Diana Lelonek: "Akropol porośnięty przez różne gatunki grzybów i bakterii", z cyklu "Zoe-terapia", dzięki uprzejmości artystki

PLEŚŃ W WALCE Z ANTROPOCENEM

Na świecie powstają skały z plastiku lub wyspy ze śmieci, nigdy wcześniej nie mieliśmy z czymś takim do czynienia. Okazuje się, że przedmioty bezużyteczne dla człowieka zyskują całkowicie nową funkcję użytkową dla nie-ludzi, zaczynają żyć niezależnie od homo sapiens, wchodzą w nowe role. Interesuje mnie podmiotowość tych postprzedmiotów, ich autonomiczna wobec ludzkiej siła sprawcza

 

Punktem wyjścia niemal wszystkich twoich projektów jest z jednej strony fascynacja naturą oraz zjawiskami peryferyjnymi w stosunku do ludzkiej cywilizacji, z drugiej – krytyczne nastawienie do antropocentryzmu. Z czego wynika takie podejście?

Faktycznie od jakiegoś czasu refleksja nad pojęciem „natury” jest bardzo mocno obecna w moich projektach. Wiąże się to z tkwiącą we mnie intuicyjną niezgodą na taką definicję człowieka, która akcentuje jego dominację nad innymi gatunkami. Swego czasu natknęłam się na książki takich teoretyczek jak Rossi Braidotti, Elizabeth Grosz czy Donna Haraway i one właśnie w sposób naukowy wyartykułowały moje intuicje. Kolejnym etapem mojego zainteresowania „naturą” było użycie podczas pracy nad Zoe-terapią tak zwanych wet media, czyli żyjącej materii – grzybów i bakterii. Wyszłam od greckiego pojęcia zoe, czystej siły witalnej materii ożywionej, traktowanej jednak jako coś mniej wartościowego niż samoświadomy podmiot ludzki. W Zoe-terapii połączyłam krytyczną refleksję nad pozycją człowieka z quasi-naukową pracą laboratoryjną. Był to rodzaj prowadzonej przy użyciu bakterii i pleśni walki z antropocentryzmem, tak mocno wpisanym w naszą kulturę. Tworząc „garażowe” laboratorium, świadomie nawiązałam do nurtu biohakerstwa. Tak jak biohakerzy wyłamują się z ram sztywno pojętej instytucji naukowej, tak ja postanowiłam zhakować tradycję europejskiego humanizmu, korzystając przy tym z narzędzi używanych w klasycznym laboratorium, w czym bardzo pomógł mi biolog Jan Garstka.

Myślę też, że wykorzystanie naukowych metod badawczych czy konkretności tego języka do poszukiwania dowodów na potwierdzenie własnych intuicji czy prywatnych refleksji stanowi rodzaj buntu wobec „niepodważalnych prawd” samego świata nauki.


Diana Lelonek, z cyklu Center for the Living Things, różne gatunki mchów i roślin na opakowaniu polietylenowym, fotografia obiektu znalezionego, dzięki uprzejmości artystki


Diana Lelonek, z cyklu Center for the Living Things, Rozchodnik ostry (sedum acre L.) na opakowaniu polietylenowym, fotografia obiektu znalezionego, dzięki uprzejmości artystki

Czy w przypadku Zoe-terapii – projektu, w którym bakterie i grzyby „atakują” na przykład portrety zachodnich myślicieli pożyczone z Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza – miało znaczenie, jakie organizmy atakują które postacie?

