Okładka składanki "Ameryka. Znane, ale...", producent: SA Starling, 1994

SPRYCIARZE KONTRA PECHOWCY

Niekoniecznie pamiętamy, że w czasach duchologicznych i nieco późniejszych w Polsce królowała oranżada Hellena, i do tego wcale nie w wersji pojedynczej, ale umieszczona w bagażniku Poloneza jako nagroda pocieszenia w teleturnieju - tłumaczy Olga Drenda, autorka książki Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji

W książce Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji opowiadasz o rzeczywistości lat 1988–1994 przez pryzmat codzienności, opisując zjawiska z dziedziny popkultury czy dizajnu. Przyjęcie tej mało spektakularnej perspektywy – wbrew dominującej narracji o Wielkiej Historii – pozwala ci postawić tezę, że był to okres widmowy, przeżywany trochę jakby we śnie. Co to znaczy, że żyliśmy w duchologicznych czasach? Jak to się objawiało?

Przełom lat 80. i 90. paradoksalnie jest słabo opisany, choć obecnie pojawia się sporo publikacji z obszaru historii politycznej czy gospodarczej, które dokonują gruntownej rewizji tamtego czasu. Stosunkowo niedawno nasza perspektywa patrzenia na lata transformacji zmieniła się z bieżącej w historyczną, dzięki czemu zyskaliśmy dystans konieczny dla prac badawczych. Wciąż jednak brakuje materiałów analizujących historię życia codziennego, która – trzeba to wyraźnie podkreślić – nie należała w pełni ani do lat 80., ani do 90. Te dwie dekady powszedniości łatwo opisać przy pomocy prostych ikon, na hasło „lata 80.” w głowie od razu pojawia się kolejka do sklepu, „Solidarność”, polski rock albo początki punka. Z kolei narracja o latach 90. jest mocno skomercjalizowana – mamy Frugo, radio RMF, reklamy w telewizji, a jeśli chodzi o gwiazdy estrady, Piaska albo hitowy Orła cień. Natomiast pomiędzy tymi okresami, w latach przełomu, dzieje się bardzo dużo, tyle że jest to czas liminalny, więc trudno go stylistycznie przyszpilić – wątek wyborów ‘89 roku skutecznie przesłonił resztę. Myślę, że dla tych kilku lat intensywnej transformacji najistotniejsze było doświadczenie niebycia do końca ani w teraźniejszości, ani w przeszłości, ani w przyszłości.


Wypożyczalnia kaset w Bełchatowie, 1995, źródło: facebook.com/starybelchatow
 

Czyli duchologia oznaczałaby zawieszenie czasu albo paradoksalne nałożenie na siebie trzech perspektyw czasowych – to życie, które toczy się równocześnie w każdej z nich?

Chodzi o to, że do scenografii poprzedniego świata, która przecież nie znika z dnia na dzień, pod postacią pewnych wzorców i stylów życia wepchnięty zostaje cały pakiet zupełnie nowych doświadczeń. „Styl życia” jako coś, czemu chce się sprostać, wykształca się zresztą właśnie wtedy. Z jednej strony mamy więc dość lichą scenerię tego, co nadal jest, a z drugiej zbiór zupełnie nowych marzeń i aspiracji, które w ogóle nie są skrojone na miarę przeciętnego obywatela. Pamiętam własne wrażenia podczas przeglądania prasy dotyczącej mody z lat 90. – cały czas pytałam samą siebie: „Ale gdzie to można kupić i kto ma tyle kasy?”. Trzeba jednak podkreślić, że w tamtym czasie bardzo wiele artykułów w kolorowych czasopismach to były przedruki z prasy zagranicznej, czasami tylko pobieżnie przetłumaczone, za ich pośrednictwem podglądaliśmy więc cudzą rzeczywistość – taki transformacyjny window shopping.

 

Termin „duchologia” nazywa zatem stan jakiegoś fundamentalnego niedopasowania, permanentnego bycia nie u siebie – to jest perspektywa bliska Jacques’owi Derridzie, który zresztą w książce Widma Marksa wprowadził pojęcie widma w obszar filozofii. Czy to była twoja inspiracja?

