Piotr Płucienniczak: PostPolska. Źródło: www.facebook.com/zuswave

ANKIETA: POLSKA Z PLANETY ZIEMIA

Kolejne obszary życia społecznego zyskują ostatnio miano „narodowych”, choć jeszcze niedawno były „europejskie” albo nawet „światowe”. Jak odnieść się do takiego procesu?

Najprostszym rozwiązaniem może być „negacja pasywna” – emigracja wewnętrzna polegająca na wytrwałym ćwiczeniu się w niedowidzeniu i niedosłyszeniu. Jednak na dłuższą metę strategia ta może okazać się mało skuteczna, jak zauważył bowiem podczas jednej z konferencji prasowych Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremier Piotr Gliński: „Z polityki wywikłać się nie uda”. Dlatego niektórzy od razu wybierają postawę „negacji aktywnej” i starają się formułować alternatywny wobec dominującego sposób mówienia o sprawach publicznych. W wersji najmniej wyrafinowanej chodzi po prostu o zamianę jednych słów na inne, na przykład epitet „polski” zastępuje się słowem „europejski”, cały czas operując na bazie dawno ustanowionych podziałów. To zaś sprawia, że często takie działanie przekonuje już przekonanych.

Istnieje jednak jeszcze trzecia droga, ryzykowna, może wcale nieskuteczna – to strategia roboczo nazwana przez nas „afirmacją przechwytującą”. Choć akceptuje ona nadreprezentację w debacie publicznej przymiotników takich jak narodowy/a, patriotyczny/a czy polski/a, to stara się wykorzystać ich znaczenia na własny użytek. Ciekawi nas, czy taka strategia ma rację bytu. Na czym mogłoby polegać to przechwycenie? Jakie inne sposoby użycia tych przymiotników byłyby możliwe? Czy czeka nas fala nowej sztuki narodowej?

 

Piotr Płucienniczak, doktor socjologii, artysta (hub wydawniczy Rozdzielczość Chleba, ZUSwave):

Afirmacja Polski jest strategią jak najbardziej zasadną i zabawną. Nie widzę powodu, dla których pełni wigoru chłopcy i dziewczyny mieliby oddawać polską przestrzeń symboliczną w panowanie ludzi smutnych i złych. Mamy pod ręką worek gratów, które nazywa się elementami tożsamości narodowej, z którego za darmo można pobierać klocki. Dlaczego tego nie robić?

Przez naród w „sztuce narodowej” powinniśmy rozumieć to, czym on jest, czyli wyobrażoną wspólnotę. Nie ma tu żadnej rasy, dumy, krwi, honoru i tak dalej. Ludzie wyobrazili sobie, że mają ze sobą coś wspólnego. A skoro jesteśmy przy wyobraźni, to sprawa staje się już totalnie przyszłościowa. Manipulacja, wykręcanie i pozytywne manipulowanie symbolami zrozumiałymi dla szerszej publiczności to szansa na interakcję sztuki z tą publicznością, na zmotywowanie ich do robienia własnej sztuki z tego, co mają między sobą, do potraktowania materii kulturowej jako materii plastycznej, nie skamieniałej i niepokrytej pleśnią.

Wyparcie się polskości (à la Sasnal) to rodzaj fałszywej świadomości. Taka postawa wiąże się zwykle z idealizacją Zachodu i przekonaniem, że należy się do tej lepszej części świata, że jest się zmodernizowanym – w przeciwieństwie do prymitywnych tubylców. Żyjemy w podzielonym i często przykrym społeczeństwie, to fakt, ale nie widzę nic inspirującego w odcinaniu się od niego. To lustrzane odbicie resentymentu mas wobec elit i jest to też część polskości, a nie żadna ucieczka od niej.

Nie chodzi o żadnego rodzaju program edukacyjny czy ludomanię, tego rodzaju rzeczy nie są interesujące. Zimna wojna sztuki z narodem jest jak Balcerowicz – musi odejść, jeśli chcemy sobie wyobrażać i wdrażać lepsze wspólnoty.

 

Tymek Borowski, artysta:

Myślę, że przechwytując termin "sztuka narodowa" - mimo krytycznych zamiarów - legitymizujemy go. Bo nieważne jak awangardowe i obrazoburcze działania podepniemy pod tę etykietę; przez samo jej używanie przyznajemy, że kategorie "narodów" są dla nas ważnym kryterium porządkowania wytworów kultury i twórców. Myślę, że jeżeli komuś (tak jak np. mnie) jest nie po drodze z taka retoryką, to powinien starać się promować inną, bardziej zgodną ze swoim światopoglądem, perspektywę mówienia o kulturze. Koncepcja "narodu" jest dziś nie tylko anachroniczna ale przede wszystkim oderwana od rzeczywistości, nie ma pokrycia w faktach. Myślę że warto szukać bardziej współczesnych, adekwatnych i atrakcyjnych dla "użytkowników" sposobów definiowania wspólnot i ich relacji z jednostkami. 