Na początku chciałam, żeby tak było, ale później zrezygnowałam z tego pomysłu, bo musiałabym regulować i ograniczać ich rozrost, uniemożliwiać ich mieszanie się, a one bardzo szybko i samoistnie ewoluują. Sama ta materia jest na tyle ciekawa i różnorodna, że aż głupio mi było wtrącać się w jej sprawy, pozwoliłam jej więc robić, co tylko zechce. Natomiast dobór obrazów i wizerunków porastanych przez grzyby był bardzo świadomą selekcją. Oprócz wizerunków filozofów wykorzystałam też kilka przykładów malarstwa europejskiego, przedstawiających różne formy dominacji – przede wszystkim władzy dobrze sytuowanego białego Europejczyka nad innymi ludźmi i zwierzętami. Zaczęłam też uważniej przyglądać się różnym zależnościom zachodzącym pomiędzy historią organizmów ludzkich i nie-ludzkich. Jednym z najbardziej znanych przykładów są tu przywiezione przez kolonizatorów do Ameryki Północnej bakterie, które spowodowały śmierć około 5 milionów Indian. Albo grzyb Aspergillus niger, czyli „czarnuch” – został odkryty i nazwany na początku XX wieku, co uświadomiło mi, w jak znacznym stopniu nawet nadawane przez naukowców nazwy są zdeterminowane przez konteksty historyczne i polityczne. Trzeba więc pamiętać, że historie ludzi i nie-ludzi są ze sobą nieodłącznie związane, a rozpatrywanie ich jako jednej wspólnej opowieści mogłoby rzucić nowe światło na wiele wydarzeń z przeszłości.


Diana Lelonek, z cyklu Center for the Living ThingsBarbula ungniculata (Hedw.) Brid. (c. spor), Caratodon purpureus, (Hedw.) Brid. (c.spor.), Brum caespiticium (Hedw.), Barbula convoluta (Hedw.), na celulozie i polietylenie (karton, folia), fotografia obiektu znalezionego, dzięki uprzejmości artystki


Diana Lelonek, z cyklu Center for the Living Things, Rozchodnik ostry (Sedum acre L.) na Poli(tereftalanie etylenowym) PET, fotografia obiektu znalezionego, dzięki uprzejmości artystki

Inny twój projekt Center for the Living Things polegał na kompleksowym badaniu życia po życiu przedmiotów codziennego użytku, które po wyrzuceniu do kosza stają się śmiecio-roślinami. Jaki jest właściwie cel tego projektu: artystyczne hakowanie instytucji nauki? I jak doszło do odkrycia śmiecio-roślin?

Wielu badaczom angażowanie się w projekt artystyczny wydawało się niepoważne. Pomyślałam, że skoro tak jest, stworzę własną patainstytucję – tym właśnie jest Center for the Living Things. Śmiecio-rośliny same zaczęły na mnie trafiać, spotykałam je wielokrotnie podczas spacerów po lasach. Ale dopiero w pewnym momencie zorientowałam się, że należy przyjrzeć się im bliżej, bo są całkiem nową formą życia. Zaczęłam je zbierać. W toku badania pojawiały się różne wątpliwości, na przykład: kiedy w czasie akcji sprzątania lasu na danym terenie znajdujemy odpady, które w międzyczasie stały się już habitatami dla różnych chronionych gatunków, co powinniśmy z nimi robić? Powołałam tę patainstytucję między innymi po to, żeby zadawać takie pytania, bo nikt dotąd się nad tym nie zastanawiał. Na co dzień moja praca wymaga konsultacji z naukowcami i badaczami, dlatego śmiecio-rośliny trzymam w Ogrodzie Botanicznym w Poznaniu. Współpracuję też na przykład z panią doktor Anną Rusińską z Wydziału Biologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza – jest cenioną specjalistką od mchów i pomaga mi rozpoznać gatunki porastające moje okazy. Co najciekawsze, w moim projekcie znalazła zagadnienia interesujące z perspektywy jej badań. Okazało się więc, że taka współpraca może być owocna dla obydwu stron, co pokazuje, że instytucje powinny funkcjonować jako kolektywy oparte na interdyscyplinarnej współpracy. Dzisiejsze dążenia do coraz większej specjalizacji przynoszą więcej szkód niż korzyści.


