Andrzeja Strumiłło: „Rok 1905 w Łodzi” – skan dodatku dla prenumeratorów do „Żołnierza Polskiego”, nr 5, rok 1954. Źródło: www.rewolucja1905.pl

POLITYCZNOŚĆ PLEBSU

Moim celem było przywrócenie historiograficznej widzialności plebsu – kategorii społecznej niezbyt wyraźnie określonej, a jednak obejmującej wszystkich, którzy zazwyczaj nie mieszczą się w historii elitarnej, a w przypadku naszego kraju nie mieszczą się także w historii narodowej – mówi Wiktor Marzec, autor książki Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne, w rozmowie z Magdą Roszkowską

 

W swojej książce rekonstruujesz dynamikę robotniczego zrywu z początku XX wieku, analizując go przez pryzmat świadectw pozostawionych przez jego uczestników. Wiele miejsca poświęcasz badaniu materiałów ulotnych, odezw oraz ówczesnej prasy, pokazując, co słowa czyniły z ludźmi. Chciałam cię zapytać o performatywny charakter Rebelii i reakcji: co pisanie o historii walk ludowych głosem ich uczestników ma zrobić z nami – czytelnikami?

W każdej książce, nawet klasycznie historiograficznej, tkwi potencjał performatywny, każda bowiem pisana jest po to, by wzbudzić reakcję czytelników albo doprowadzić do zmiany w obrębie danego pola badań. Z pewnością Rebelia i reakcja jest po części próbą interwencji w bieżącą dyskusję o klasach czy społeczeństwie obywatelskim. Moim zamiarem, który zacząłem realizować już w Przewodniku po rewolucji 1905 roku wydanym kiedyś przez Krytykę Polityczną, było odtworzenie genealogii współczesności, przywrócenie naszemu myśleniu opowieści o stosunkach klasowych, pokazanie jak kształtowała się polska sfera publiczna. Dla każdej z tych kwestii rewolucja 1905 roku stanowiła wydarzenie kluczowe, ustanawiające fundamenty naszej nowoczesności, zmieniające układ sił pomiędzy różnymi grupami i klasami. To wtedy duża część społeczeństwa po raz pierwszy wywalczyła sobie miejsce w sferze publicznej. „Pozycje” wyznaczone poszczególnym grupom w przestrzeni politycznej mają swoją długą historię i utrzymują się do dzisiaj.

Poza tym moim celem było przywrócenie historiograficznej widzialności plebsu – kategorii społecznej niezbyt wyraźnie określonej, a jednak obejmującej wszystkich, którzy zazwyczaj nie mieszczą się w historii elitarnej, a w przypadku naszego kraju także w historii narodowej. Ta bowiem, wspominając o chłopach, masach czy ludzie, nigdy nie uwzględnia ich rzeczywistych interesów, aspiracji czy nadziei na lepszą przyszłość. Lud jest przedmiotem, a nie podmiotem historii narodowej, jego pragnienia nie mieszczą się w opowieści o narodzie. Ta optyka zaciera wewnętrzne konflikty na rzecz scalania homogenicznej wspólnoty. Tymczasem rewolucja 1905 roku stanowi dobitny przykład tego, że taka perspektywa pozbawia nas możliwości zrozumienia rzeczywistej złożoności charakteryzującej historię społeczną.

Twoja strategia przywracania ludowi i robotnikom społecznej widzialności przypomina sposób, w jaki o historii pisał Janek Sowa w książce Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Uświadamia w niej czytelnikom, kto był rzeczywistym podmiotem transformacji 1989 roku oraz jak o tym doniosłym fakcie zapomniano, a jednocześnie w badaniu i rekonstruowaniu rzeczywistego charakteru tamtego buntu dostrzega alternatywę dla dzisiejszego porządku. We wstępie piszesz, że Rebelia i reakcja była pisana w kontrze do innej ważnej w ostatnim czasie książki: Prześnionej rewolucji Andrzeja Ledera, z której wynika, że jako społeczeństwo w nowoczesność nie tyle wkroczyliśmy, ile obudziliśmy się w niej, i to jakby wyrwani ze złego snu. Leder sugeruje więc, że aby dojrzeć do sytuacji, w której się znaleźliśmy – stać się podmiotem nowoczesnym – musimy w sposób świadomy przepracować dotąd biernie przeżywaną historię. Natomiast ty i Janek Sowa szukacie momentu podmiotowego w bliższej i dalszej przeszłości – pokazujecie, że to robotnicy byli awangardą nowoczesności. Jak te dwie ścieżki pisania i interpretowania historii najnowszej ze sobą rezonują?