Ja do tego pojęcia dotarłam raczej poprzez inspiracje muzyczne, przez Simona Reynoldsa i jego rozważania na temat retromanii, książki Marka Fishera Ghosts of My Life. Writings on Depression, Hauntology and Lost Futures czy wreszcie Juliana House’a, współzałożyciela wytwórni Ghost Box Music. Ten ostatni twierdził, że hauntologia jest perspektywą zaburzonego wspomnienia, jakiegoś zakłócenia w transmisji. Nie pamiętamy rzeczy w sposób, w jaki faktycznie się wydarzyły. Przeciwnie – nasze wspomnienia to efekt nakładania się na siebie różnych historii, także tych zasłyszanych od kogoś czy całkiem fikcyjnych. Dlatego silny wpływ na ich kształt mają filmy, programy telewizyjne i w ogóle obrazy, z którymi mieliśmy do czynienia w dzieciństwie. Nasza pamięć przesiąknięta jest fikcją, a jej wytwory mają w sobie element niesamowitości, co wizualnie najfajniej oddaje chyba Kraina Grzybów[1], moim zdaniem najbardziej duchologiczny projekt wizualny polskiego internetu. Edukacyjne kasety wideo musiały być naprawdę jakimś upiornym medium, skoro Kraina Grzybów działa na tyle mózgów i z taką siłą. Pamiętam, że w pracowniach biologicznych były VHS-y o różnych fascynujących tytułach typu Dzieci pasożyta. Podczas moich badań jeszcze w czasie studiów na etnologii sporo osób wspominało, że w dzieciństwie wiele programów telewizyjnych czy kaset wideo poprzez sposób ich nagrania, słabą jakość, zakłócenia albo użycie syntezatorowej muzyki wywoływało w nich przerażenie. I to jest jakoś znamienne, że rzeczy, które były tworzone z zupełnie inną intencją – jak czołówka „Panoramy” czy „Pi i Sigma” – koniec końców wzbudzały lęk, bo przypominały senny koszmar. Podobno strachowi zaradzić mogła tylko magiczna czynność przestawiania liter, przez co z „Panoramy” zostawało „Panramao”.

Co do Derridy, to inspiracja jego badaniami jest u mnie bardzo luźna. Na gruncie filozofii tym tematem zajmuje się Andrzej Marzec, który zresztą w swojej książce Widmontologia. Teoria filozficzna i praktyka artystyczna wprowadził przydatne rozróżnienie w tłumaczeniu słowa „hauntology”.


Okładka trzeciego numeru magazynu "Cinema Press Video", kwiecień 1990, źródło: VHShell, więcej: vhshell.tumblr.com
 

A co to były za badania, które realizowałaś podczas studiów?

Prapoczątki moich duchologicznych poszukiwań sięgają czasów, kiedy w Instytucie Etnologii UJ w ramach zajęć z antropologii pamięci u dr. Dariusza Czai prowadziliśmy badania terenowe dotyczące struktur pamięci naszych rówieśników, czyli ludzi urodzonych w pierwszej połowie lat 80. Interesowało mnie, jak oni pamiętają świat swojego dzieciństwa, wydarzenia historyczne i zmieniającą się codzienność okresu transformacji. Wydało mi się wówczas fascynujące, jak wiele z tych wspomnień zostało zapośredniczonych przez telewizję i wideo. Oczywiście każdy mówił o tym, jak podczas pierwszych wolnych wyborów poszedł z rodzicami wrzucić do urny głos, poza tym prawie wszyscy wymieniali śmierć Freddy’ego Mercury’ego i serial „Twin Peaks”. Te badania, realizowane prawie dwanaście lat temu, zrobiły na mnie duże wrażenie, ale proces kiełkowania konkretnego pomysłu trwał kilka lat – pierwszą duchologiczną stronę założyłam w 2012 roku. Na początku był to rodzaj szkicownika wizualnego na Tumblrze – strumień obrazów z tamtego okresu, różne osobliwości, które wrzucałam tam raczej na własny użytek. Wokół tego archiwum szybko zaczęła się budować społeczność, dlatego przeniosłam się na Facebooka, bo tam łatwiej wejść w interakcje. Jakoś w tamtym czasie zaczęłam też myśleć o tym projekcie jako o książce.