Diana Lelonek, z cyklu Zoe-terapia, Edmund Husserl porośnięty przez Aspergillus flavus, dzięki uprzejmości artystki


Diana Lelonek, z cyklu Zoe-terapia, Karol Darwin porośnięty przez Aspergillus versicolor, dzięki uprzejmości artystki

Jak wygląda twoja codzienna praca ze śmiecio-roślinami? Hodujesz je? A może dokonujesz w nie jakichś interwencji artystycznych?

Nie hoduję ich, raczej zbieram. Obecnie moja praca polega głównie na robieniu badań w terenie, jeżdżę i szukam podmiejskich dzikich wysypisk. Mam też upatrzone miejsca, gdzie znalazłam różne rzeczy, ale na razie one tam po prostu leżą, a ja co jakiś czas je odwiedzam i sprawdzam, co się z nimi dzieje. Zebrane okazy trzymam w szklarni. Ten projekt ciągle jest w fazie eksperymentu, nie wiem, co się z nimi stanie w przyszłości. Staram się nie ingerować w życie tych organizmów, bo głównym celem jest raczej ich zbieranie i naświetlenie samego tematu. Zaczęłam też tworzyć ich klasyfikację. Na przykład niektóre podłoża naśladują skały – chociażby styropian, który znalazłam w kwietniu. Rośnie na nim gatunek mchu klasyfikowany jako typowo naskalny.

 

Rośliny dokonują oddolnego biohackingu!

Dokładnie tak. Ludzie mogliby się od nich wiele nauczyć. Domyślam się, że scenariusz w większości przypadków jest podobny: rośniesz sobie w lesie i masz jakiś system zachowań, na przykład twoją rolą jest rozkładanie materii, aż tu nagle ktoś ci podrzuca plastikowego intruza. Co robisz? No oczywiście rozkładasz go! To niesamowite, że naturalny obieg jest tak bardzo samowystarczalny, a jedynym gatunkiem, który produkuje zbędne odpady, jesteśmy my wraz z naszą cyrkulacją towarów. Chociaż dochodzę do wniosku, że dziś nie można już o tych obiegach mówić osobno. Najistotniejsze w tym projekcie jest ukazywanie działania roślin w relacji do ludzkiego, kapitalistycznego systemu nadprodukcji.


Diana Lelonek: z cyklu Zoe-terapia, obiekty porośnięte mikroorganizmami, dzięki uprzejmości artystki


Widok wystawy Zoe-terapia w Project Room, CSW Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka

Jaki status ontologiczny nadałabyś tym obiektom?

Próbuję jakoś je określić, ale to trudne zadanie. Mam wrażenie, że należy wymyślić dla nich całkowicie nową klasyfikację, żeby podkreślić ich nieprzystawalność do funkcjonujących już terminów i pojęć. . Biorę pod uwagę, czym dana rzecz jest – na przykład śmiecio-skałą. Chciałabym ten projekt podsumować, wydając atlas śmiecio-roślin – taki postzielnik pokazujący, że tego typu hybrydy w ogóle istnieją. 

Na razie moja klasyfikacja opiera się w dużej mierze na aspekcie wizualnym – niektóre tworzywa zaczynają faktycznie wyglądać jak skały. Nazywam je podłożami skałopodobnymi. Pod Grudziądzem jest wysypisko, gdzie całe wzgórza są pokryte czymś, co z daleka wygląda jak skała, a gdy podejdziesz bliżej, okazuje się, że to jest wata szklana. Materiał ten ma porowatą strukturę, dzięki mchy mogą bez problemu zaczepić się o jego powierzchnię swoimi chwytnikami. Trzyma też wilgoć, co jest dodatkowym atutem. Na wacie szklanej rosną małe porosty i mchy. Pewnie za jakiś czas obumierające mchy pozostawią na niej cienką warstwę gleby i wtedy amieszkają tu również rośliny.