Upraszczając nieco sprawę, książka Andrzeja Ledera napisana została z perspektywy historii liberalnej. Natomiast moja praca nie jest może radykalnie lewicowa, ale jednak dość wyraźnie wpisuje się w światopogląd socjaldemokratyczny. Poza tym odnoszę wrażenie, że podstawowym celem Prześnionej rewolucji była jednak interwencja w bieżącą debatę, natomiast Rebelia i reakcja w dużym stopniu opiera się na żmudnym wydłubywaniu znaczeń i doświadczeń z rezerwuaru archiwum. Czytając arcyciekawą i ważną książkę Ledera, miałem poczucie, że historia podmiotowości klas ludowych nie zostaje tam uwzględniona, bo teza o narzuconej odgórnie, brutalnej i prześnionej rewolucji niweluje znaczenie oddolnej walki. Tymczasem mnie zależało na tym, by z jednej strony pokazać dynamikę wkraczania nowych grup do sfery publicznej, z drugiej zaś opisać proces, w którym ich obecność została usunięta z naszego obrazu przeszłości. Dlatego reakcja jest równie ważnym tematem tej pracy, co rebelia.

Zanim jednak zapytam o reakcję, chciałabym się skupić na dynamice samej rebelii, bo niebywale aktualne dla nas dziś wydaje mi się przypomnienie o jej w dużej mierze oddolnym charakterze. Samorganizujący się robotnicy potrafili wytworzyć autonomiczne formy uczestnictwa w sferze publicznej. To jest uderzające, że ich działanie nie opierało się na naśladowaniu praktyk publicznych wypracowanych wcześniej przez inne grupy społeczne. Przeciwnie: stanowiło ćwiczenie się w byciu autonomicznym podmiotem politycznym. Jak to było możliwe?

Owszem, robotnicy zdołali wytworzyć bardzo specyficzną plebejską sferę publiczną, ale nie była ona zupełnie autonomiczna, opierała się chociażby na interakcji z inteligencją występującą pod postacią agitatorów politycznych, a nawet z wyższymi sferami, które w początkowej fazie sympatyzowały ze zrywem robotniczym, licząc na to, że jego konsekwencją będzie liberalizacja porządku w Cesarstwie Rosyjskim. Na wiecach robotnicy występowali więc wspólnie z wielkomiejskimi elitami. Niemniej jednak ich niewątpliwym osiągnięciem było uzyskanie politycznego głosu, dzięki czemu jako grupa zaczęli być traktowani jako istotny czynnik zmiany społecznej. Ten akces do sfery publicznej wpłynął na to, jakie działania robotnicy podejmowali, gdy we własnym gronie spotykali się w fabrykach czy na ulicach, aby dyskutować o różnego rodzaju ideach politycznych. Byli w tych działaniach niebywale kreatywni, choć jednocześnie korzystali z tradycji inteligencji radykalnej: pogadanek czy odczytów. Zresztą gdy ruch rewolucyjny stał się masowy, robotnicy, którzy już wcześniej należeli do kółek socjalistycznych czy samokształceniowych, odegrali w nim ważną rolę jako osoby zaznajomione z działalnością publiczną i polityczną. Natomiast te wielokanałowe interakcje robotników z innymi grupami wcale nie doprowadziły do tego, że w efekcie wytworzyli oni jakąś gorszą kopię mieszczańskiej sfery publicznej. Przeciwnie, klasa robotnicza wykształciła wiele odrębnych i nowatorskich praktyk uczestnictwa w życiu publicznym, czego przykładem może być między innymi partyjna masówka, podczas której do fabryki zapraszani byli różni agitatorzy partyjni. Ich zadanie polegało na prezentowaniu robotnikom programów politycznych, na koniec wystąpienia były ocenianie, co czasem skutkowało wyrzuceniem z fabryki mówcy, który nie zyskał uznania. Na początku agitatorami byli przede wszystkim przedstawiciele inteligencji, szybko jednak okazało się, że sami robotnicy znacznie lepiej sprawdzają się w tej roli, bo w bardziej efektywny sposób potrafią komunikować się ze swoimi odbiorcami.