 

Zjawiska, przedmioty i bohaterowie, których opisujesz, takie jak ówczeny dizajn, popkultura, wygląd ulic, kiczowaty blichtr czy półlegalne interesy, wzbudzają całe spektrum dość intensywnych uczuć: od zażenowania i wstydu, przez nostalgię, ironię, aż po obsesyjną fascynację. Jaki ty masz do nich stosunek i skąd patrzysz, gdy o nich opowiadasz?

Najbliższa jest mi pozycja zaciekawienia, które uruchamia się wtedy, gdy wchodzisz na strych albo idziesz na targ staroci i nagle odkrywasz coś, o czym zapomniałaś na 20 lat albo to ignorowałaś, a teraz patrzysz jakby nową para oczu i to coś, nawet jeśli jest banalne, wydaje ci się intrygujące, bo stanowi świadectwo czasu, w którym powstało.

 

Bardzo zaciekawił mnie fakt, że koniec epoki duchologicznej umieszczasz w 1994 roku, kiedy uchwalona została ustawa antypiracka, regulująca kwestie praw autorskich, oraz przeprowadzono denominację złotego. Piszesz, że od tego czasu „ulice, domy, prasa, książki, reklamy w mieście, osiedla, ludzie – wszystko to zaczęło wyglądać jak wszędzie indziej”. Dlaczego uporządkowanie spraw związanych z autorstwem położyło kres widmom?

W 1994 roku wydarzyło się jeszcze kilka innych istotnych rzeczy: na przykład zamknięto pirackie stacje telewizyjne, a ich miejsce zajęła włoska Polonia 1 – to był krok w kierunku pełnej globalizacji polskiej codzienności. Ustawa o prawach autorskich położyła kres piracko-garażowej kreatywności, której efektem było tworzenie własnych wariantów kaset magnetofonowych i wideo, te mutanty właściwie z dnia na dzień zniknęły z rynku. Poza tym bodajże w 1993 roku telewizje regionalne przestały nadawać transmisje z programów satelitarnych – na mocy tymczasowych umów nadawały bowiem programy i filmy z MTV czy CNN. Nastąpiła kumulacja wydarzeń, które sprawiły, że polską kulturą przestała kierować siła nieokiełznanej anarchii. Oczywiście piractwo nadal istniało, ale przyjęło znacznie bardziej standardowy charakter: nie tworzono już własnych wariantów kaset i płyt, tylko xerowano oryginalne okładki, czyli uzyskiwano gorszej jakości kopię 1:1.


Fot. Felix Ormerod, Grudziądz, sierpień 1990, dzięki uprzejmości artysty
 

Mówisz, że codzienność okresu transformacji wraca w naszych myślach jedynie w wersji globalnej, że „przywołujemy w pamięci to samo co młodzież z Niemiec czy USA”. Uważasz, że w ten sposób staramy się wyprzeć jakiś rodzaj traumy związanej z koniecznością określania się na nowo?

Nie sądzę, codzienność jest w tak dużym stopniu nasycona zglobalizowanymi obrazami, że w tym szumie informacyjnym ma szansę przetrwać tylko to, co lepiej widać i słychać. Po części za ten mechanizm można winić internet, bo to w nim pojawiają się różnego typu podsumowania tego, z czym kojarzą się lata 90. Są to najczęściej: pepsi, utwór Macarena grupy Los del Rio, neonowa sprężynka, kosmiczne buty Spice Girls. Natomiast niekoniecznie pamiętamy, że w czasach duchologicznych i nieco późniejszych w Polsce królowała raczej oranżada Hellena, do tego wcale nie w wersji pojedynczej, ale umieszczona w bagażniku Poloneza jako nagroda pocieszenia w teleturnieju.

 

Gdybyś miała stworzyć listę pięciu gadżetów czasów transformacji, co by to było?