 

Stanisław Ruksza, kurator, dyrektor programowy CSW Kronika w Bytomiu:

Sztuka jest po prostu narzędziem, które samo w sobie nie jest ani prawicowe, ani lewicowe, dlatego budowanie jakiejś sztuki „narodowej” czy „patriotycznej” wydaje mi się karkołomnym przedsięwzięciem. Czym innym są interpretacje czy deklaracje postaw, a czym innym sama sztuka. Nowa prawicowa władza bardzo lubi słowa takie jak „weryfikacja” czy „defaworyzowanie”, a postrzeganie sztuki sprowadza się do pewnego fantazmatu kryteriów, opartych na lojalności wobec jej narracji. Gdyby faktycznie tak działała sztuka, to, mówiąc Dostojewskim, byłaby to jakaś „kultura lokajska”. Każda koncepcja sztuki prędzej czy później się „wysypie”, jeżeli jej metoda i wymowa zostanie z góry dookreślona jako jedyna słuszna.

Czym innym jest polityka kulturalna, którą da się zmienić – oczywiście nie od razu, ale długofalowo, tworząc nowe mechanizmy. I tu widzę zagrożenie. To byłoby oczywiście bardzo trudne, biorąc pod uwagę, że te kilkadziesiąt czy kilkanaście ważnych instytucji, które tworzą obieg sztuki w Polsce, jest zarządzanych w różny sposób i finansowanych przez różne podmioty – od  MKiDN, ale i przez samorządy, które mogą czuć presję ministerialną, po zagraniczne granty. Ale nie byłoby to niemożliwe, czego przykładem może być model węgierski, gdzie udało się sztukę „upupić" do formalizmu , a krytyczne wystawy zamienić na blockbustery, co lubią zresztą też zwolennicy używania kultury jako narzędzia zysku. Ideologia neoliberalna również to robi. Wystarczy spojrzeć na stosunek wystaw formalistycznych do krytycznych, fetysz sukcesu, z którym mieliśmy do czynienia w ostatnich latach, czy na to, czym zajmują się artyści, ilu z nich ryzykuje i eksperymentuje, a ilu jest skupionych na kształtowaniu kariery, swojego portfolio i CV, aby zrozumieć, że to wciąż neoliberalizm jest dominującą ideologią – w Polsce i na świecie. I, że to on już jakiś czas temu wziął prymat nad wszystkimi dziedzinami życia, którego różne sfery mają służyć uzyskowieniu. I to jest właśnie najbardziej przerażające. We wszelkich totalistycznych koncepcjach – czy jest to neoliberalizm czy nacjonalizm – groźne jest zawłaszczanie przez politykę wszelkich możliwych obszarów życia, włącznie ze sprawami, które powinny pozostać w sferze prywatnej. 

Odpowiedzią na pytanie o przechwytywanie narodowego dyskursu może być propozycja zrewidowania polskiej historii sztuki, stworzenia całościowej mapy politycznych postaw począwszy od, powiedzmy, dwudziestolecia międzywojennego – spojrzenia w szerokim spektrum na nowo na działania od zarówno prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego, jak i ówczesnych koncepcji sztuki narodowej (zorientowanej na budowanie państwowości), po lewicujące postawy I Grupy Krakowskiej czy quasi-socrealistycznej grupy Czapka Frygijska. Wiele tej pracy zostało wykonane przez muzealników, ale jest to wciąż wiedza zakumulowane, ale nieprzyswojona, a te mechanizmy wciąż "na nas pracują". My, którzy moglibyśmy się określać jako niekonserwatywni, przespaliśmy rewidowanie i pisanie własnej historii, a tym samym pewne poczucie ciągłości. Konserwatyści robili to od dawna.

Pocieszeniem może być fakt, że świat sztuki współczesnej, choc nie ma tak silnego przekonania o mocy historycznej przodków, wciąż ich bezlitośnie reinterpretuje. To, jaka będzie sztuka, wyznaczają artyści, a nie urojenia polityczne.