Istnieją też siedliska polimerowe, pojawiające się z reguły na plastikowych opakowaniach. Charakteryzuje je zupełnie inny sposób powstawania, ponieważ inaczej niż w przypadku styroduru, styropianu lub wspomnianej waty szklanej, bezpośrednio na plastiku nic nie wyrośnie. Siedliska polimerowe tworzą się więc dopiero wówczas, gdy wiatr albo deszcz naniesie tam trochę podłoża naturalnego. Rośliny zaczynają zarastać polimery korzeniami, tworząc zbitą polimerowo-korzenno-ziemną masę – jeden organizm, niemożliwy do rozdzielenia. W siedliskach polimerowych korzenie rozsadzają plastik na coraz mniejsze elementy. Znalazłam takie miejsce, gdzie ziemia staje się niebieska! Tak naprawdę jest to folia, która pod wpływem erozji rozsypała się na coś w rodzaju pyłu czy piasku. Co najciekawsze, wykorzystują ją owady, drążąc w niej korytarze. Na wystawie w Realnym Obszarze Działań, odbywającej się na ogródkach działkowych w Warszawie, położyłam na trawie kawałek obrośniętej mchami waty szklanej, wyciętej ze wspominanej skało-wato-góry nieopodal Grudziądza. Po dwóch dniach okazało się, że mrówki urządziły sobie tam mrowisko. Potem głupio mi było zabierać im tę watę…

W moich badaniach wyróżniłam też grupę pochodzenia odzieżowo-galanteryjnego, która okazała się bardzo bogatym środowiskiem życia, ponieważ należą do niej materiały częściowo naturalne. Do tego mają różne zakamarki, tak jak torebka, w której kieszenie może coś wejść – w efekcie powstają niesamowite ekosystemy. Mam też mopa, w którego porastanych przez mech włóknach żyją ślimaki i owady, a wszystko oplatają korzenie podagrycznika i innych gatunków. W CSW w Toruniu po gablocie chodziły robaczki, które zalęgły się w styropianie, z kolei w Arsenale w Białymstoku na wystawie Wracając do Białowieży wykluł się komar. Czasami czuję się niefajnie, wyciągając śmiecio-rośliny z ich naturalnego środowiska.

Niewątpliwie najtrudniejszym podłożem – bo też potwornie szkodliwym dla środowiska – są elektroodpady. Znalazłam jednak stary komputer zamieszkiwany przez mchy! Takie ekosystemy postelektroniczne występują w Polsce niezwykle rzadko, ponieważ 70 procent elektrośmieci z Europy jest transportowane do krajów Trzeciego Świata.

 

Odpady zawłaszczane przez naturę stanowią jakby odwrócenie linearności ludzkiej produkcji, bo śmiecio-rośliny naśladują kolisty system obiegu materii w przyrodzie.

Wymyśliliśmy sobie „postęp”, który zmusza nas do ciągłego wytwarzania przedmiotów, ale nie pytamy już o to, czy służy do czegokolwiek innego, albo co się dzieje z rzeczami już wyprodukowanymi. Przegapiamy moment, gdy dana rzecz przestaje być odpadem i wchodzi w całkowicie nową rolę. Życie przedmiotu w ludzkim systemie produkcji kończy się w chwili, gdy traci on funkcję użytkową. Potem chodzi tylko o to, by ten odpad jak najszybciej usunąć z naszego pola widzenia, czy to poprzez jego utylizację, czy przez wywózkę na nielegalne leśne wysypiska albo w ogóle poza obszar Europy. W tym kontekście mechanizmy kolonialne mają się doskonale – kiedyś do kolonii eksportowano nadwyżkę kłopotliwych obywateli, teraz trafia tam nadwyżka wyprodukowanej materii. Natomiast działania roślin na śmieciach polegają na czymś zupełnie innym. Rośliny toczą walkę, żeby odpady z powrotem wróciły do naturalnego obiegu materii, do czego dochodzi jedynie częściowo. Ten proces nie przynależy ani do tak zwanego obiegu naturalnego, ani do obiegu towarów, jest czymś zupełnie nowym. Na świecie powstają skały z plastiku lub wyspy ze śmieci, nigdy wcześniej nie mieliśmy z czymś takim do czynienia. Okazuje się, że przedmioty bezużyteczne dla człowieka zyskują całkowicie nową funkcję użytkową dla nie-ludzi, zaczynają żyć niezależnie od homo sapiens, wchodzą w nowe role. Interesuje mnie podmiotowość tych postprzedmiotów, ich autonomiczna wobec ludzkiej siła sprawcza.