Na pewno znalazłaby się na niej piracka kaseta magnetofonowa, z okładką wykonaną w technice kolażu i literkami naniesionymi letrasetem; poza tym folie samoprzylepne i literki do wyklejania, które stworzyły fenomen nazwany później Typopolo; jakaś sensacyjna gazeta typu „Skandale” albo książeczki z dowcipami, zwykle bardzo niskich lotów. To był zresztą bardzo dziwny fenomen, jakaś odmiana książki jarmarcznej: z jednej strony pojawiali się tam satyrycy z dużym dorobkiem, z drugiej – można było w tym środowisku spotkać odrażający plankton polityczny typu Leszek Bubel, który robił interes na tego typu wydawnictwach, zwykle z antysemicką treścią. Do tej listy dorzuciłabym Muzyczną Jedynkę, w której stara scena próbowała przetrwać, szukając dla siebie nowego formatu. Symbolem tamtych czasów są wreszcie ilustracje z Corel Draw, wypełniające szyldy, sklepy i gazety, na przykład uśmiechnięta buźka w okularach słonecznych pod palmą albo tajemnicza brunetka podobna do Brooke Shields. Aha, i oczywiście przyczepa z fastfoodem, w której można kupić hot doga albo zapiekankę z dużą ilością smażonej cebulki.


Kalendarz zamieszczony w pierwszym numerze magazynu "Media Reporter", 1991 rok, źródło: VHShell, więcej: vhshell.tumblr.com
 

We wstępie piszesz też, że „w samym środku pracy nad książką nastąpiło czołowe zderzenie dwóch politycznych baśni: jednej o dwudziestu pięciu latach szczęścia i wolności, a drugiej o dwudziestu pięciu latach złowrogiego matriksu”. Postanowiłaś nie mieszać się w dyskusję o tej mitologicznej nadbudowie i trzymać się faktów. Czy nie sądzisz jednak, że opisywane przez ciebie przedmioty – chociażby pojawiające się już w tamtym czasie markowe adidasy skonfrontowane z opanowującymi bazary abibasami, adabisami czy adiosami – jakoś odzwierciedlają te dwie skonfliktowane narracje? Czy nie jest tak, że to właśnie w tej „prazupie” – jak nazywasz okres transformacji – zostały upichcone te dwie mitologie?

Na pewno duża część aktorów obecnej sceny politycznej właśnie wtedy zaczynała karierę. Oczywiście narracje, o których mówisz, powstawały stopniowo i nawarstwiały się, ale myślę, że koniec końców to internet, w którym fakty łatwiej mieszają się z fikcją i który czasami działa jak wielki akcelerator bzdur, zdecydował o ich rozroście do monstrualnych rozmiarów.

Ten pączkujący podział widać już na poziomie wspomnianych książeczek z dowcipami, które stanowiły pole walki pomiędzy frakcją antykomunistyczną a antyklerykalną. Wstrząsającym odkryciem był też dla mnie artykuł z 1988 roku ujawniający sposób, w jak rodzice, których stać na kupno drogich gadżetów dla swoich dzieci, wyrażają się o osobach mniej zamożnych. To jest język, który znamy z lat 2000, besztający i źle oceniający ludzi uznawanych za niezaradnych. Już wtedy – przed upadkiem komunizmu – widać bardzo silny podział na ludzi, którzy uważają się za zaradnych i sprytnych, choć niekoniecznie mądrych czy kompetentnych, oraz tych, których „farciarze” mają za wiecznych nieudaczników; tu mamy na przykład pracowników zakładów masowego zatrudnienia, którzy padli ofiarą bezrobocia. Dyskurs o tak zwanych spryciarzach i pechowcach wypłynął na powierzchnię na kilka lat przed Balcerowiczem i niestety wciąż ma się świetnie, co widać na aktualnej scenie politycznej – fenomen niezmordowanego w czarowaniu licealistów Korwin-Mikkego albo czasem bardzo agresywna dyskusja wokół polityki socjalnej pokazują, że te przyzwyczajenia trudno wykasować z głów.


​Okładka kasety zespołu Love System Janusza Nowakowskiego i Pawła Chrzanowskiego, wydanej przez Bross Records
 

Czasy duchologiczne to okres intensywnego rozwoju ezoteryki, poradnictwa, licznych sukcesów bioenergoterapeutów uzdrawiających z telewizora czy zapotrzebowania na niesamowite historie. Wszystkie te nurty spotykają się w założonym wówczas czasopiśmie „Skandale”, które donosiło, że pod Warszawą grasuje królis, polecał maść na porost zębów, a czarownica pachnąca cebulą zaprzeczała na jego łamach, jakoby spała z Kaszpirowskim. Skąd wziął się ten wysyp irracjonalizmów?