 

NOVIKI, studio grafiki:

Długo się nad tym pytaniem zastanawialiśmy i nasza odpowiedź nie ma żadnego sensu, nie czekajcie na nas… Świat sobie poradzi bez niej, niech każdy robi, jak uważa. My w naszej praktyce nie powołujemy się na sztukę narodową, tak samo jak nie identyfikujemy się z wystawami polskiej grafiki – problemy poruszane w ich ramach wydają nam się mało interesujące. Oczywiście nie zaleje nas nowa fala sztuki narodowej, ponieważ nie ma w ogóle czegoś takiego jak sztuka narodowa. Samo pojęcie „naród” jest trudno definiowalne, tak samo np. uczucia patriotyczne albo uczucia religijne. Czy jest w ogóle coś takiego jak uczucia religijne i czy można je obrazić? To wszytko jest dla nas niejasne.

W sferze marzeń wyobrażamy sobie sytuację, w której jesteśmy uczestnikami nie tyle przechwycenia, ile redefinicji czy poszerzenia pojęć, które doprowadzą do tego, że naród nie będzie wykluczał nikogo ze względu na pochodzenie, orientację seksualną czy wyznawaną religię, a nauka tejże w szkołach nie będzie prowadzeniem katechezy Kościoła rzymskokatolickiego… Tu nie chodzi o przechwycenie: tak jak aktywiści kościelni nie próbują przechwycić na własny użytek tęczowej flagi, tak nam pozostaje wybór, jaką flagę kupić, gdy idziemy na demonstrację – polską czy Unii Europejskiej.

 

Kobas Laksa, artysta:

Każdy artysta zajmuje się jakimś problemem, który dla niego osobiście jest istotny lub który uważa za ważny społecznie. Jeżeli kogoś interesuje np. psychologia albo inne „ogólnorozwojowe” tematy, to jaki sens ma w takim przypadku mówienie o sztuce narodowej czy europejskiej? Ponadto, sprowadzanie sztuki – i w ogóle wszystkiego – do kontekstu polskiego czy szerzej – narodowego, prowadzi do zubożenia przekazu. Polska nie istnieje na innej planecie, oderwanej od wszystkiego, tylko na planecie Ziemia, w zglobalizowanym świecie. Nie zdziwiłbym się, gdyby materiał na polskie flagi był produkowany w Chinach, więc mówienie o czymś, że jest czysto polskie, zalatuje absurdem.

W swojej twórczości poruszam tematy związane z kolorytem lokalnym, polskością. W ramach projektu Spycifestum wraz z mieszkańcami Spycimierza układałem dywan kwiatowy z okazji Bożego Ciała. Mieszkańcy od dwustu lat układają wzory według własnego pomysłu, ja ułożyłem napis: „Panie, ratuj nas, gniemy”. To cytat z Ewangelii św. Mateusza, inskrypcja, którą po raz pierwszy zauważyłem w miejscowym kościele. To  prośba o ratunek, która często pojawiała się na polskich sztandarach w czasie licznych powstań, niczym zapowiedź własnej klęski. Działanie ściśle wiązało się z lokalną, polską tradycją chociaż wydawało mi się, że jest nieco ironiczna. Z zaskoczeniem przyjmowałem interpretacje uczestników procesji pytających czy to nawiązanie do katastrofy smoleńskiej, która wydarzyła się kilka miesięcy wcześniej.

W tamtym czasie, kiedy tematy związane z Polską były podejmowane albo krytycznie, albo wcale, czułem się oryginalnym twórcą, ale wtedy kontekst i przekaz takiego działania były zupełnie inne. Być może gdybym pojechał do Lichenia na pielgrzymkę dzisiaj, tak jak to zrobiłem w 2000 roku, kręcąc film o mojej matce, albo sypał kwiatki z okazji Bożego Ciała, mogłoby to zostać odebrane jako podlizywanie się nowej polityce kulturalnej i nowej władzy. Na pewno dla twórców, którzy podejmują wątki lokalne związane z krytycznym spojrzeniem na kulturę narodową i religię, nastały trudne czasy. Bo jak teraz robić sztukę o Polsce, żeby to nie wyglądało na oportunizm, a jednocześnie zachować niezależność, pracować rzetelnie, skrupulatnie i krytycznie, i nie zostać oskarżonym na przykład o obrażanie flagi państwowej czy wartości chrześcijańskich?

To czy zaleje nasz fala nowej sztuki narodowej, zależy nie od artystów, ale od dyrektorów instytucji. Jeżeli będą nimi ludzie, którzy rozumieją, że sztuka w dużej mierze polega na krytyce i poddawaniu w wątpliwość zastanej rzeczywistości, będę spokojny. Jeśli jednak na te stanowiska przyjdą „wtyki” władzy, ludzie nie rozumiejący jak ważna jest swoboda wypowiedzi artystycznej, będziemy musieli przygotować się na wysyp absurdów.