Diana Lelonek: z cyklu Yesterday I Met a Really Wild Man, dzięki uprzejmości artystki

Przypadek śmiecio-roślin wpisuje się w logikę takich nurtów badawczych jako biopolityka czy posthumanizm, które usiłują tworzyć nowy aparat pojęciowy zdolny do innego konceptualizowania świata. Twoja sztuka przypomniała mi o działalności Amy Balkin, artystki, która postuluje między innymi włączenie atmosfery ziemskiej na listę dziedzictwa UNESCO. Obie wychodzicie poza pole sztuki, działacie w obszarach współczesnych problemów społeczno-środowiskowych. Czy takie przedsięwzięcia mogą twoim zdaniem mieć realny wpływ na to, jaki ludzie mają stosunek do środowiska naturalnego i kto wygra tę biologiczną walkę?

Śmiecio-rośliny mają spory potencjał edukacyjny i to jest istotny aspekt tego projektu. Podobnie jak Zoe-terapia są też rodzajem manifestu,. Moją niezgodą na system, wedle którego nauczono nas definiować świat. Śmiecio-rośliny są dowodem na to, jak bardzo jesteśmy w błędzie, myśląc, że wszystko zależy od nas. Wskazują też na poważne luki i zaniechania kapitalizmu. Na wystawę Kości wszystkich ludzi w CSW w Toruniu, gdzie pojawiło się Center for the Living Things, przygotowałam gablotę edukacyjną, w której umieściłam dokładne opisy śmieci i moją ich klasyfikację. Taka forma prezentacji dociera do szerszej grupy odbiorców. Widziałam, że zatrzymywały się przy niej dzieci z rodzicami. Rola artysty polega trochę na tym, by patrzeć na różne zjawiska z innej perspektywy niż na przykład naukowa, a potem pokazać wynik tych poszukiwań badaczom, których częstą reakcją jest zaskoczenie. Mówią: „Wiesz co? Nigdy nie myśleliśmy o tym w ten sposób”. Chciałabym, żeby moje projekty miały w sobie ten potencjał dialogu.

 

Sięgasz też do różnych słynnych koncepcji organizacji świata, na przykład do darwinowskiego ewolucjonizmu w projekcie Tam i tak nic nie ma. Próbujesz na swój sposób wyjaśniać różne procesy naturalne, którym jako ludzie podlegamy, ale niekoniecznie o tym pamiętamy.

Najciekawsze są dla mnie momenty, w których teoria naukowa zaczyna być przeszczepiana na różne grunty, wchodzi w relacje z innymi dziedzinami. Ewolucja została przecież szeroko wykorzystana jako narzędzie manipulacji politycznej, stając się uzasadnieniem dla mordów dokonywanych przez kolonizatorów, którzy wychodzili z przeświadczenia, że „słabsze gatunki” i tak muszą zostać wytępione. Samego Darwina natomiast bardziej interesowały mrówki niż ludzie. Nie ma czegoś takiego jak „czysta” teoria naukowa, wszystko zależy od jej zastosowania w kontekście panujących trendów społeczno-politycznych. 

 

Ludzi też traktujesz jak okazy przyrodnicze w swoich pracach?