„Skandale” nie były jedynym tego typu magazynem, grunt szykowany był już wcześniej w dziennikach takich jak „Veto”, a nawet o dziwo „Razem” czy „Świat Młodych”, gdzie obok prawdziwych informacji rozpowszechniane były legendy miejskie czy zwykłe faktoidy wymyślane przez redakcję. Na przykład w Katowicach w czasach duchologicznych krążyła legenda, że na dworcu i w domu handlowym Skarbek narkomani jeżdżą ruchomymi schodami w górę i w dół i smarują poręcze krwią, żeby zarażać przypadkowych ludzi wirusem HIV. Historia jest na tyle absurdalna, że trudno sądzić, by dziennikarze naprawdę w nią wierzyli, ale tego typu opowieści były całkiem serio cytowane w różnych poczytnych magazynach. Innym źródłem opowieści niesamowitych były rubryki „konsumenckie”. Na przykład ostrzeżenia przed trucizną typu: „Tego nie kupuj, bo zawiera toksyczny składnik E330”, czyli – jak dzisiaj wiemy – po prostu kwas cytrynowy. Wtedy jednak ta legenda dostała skrzydeł i nawet lekarze uwierzyli w trującą moc tajemniczej substancji. Czasy duchologiczne kojarzą mi się z książką Trylogia Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Antona Wilsona, w której fakty i fikcje teorii spiskowej przenikają się całkowicie i bardzo przewrotnie. Różnica polega na tym, że w przypadku wspomnianych magazynów mieliśmy do czynienia z eksperymentami na żywym ciele czytelnika.

Wybuch legend miejskich i irracjonalizmów można też tłumaczyć ogromnym wzrostem przestępczości na przełomie lat 80. i 90., poza tym gospodarka była wówczas niesłychanie niestabilna, nastąpiło też błyskawiczne zubożenie społeczeństwa. W PRL-u zjawiska takie jak bezrobocie czy bezdomność praktycznie nie istniały (choć pamiętam reportaże o bezdomnych z lat 80.), a już z pewnością nie były widoczne. Ten szok w kontekście ZSRR doskonale pokazał na swoich fotografiach Boris Michajłow. Rozpad Związku Radzieckiego sprawił, że na powierzchnię wypłynęli życiowi rozbitkowie, których egzystencja była po prostu upiorna, pozbawiona bazowych warunków niezbędnych do normalnego życia. W Polsce również mieliśmy z tym do czynienia, choć w mniejszej skali. Mentalną strategią radzenia sobie z poczuciem niestabilności było wymyślanie legend miejskich, bo w sytuacji szoku prozaiczna, najbardziej prawdopodobna odpowiedź okazuje się niewystarczająca. To jest jakiś paradoks ludzkiego umysłu, że sytuacje kryzysowe, które wymagają przecież jasnych i rozważnych analiz, sprzyjają myśleniu magicznemu, wszelkim irracjonalizmom, a także wzrostowi pobożności.

 

Sporo miejsca w swojej książce poświęcasz ówczesnemu dizajnowi, którego różną przynależność społeczną można śledzić między innymi dzięki scenografii popularnego wówczas serialu „W labiryncie”. Jak opisałabyś wystrój tych różnych światów, ich główne wyznaczniki? 

„W labiryncie” było pierwszą klasyczną polską telenowelą, dużo bliższą rzeczywistości niż późniejsze seriale Ilony Łepkowskiej, które prezentowały raczej wzorce tego, jak mieszkać, żyć czy postępować. „W labiryncie” było bardziej wiarygodne pod względem dokumentalnym, zupełnie bez obciachu pokazywało system protekcji, łapówki, picie w godzinach pracy. Jedna z głównych bohaterek zastanawia się, czy poddać się zabiegowi aborcji – dziś taki dylemat przedstawiony byłby jako konflikt moralny, a tam chodziło o rozważenie wszystkich za i przeciw i podjęcie decyzji. Podobnie rzecz się miała ze sposobem życia bohaterów: większość planów filmowych wykorzystywała rzeczywiste wnętrza, a nie scenografię wybudowaną w studio. Serial stanowi więc skondensowaną wersję ówczesnego życia, przynajmniej tego w wydaniu warszawskim.

Natomiast jeśli chodzi o dizajn, to w latach 80. główny problem stanowiła słaba dostępność mebli i wyposażenia domu albo ich marna jakość, na co wskazują wszystkie ówczesne czasopisma wnętrzarskie. Powszechny brak był konsekwencją embarga nałożonego po stanie wojennym – na wiele lat zamroziło ono polską produkcję. W takich realiach zaczęła rozkwitać obywatelska samodzielność, prawie każdy mógł się pochwalić umiejętnościami stolarskimi albo krawieckimi. Księgarnie zasypywane były podręcznikami do majsterkowania.


Fot. Felix Ormerod, sierpień 1990, dzięki uprzejmości artysty
 

A priorytetem, jak sama mówisz, było „urządzić się przytulnie”. Dokładnie takie jest moje wspomnienie z warszawskiego Gocławia, gdzie mieszkałam jako dziecko. Ojciec zbudował wszystko sam: poczynając od łóżek, przez szafki, pawlacze, kuchnie, po ściany – wszystko było w drewnie. Na zewnątrz ciągnące się w nieskończoność bloczydło, a w środku cieplutko jak w pudełeczku…

Tak, to była jakaś próba zaaklimatyzowania się w rzeczywistości osiedla. W duchologicznych czasach mamy więc z jednej strony przymus kreatywności, z drugiej – z impetem wjeżdża na scenę cały nurt projektowy związany z aspiracjami…

 

Pojawiają się klimaty dworkowo-biurowe…

W 1990 roku w „Polskiej Sztuce Ludowej” ukazał się tekst Aleksandra Jackowskiego będący relacją z odwiedzin w domach przedstawicieli różnych grup społecznych. W tej opowieści znalazła się między innymi dzielnica Suwałk mieszcząca domy nazywane przez mieszkańców „malborkami”. To były szalenie zdobne domy reprezentacyjne, dominował w nich styl myśliwski, antyki lub ich podróbki. Właścicielami byli prywatni przedsiębiorcy, przedstawiciele władzy albo ginekolodzy – nie łączyło ich nic poza poziomem zamożności.

Natomiast prosty styl modernistyczny kojarzył się wtedy z biedą i państwową produkcją. Na początku lat 90. w Warszawie odbyła się wystawa mebli holenderskich Rietvelda; jeden z odwiedzających otwarcie mówił, że wyglądają one jak wyniesione z hotelu robotniczego. W tamtym czasie oczywiste było, że jeśli coś ma ornamenty i wygląda „staro”, to jest godne i bogate – członkom nowej klasy posiadającej prostota kojarzyła się z degradacją. Z drugiej strony ten nowy styl odzwierciedla też potrzebę zakotwiczenia, bo jeśli mamy własny dom, a w nim meble nie ze sklejki, tylko z dębu, to mentalnie mamy też życiową stabilizację. Za ówczesnym dizajnem stał pewien mechanizm psychologiczny.


Fotografia pochodzi ztrzeciego numeru magazynu "Video Club", 1993, źródło: VHShell, źródło: vhshell.tumblr.com
 

W jakim stopniu nasze czasy określiłabyś jako duchologiczne?

Duchologia częściowo wynika z potrzeby uzupełniania dziur w narracji, a my dzisiaj obsesyjnie wszystko dokumentujemy. Archeolog współczesności zajmujący się 2016 rokiem będzie musiał przebrnąć przez taką ilość dyskusji na Facebooku, zdjęć na Instagramie czy komentarzy pod artykułami, że należy mu tylko współczuć. Za to na pewno mogę wskazać kolejny duchologiczny etap w historii Polski: okres połowy lat 2000, gdy dzięki Neostradzie powszechny stał się dostęp do internetu. Ludzie nie byli z tym narzędziem obeznani, dlatego dużo eksperymentowali, zakładając pierwsze blogi, lokalne serwisy społecznościowe czy własne strony. Czasami ta aktywność pączkowała w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Archeologia wczesnego internetu to jest kolejny, niemal dziewiczy etap historii duchologicznej.

 

Olga Drenda (ur. 1984) – dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ. Publikowała m.in. w „Polityce”, „The Guardian”, „2+3D”, „Glissando”, „Dwutygodniku”, „Lampie”, „Digital Camera Polska”, „Tygodniku Powszechnym”, „Szumie”, „Trans/Wizjach”, „Gazecie Magnetofonowej”. Współpracowała z festiwalem Unsound i lubelskim Centrum Spotkania Kultur. