rurki z kremem. Obrazy są jakby czystym odreagowaniem ogromu tych negatywnych bodźców. Za pozornie śmieszkowatymi paszczakami kryją się mroczne metalowe historie. Dużo jest w tym też słodkości i kiczu. W cyklu metalowym założyłem sobie, że obrazy, które namaluję, będą luźną wizualizacją poszczególnych gatunków tej muzyki, zawierającą wszystkie charakterystyczne dla nich elementy: logotypy, maskotki, muzyków, typowych fanów, ekipę techniczną, prototypowe wzmacniacze gitarowe robione na zamówienie muzyków ze wsi czy black- i deathmetalowe machiny do mielenia głupiego ludzkiego tałatajstwa.

To wizerunek odbity w krzywym zwierciadle – bo jakże leciutko się nie naśmiewać z metalu – lecz mimo wszystko stanowi wyraz mojej fascynacji i jest sentymentalnym rozrachunkiem. Obrazy podaję w kwasowym sosie, ale z nutką narracji, której wcześniej unikałem. Są uszczypliwe, zahaczają o symbole powszechnie kojarzone z metalem: pentagramy, odwrócone krzyże, a także o elementy pochodzące ze świata prowincji, rzeźby z opon i ozdoby ogrodowe. Te rzeźby z jednej strony ukazują dążenie człowieka do otaczania się czymś własnoręcznie przetworzonym, są próbą odnalezienia piękna w przedmiotach codziennego użytku i radosną ingerencją w najbliższe środowisko. Z drugiej strony jest to obraz gustu zniekształconego przez pryzmat biedy. Dlatego część obrazów fotografuję w otoczce nawiązującej do wizerunku muzyków metalowych, wykorzystując również kontekst mojego wiejskiego pochodzenia.

Właśnie, często o nim mówisz. Pochodzisz z Kłomnic, wsi w województwie śląskim.

Po prostu nie ucieknę od swoich korzeni, które latami oswajałem pośród miastowych, będąc klasowym błaznem, specjalnie gadającym gwarą w nieadekwatnych do tego sytuacjach. Postawa mocnego w gębie wiejskiego cwaniaczka (szczególnie w korespondencji internetowej) wytwarzała ochronny balon, za pomocą którego odpierałem każdy atak toporkiem wroga. Kiedy wkraczałem w świat artystów, czułem się jak szczur wśród bohemy rozprawiającej o markowych winach, gdzie każdy popisuje się znajomością Słownika wyrazów obcych Kopalińskiego i używa go do pseudointelektualnego pitolenia o Szopenie, portretach wspomnień i fotografiach kobit w ciąży owiniętych firanami, o tytułach: „modlitwa coś tam…”. Z większości ich działań nie jestem w stanie wyłuskać ani jednego riffu, do którego dałoby się pomachać dyniaczkiem. Sztuka chce być wzniosła i elitarna, lecz często ociera się o błazenadę. W pewnym momencie stwierdziłem, że moja wsiowość może spuści troszkę powietrza z tego natchnionego mikrokosmosu. Sama moja wieś jest raczej nudna, i może właśnie dzięki tej nudzie zawsze skupiałem się na swoim świecie wewnętrznym, bo nie rozpraszały mnie różnego rodzaju atrakcje typowe dla wielkich aglomeracji. Mam tu również kilku przyjaciół z podstawówki oraz liceum, z którymi łączy mnie muzyka i sport, te relacje przetrwały do dziś. Rzeka i Jura Krakowsko-Częstochowska mogłyby być bliżej, ale są w zasięgu przejażdżki rowerowej. Jest również las, do którego często zapuszczam się, by słuchać blackmetalowych wyziewów.

Tytuły twoich prac są bardzo opisowe i dość abstrakcyjne, na przykład: Prototypowy wzmacniacz gitarowy robiony na zamówienie muzyków ze wsi; Muzyk sesyjny side projektu deathowego, należącego do gości z kapelek grindowych; Cyberkrab kontra bioroślina plus albo Stół do ping ponga, który sadzi warzywa. Czy język jest dla ciebie ważny?

Tak, bez tych krótkich opisów obrazy nie byłyby do końca czytelne, bo paradoksalnie ten metal nie pojawia się w moim malarstwie dosłownie, jest wszyty w obraz jak psikus charakterystyczny na przykład dla prozy Wiktora Pielewina. Abstrakcyjny absurd, będący sposobem na rozładowanie powagi egzystencji oraz mądralińskiego, pozbawionego humoru bełkotu w sztuce, miesza się z satanistyczną wzniosłością, a wiejski folklor z industrialem. To drobny dodatek, jednak bardzo istotny. Jak mawia Bolesław Chromry, tylko żarty pozwolą nam przetrwać.

A skąd fascynacja metalem? Czy na twoją twórczość mocniej wpływa ta muzyka czy raczej estetyka?

Myślę, że nierozłącznie jedno i drugie. Metal to droga życia. Kiedy jako nastolatek zorientowałem się, że świat to bagno, ludzie kurwy, a miłość spotyka się tylko w snach, on przybiegł na ratunek. To było chwilę po tym, jak przez pół roku byłem ministrantem, ale tylko dla możliwości wyjeżdżania na zawody w tenisa stołowego. Początkowo odkrywałem metal w pismach pożyczanych od kolegi z klasy, na przegrywanych kasetach i przerysowywanych okładkach. Obcowanie z groźnymi minami, wyszczerzonym uzębieniem, rozkładającymi się ciałami, pajęczynami, kryptami, ciężkim obuwiem czy gwoździami było jedynym sposobem na odreagowanie braku perspektyw i oswojenie samotności. Metal w pewien sposób ocalił mi życie, a przynajmniej pomagał mentalnie walczyć z biedną, prowincjonalną rzeczywistością doby transformacji i początków XXI wieku. W szkole podstawowej zajęcia ze sztuki prowadził nauczyciel muzyki znający tylko Moniuszkę, lektury były tak nudne, że nie dało się ich czytać nawet pod groźbą pobicia, a większość pedagogów wpajała, że nie jesteś wart funta kłaków, bo nie potrafisz rozwiązać długiego na dziesięć kilometrów zadania z chemii czy matematyki.

Ze swoim zamiłowaniem do turpizmu i brutalnymi okładkami Cannibal Corpse metal dawał schronienie, poczucie bezpieczeństwa i akceptacji ze strony innych słuchaczy. W pewnym momencie ogromna potrzeba buntu przeważyła szalę, a mój własny świat wypełniłem blastami i dzikimi solosami. Ta muzyka posiadała też moc skupiania wokół siebie odrzutków i odmieńców. Do dziś mam tak, że jeśli ktoś, niezależnie od płci, nie zna na pamięć tekstów z albumu 666 Kata i Genocide Yatteringa i nie potrafi zagrać w powietrzu na wyimaginowanej gitarce wszystkich riffów Infernal War czy Inquisition, to z pewnością nie dogadamy się na żadnej płaszczyźnie życia. Jak w powieści Eden Lema i nieudanych próbach nawiązania kontaktu z obcymi. Nie ma też jakichkolwiek szans na to, abym kiedykolwiek uzyskał pełne porozumienie z miastowym.

Marek Rachwalik: Prototypowy wzmacniacz gitarowy robiony na zamówienie muzyków ze wsi, 2018

W sieci można zobaczyć dość dziwaczne prezentacje twoich obrazów. Pozujesz wśród opon zamienionych w ptaki albo leżąc w obierkach, czy w kominiarce, z wyrzeźbionym nagim torsem. O co w tym chodzi?

To wszystko odnosi się do estetyki, w jakiej prezentują się muzycy, w metalu imidż jest bardzo ważny i musi budzić grozę. Moje działania eksponuję na wspomnianej wcześniej zasadzie pastiszowego kontrastu. Poza tym artyści są zbyt przewrażliwieni na punkcie swojego wizerunku, przeciw któremu moje fotki są manifestem. Ja w garniturku i rurkach? Może za jakiś tam czas w grobie. Wolę sportowy, dresiarski styl. Metal traktuję bardzo poważnie, ale też trochę się z niego nabijam. Proszę popatrzeć na zdjęcia przedstawiające muzyków tych najbrutalniejszych gatunków. Napompowane klaty, ręce ułożone tak, aby optycznie powiększyć bicki przygniecione do torsów, brody zadarte dumnie ku niebu, twarze trupio wymalowane, a brwi ściągnięte w wyrazie ostatecznej wściekłości. Ciężki oręż do walki ze wszystkimi religiami, ledwo uniesiony w powietrzu, tylko po to, aby przypozować do fotki.

Tu nie ma miejsca dla słabych, dla wrażliwców z alergiami, którzy podstawówkę przejechali na zwolnieniach z wuefu, a w dorosłym życiu wszędzie dojeżdżają taksówkami. Na koncercie metalowiec nabimbala łbem o scenę tak, żeby mu krwawił, i nie płacze. W młynie walczy tak, jakby chodziło o prawo do aborcji, albo nie ma tam czego szukać. Ta muzyka to wojna, sprzeciw wobec wszystkiego, co ludzkie i święte. Siekierka, brony i pochodnia do podpalania strzech wrogów, a potem delektowanie się lamentem ich kobiet jeszcze długo po zachodzie słońca. Taki właśnie jest metal. Mielcie baniami dla kozła, jakby miało nie być jutra, i do zobaczenia w piekle!

Fot. Ewa Maj

Marek Rachwalik – ur. 1986 w Częstochowie, pochodzi ze wsi Kłomnice w województwie śląskim. Zajmuje się malarstwem, rysunkiem i uprawianiem metalowej autofotografii. Absolwent Wydziału Malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, w latach 2013–2017 stażysta, a następnie asystent w pracowni rysunku dr Weroniki Siupki. Uczestnik wystaw indywidualnych i zbiorowych, laureat nagród i wyróżnień, między innymi wyróżnienia regulaminowego i wyróżnienia redakcji magazynu „Szum” podczas 43. Biennale Malarstwa Bielska Jesień (2017). Poza malarstwem interesuje go sport, chodzenie po lesie i polski black metal. W 2000 roku zajął 3. miejsce w międzyparafialnym turnieju ping-ponga w Żarkach.