Staram się zakwestionować dążenia ludzkiego indywidualizmu, który wydaje mi się dużym problemem cywilizacyjnym. Na przykład w projekcie Yesterday I Met a Really Wild Man chciałam pozbawić ludzi jednostkowości, pokazując ich jako stado. Obserwacja i fotografowanie stada z daleka poniekąd przypominało sposób pracy fotografów przyrody. Na tę wystawę wraz z kuratorką Kasią Różniak wypożyczyłyśmy eksponaty z kolekcji Instytutu Zoologii PAN. Zdjęcia zostały zestawione z kośćmi zwierząt, które właściwie niewiele różnią się od ludzkich. Można było poczuć się trochę nieswojo, zdawszy sobie sprawę, że jednak nie ma wielkiej różnicy między ludźmi a małpami, jeżozwierzami czy gryzoniami. Właściwie nie wiem, dlaczego tak wyszło, że nasza cywilizacja dąży do oddzielenia ludzi od zwierząt. Myślę, że to nie jest konieczny warunek istnienia cywilizacji. Ukuliśmy pojęcie kultury w opozycji do natury, żeby poczuć się gatunkiem namaszczonym i wyróżnionym, a przy okazji narobiliśmy sobie przez to mnóstwo kłopotów.

 

W twoich pracach silnie wybrzmiewa też koncepcja Donny Haraway, jej pojęcie „naturakultury” czy manifest cyborga – bo śmiecio-rośliny przypominają trochę cyborgi. Haraway pisała również o tym, jak cyborg wpływa na zmianę relacji między kulturą a naturą, gdzie ta ostatnia jest źródłem przywłaszczanych dóbr. Center for the Living Things pokazuje, że może być zupełnie odwrotnie.

Haraway dużo pisała też o emancypacyjnej funkcji cyborga, który zaciera wszystkie granice. Śmiecio-rośliny zachowują się podobnie, stanowią nowe byty nieprzynależące do starych podziałów. Przejmują funkcje organizmów żywych, chociaż po części są martwe, charakteryzuje je więc niejednoznaczna podmiotowość. Dzięki temu tkwi w nich potencjał rozsadzenia systemu binarnych opozycji. Oczywiście skutecznie podważają też sens głównych założeń kapitalizmu.

 

Wspomnianemu projektowi Yesterday I Met a Really Wild Man towarzyszył wywiad, w którym Monika Bakke mówiła o krytycznym posthumanizmie jako o „nawiązywaniu kontaktu z nieludźmi”. Ty mówiłaś o tym, że mikroorganizmy i wszystkie żywe istoty posiadają schematy komunikacyjne, poprzez które porozumiewają się ze sobą i z innymi gatunkami. Czy myślisz, że próbują nawiązać kontakt także z nami?

Wydaje mi się, że wszystko dookoła cały czas próbuje nawiązać z nami kontakt, i to w coraz bardziej radykalny sposób. Dziura ozonowa, jak pisał Bruno Latour, też próbuje nawiązać z nami kontakt przez to, że jest szkodliwa, podobnie jak wyspa śmieci na oceanie. Oczywiście bagaż tradycji antropocentrycznej utrudnia nam poprawne odczytanie tych komunikatów. Nie wiem, co zrobić, żeby uwolnić się od tej ludzkiej perspektywy. Cała ekologia rozwinęła się tak naprawdę po to, żeby chronić ludzkość. Z drugiej strony nie przeskoczymy faktu, że zawsze będziemy patrzeć na świat przez parę oczu osadzonych w naszej głowie. Mimo wszystko możemy jednak to spojrzenie poszerzać, na tym przecież opiera się posthumanizm. Nie bez przyczyny większość teoretyczek posthumanizmu to też teoretyczki feministyczne. Nadszedł czas na dopuszczenie do głosu innych gatunków.

 

Diana Lelonek (ur. 1988) – absolwentka Wydziału Komunikacji Multimedialnej Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, obecnie asystentka w VII Pracowni Fotografii Intermedialnej. Podstawowym medium jej działań jest fotografia, którą łączy z innymi środkami wyrazu. Interesuje się działaniami z pogranicza bioartu. Laureatka międzynarodowych konkursów, m.in. Show Off podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie i ReGeneration 3 w Musée de l’Elysée w Lozannie. Jej prace znajdują się m.in. w kolekcji lozańskiego Muzeum Fotografii.