W autobiografiach działaczy robotniczych często pojawiają się sugestie, że rola mówcy partyjnego pozwoliła im zyskać zupełnie nową definicję siebie, dzięki niej czuli się ważni i docenieni. Dla ludzi, którzy wcześniej mieli zablokowane kanały mobilności społecznej i edukacji, takie doświadczenia były niebywale budujące.

Czy partie polityczne takie jak Polska Partia Socjalistyczna czy Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, a nawet Narodowa Demokracja od początku usiłowały kontrolować ten oddolny zryw?

Na początku rewolucji wszystkie partie były krok za dynamicznie postępującym procesem społecznym. Z czasem starały się uzyskać nad nim kontrolę. Początkowo najlepiej zorganizowaną partią był niewątpliwie Bund, natomiast pozostałe partie socjalistyczne w wyniku aresztowań i represji policyjnych nie miały dobrze rozwiniętych struktur. Zryw bardzo szybko sprawił jednak, że wszystkie partie zaczęły intensywnie rozwijać niezwykle finezyjne taktyki mające na celu przejęcie kontroli nad rewolucją. Mimo że żadna z nich nie była zdolna do wywołania strajku na zawołanie, starały się za pomocą druków ulotnych stymulować wystąpienia strajkowe w momentach największego natężenia zbiorowych emocji. Gdy strajk w końcu wybuchał, przyczyniał się do rzeczywistego wzmocnienia wpływów danej partii. W początkowej fazie rewolucji partie socjalistyczne z sukcesem przekonywały robotników, że to właśnie one są w stanie wyrazić ich emocje, walczyć o wyższe pensje czy krótszy dzień pracy. Ich wpływ rósł w szybkim tempie, wskutek czego stały się one organizacjami masowymi. W Królestwie Polskim w 1905 roku do partii lub związków zawodowych należała 1/5 robotników, w Łodzi nawet 1/4. To więcej niż w najbardziej uzwiązkowionych państwach Europy Zachodniej! Ta tendencja trwała jednak dość krótko: wraz z odpływem fali rewolucyjnej zainteresowanie działalnością partyjną wyraźnie spadło. Nie można się temu dziwić – stan wyjątkowy wymuszający permanentną mobilizację, strajki oraz ryzyko związane z tym, że popadnie się w nieodwracalną biedę, gdy ojciec rodziny zostanie wywieziony na Syberię lub straci życie, nie może trwać długo. Każda rewolucja kiedyś się wypala.

Ale czy myślisz, że te oddolne praktyki, wiedza i doświadczenie wypracowane w tamtym burzliwym okresie zyskały jakąś ciągłość, były przekazywane dalej po wygaśnięciu rewolucji?

Trudno byłoby w metodyczny sposób dowieść, że te umiejętności były przekazywane w obrębie załóg fabrycznych przez kolejne dziesięciolecia. Choć bez wątpienia coś takiego musiało mieć miejsce, bo w konkretnych fabrykach pewne inklinacje polityczne utrzymały się przez kilkadziesiąt lat. Źródła historyczne odnoszące się do okresu po II wojnie światowej pokazują, że negocjacje władzy z załogami fabrycznymi nie zawsze przebiegały gładko. Robotnicy mieli swój etos i czasem trudno było ich przekonać do bycia biernymi beneficjentami nowej polityki PRL-u. Załogi fabryk, które w 1905 roku wspierały opcję nacjonalistyczną, po 40 latach wciąż przejawiały takie skłonności. Analogiczna sytuacja panowała w fabrykach popierających partie socjalistyczne. Oznacza to, że musiała być w nich zachowana pewna ideowa ciągłość w postaci wiedzy i doświadczeń przekazywanych między generacjami robotników i robotnic.

Powiedziałeś, że na początku rewolucji ze zrywem robotniczym sympatyzowały różne miejskie grupy społeczne. A jaki stosunek do niego miała wieś? Na wsi pracowali przecież chłoporobotnicy – czy oni także włączyli się w walkę?

Rewolucyjny zryw z lat 1905–1907 dotknął także wieś, choć w Królestwie Polskim rewolucja miała bardziej miejski charakter niż w centralnej Rosji czy na terenach obecnej Ukrainy. Nie tylko dlatego, że tak zwany Kraj Nadwiślański był jedną z najbardziej zindustrializowanych części cesarstwa. Z różnych powodów radykalizacja chłopów rosyjskich była większa. Co ciekawe, ich wystąpienia przebiegały wedle innego rytmu niż strajki i protesty w miastach, dlatego można powiedzieć, że brali udział w drugiej, równoległej rewolucji. W „Polsce” przed rewolucją skuteczną agitację na wsi prowadziła Narodowa Demokracja, dlatego w trakcie zrywu mogła z sukcesem odwieść chłopów od zaangażowania w protesty. Ówczesne partie socjalistyczne swoje działania kierowały do miejskich robotników, we wsi widząc często relikt przeszłości. Szczególnie SDKPiL zupełnie zignorowała tę kwestię, przeczuwając zapewne, że program uspołecznienia własności ziemi nie przypadnie chłopom do gustu, drobną własność przedkładali oni bowiem ponad wszelkie inne cele. Do pewnego stopnia PPS próbowała prowadzić agitację na wsi, uwzględniając chłopów w swoim programie. Mobilizowano także, a może przede wszystkim, robotników rolnych, fornali itp. Część strajków rolnych kończyła się sukcesami. Zdarzały się też bardziej spontaniczne wystąpienia, takie jak wycinanie „pańskich lasów”. Wraz z radykalizacją postaw w miastach idee przenikały na wieś, jako że wielu robotników wciąż utrzymywało kontakty z rodzinnymi stronami, które opuścili w poszukiwaniu zarobku. Ten proces wzmagały też carskie represje: krnąbrnych robotników deportowano często do wcześniejszego miejsca zamieszkania, zabierali więc ze sobą wywrotowe idee, którymi przesiąkli w środowisku miejskim.

Twoja książka to także opowieść o tym, jak trwająca rebelia stopniowo zaczęła przeistaczać się w reakcję, gdy w siłę urosły opcje nacjonalistyczne i antysemickie. Twierdzisz, że na walce robotników o własną godność ostatecznie najbardziej zyskała Narodowa Demokracja, a język i metafory, jakimi zaczęła wyrażać doświadczenia rewolucji, przetrwał do dzisiaj i wciąż ma się nadzwyczaj dobrze. Jak do tego doszło?

W 1905 roku miała miejsce potężna rekonfiguracja całego pola politycznego. Zależało mi na rozbiciu binarnego obrazu tamtych zdarzeń. Często skłonni jesteśmy twierdzić, że źródłem wszelkich opresji wymierzonych w polskie społeczeństwo są siły zewnętrzne – w kontekście rewolucji 1905 roku identyfikowane z rosyjskim caratem. Dlatego rozwój praktyk publicznych będących zalążkiem społeczeństwa obywatelskiego, do jakiego wówczas doszło, niezmiennie przeciwstawiany jest carskim represjom, które brutalnie podeptały zrywających się do nowoczesności Polaków. Natomiast prawda jest taka, że tamto społeczeństwo było heterogeniczne i podzielone przez konflikt klasowy. Chodziło mi o pokazanie cięć w jego obrębie, dlatego przedmiotem analizy uczyniłem język oraz funkcjonujące wówczas kanały komunikacyjne. Na początku, gdy protesty przynosiły zamierzone skutki, a carat szedł na ustępstwa, godząc się na tworzenie związków zawodowych, obecność języka polskiego w instytucjach oraz poluzowanie cenzury, partie socjalistyczne wiodły prym w nazywaniu i interpretowaniu doświadczeń rewolucyjnych – i cieszyły się znacznym poparciem nie tylko robotników, ale też innych grup społecznych. Rewolucja jednak sama w sobie jest procesem dwuznacznym: koncesjom szybko zaczęły towarzyszyć brutalne represje ze strony policji. Poza tym niektóre grupy walczących wymknęły się spod jakiejkolwiek kontroli. Najbardziej zaciekli chodzili po ulicach z browningami i strzelali do carskich policjantów, a potem także do członków wrogich ideologicznie bojówek, w końcu dochodziło więc do walk bratobójczych. Poza tym powtarzające się strajki sprawiły, że kolejne grupy, począwszy od postępowych liberałów, przez Narodową Demokrację, po arystokratycznych konserwatystów, przejawiały głęboką niechęć czy wręcz nienawiść do uczestnictwa nowych grup społecznych w życiu publicznym. Zamęt, jeśli utrzymuje się przez dłuższy czas, budzi tęsknotę za porządkiem. Z tego właśnie względu programem narodowym zaczęły interesować się nie tylko grupy wrogie robotnikom, ale i oni sami, bo narodowcy dawali obietnicę przywrócenia spokoju. Endeccy działacze byli w stanie narzucić wielu grupom siatkę pojęciową, która w jasny i prosty sposób pozwalała interpretować sytuację polityczno-społeczną. Rzeczywiście to Narodowa Demokracja, początkowo ciesząca się niewielkim poparciem, ostatecznie odniosła triumf i zawładnęła przestrzenią dyskursu. To ona przyczyniła się do krystalizacji pojęcia narodu definiowanego według reguł etnicznych, wtedy też w dość gwałtowny sposób polska polityka zaczęła być naznaczona antysemityzmem.

Ciekawa jest też dynamika rozwoju samej Narodowej Demokracji, która jeszcze przed rewolucją mogła uchodzić za formację wręcz postępową i nowoczesną. Czy oparty na pochodzeniu etnicznym nacjonalizm i antysemityzm nie były dość ohydnym sposobem poradzenia sobie z lękiem, jaki w narodowcach wywołał lud?

Do pewnego stopnia tak, choć genealogia tego lęku sięga nieco głębiej i wiąże się z poszlachecką genezą inteligencji, która nawet gdy w ludzie widziała chorążego postępu, to koniec końców miał on realizować jej własne wizje. Innymi słowy lud mógł zyskać prawo politycznego obywatelstwa tylko pod kierownictwem inteligencji. Rewolucja 1905 roku unieważniła tego typu wyobrażenia, co wzbudziło silną reakcję zwrotną wśród środowisk, które wcześniej były zainteresowane wspieraniem ludu w jego drodze do politycznej samodzielności. W tym kontekście ewolucja ideowa Narodowej Demokracji jest bardzo znamienna. Różne rzeczy możemy o tej partii powiedzieć, niemniej jednak w początkowej fazie swojej działalności cechowała ją duża wrażliwość społeczna i dość radykalna wizja przekształcenia stosunków społecznych. Endecy widzieli w polskim ludzie wehikuł odbudowy polskości, choć trzeba też powiedzieć, że znacznie więcej wysiłku wkładali w mobilizację chłopów, dlatego robotniczy zryw ich zaskoczył czy wręcz zaniepokoił. W materiałach źródłowych takich jak artykuły prasowe czy korespondencja prowadzona przez ideowych przywódców tej formacji bardzo wyraźnie czuć opór, repulsję i odrzucenie protestów robotniczych. Znamienny jest język, jakiego oni używają, wskazujący na niekontrolowane, zwierzęce i naturalne oblicze ludu, który jest odrażający, bo nie poddaje się kontroli zdyscyplinowanego organizmu narodu. Te same lub podobne metafory odnajdziemy w dyskursach napędzających konserwatywne, nacjonalistyczne, a potem też faszystowskie języki polityczne w różnych częściach Europy. Poddany kontroli organizm narodowy, którego wszystkie części są zintegrowane, bo każda zna swoje miejsce, zostaje przeciwstawiony amorficznej, groźnej, niekontrolowalnej, kobiecej mazi, grożącej rozpadem i śmiercią tegoż organizmu.

W jakim stopniu kwestia narodowa była istotna dla samych robotników, walczących jednak w pierwszej kolejności o godność i poprawę warunków bytowych?

Kwestia narodowa obecna była już od bardzo wczesnej fazy rewolucji. Podnoszone roszczenia dotyczyły różnych form opresji, wśród których można wymienić nieciekawą sytuację ekonomiczną, pogarszaną przez wojnę rosyjsko-japońską, bezpośrednią przemoc na hali fabrycznej w postaci na przykład niemieckiego majstra, ale też przemoc kapitalizmu jako systemu relacji społecznych. Do tego trzeba dodać opresję carskiego państwa policyjnego oraz politykę ograniczania możliwości używania języka polskiego. Początkowo robotnicy występowali przeciwko zastanej sytuacji, doskwierającej na wielu poziomach. Nadanie znaczeń tym doświadczeniom jest bardzo istotnym czynnikiem formowania się poczucia buntu i konkretnych form jego politycznego wyrazu. Ci ludzie mieli prawo czuć się opresjonowani na poziomie kulturowym, co wcale nie znaczy, że musieli utożsamiać tę przemoc z kwestią narodową. Natomiast istniały też przesłanki, żeby bunt wyrazić na sposób bardziej narodowy. Cały problem nie polega jednak na tym, że kwestia narodowa w ogóle została podniesiona, ale że wpisano ją w spójny obraz świata, jaki zaproponowała Narodowa Demokracja, związany z homogenizacją etniczną, politycznym antysemityzmem oraz zablokowaniem możliwości walki o koncesje społeczne.

Być może tworzenie tego rodzaju analogii jest nieuprawnione, ale dziś opcje skrajnie nacjonalistyczne znów rosną w siłę, a progresywne ruchy społeczne dość szybko dławione są przez liberalne elity, z czym mieliśmy do czynienia choćby w Grecji, a całkiem niedawno podczas kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych. Czy pisząc tę książkę, myślałeś o tym, jaką naukę współczesna lewica mogłaby wyciągnąć z tamtych wydarzeń, ostatecznego wyrodzenia się rewolucji?

Moja książka oparta jest na badaniach konkretnego materiału. Szukanie historycznych analogii, choć ma sens, to jednak wymaga przedstawienia szerszego oglądu badawczego, którego ja w tej chwili nie jestem w stanie dostarczyć. Dlatego odpowiem, posługując się raczej intuicją niż materiałem, z którym mierzyłem się podczas pisania. Rzeczywiście dostrzegam pewne podobieństwa. W polskiej historii mamy do czynienia z dwoma oddolnymi zrywami społeczno-modernizacyjnymi: oprócz rewolucji 1905 roku jest nim jeszcze „pierwsza Solidarność” w roku 1980. Wówczas inteligencja podobnie szybko zaczęła dystansować się od robotniczych form uczestnictwa w sferze publicznej. W połowie lat 80. działacze opozycji o masach myśleli już raczej jako o pewnej naturalnej sile, którą dla jej własnego dobra trzeba kontrolować, niż jako o pełnoprawnych partnerach sfery publicznej. Późniejsze życie tego procesu to wymierzona w robotników – autorów transformacji ustrojowej – zdrada ze strony elit, która kompletnie zdelegitymizowała ich roszczenia. Historia Polski po 1989 roku bardzo dobrze ilustruje to, w jaki sposób prawicowy język jest w stanie wyrazić postulaty godnościowe ludzi, którym po raz kolejny powiedziano, że zupełnie się nie liczą, a ich walka o własne prawa to bezsensowny, roszczeniowy bełkot mas.

 

 

Wiktor Marzec (ur. 1985) – socjolog i filozof. Zajmuje się socjologią historyczną, teorią dyskursu, historią robotniczą, historią pojęć i filozofią polityczną. Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie (CEU). Stypendysta m.in. Uniwersytetu Michigan i Uniwersytetu Humboldtów w Berlinie. Redaktor działu nauk społecznych w czasopiśmie „Praktyka Teoretyczna”. Publikował m.in. w „Thesis Eleven. Critical Theory and Historical Sociology” oraz „Eastern European Politics and Societies”.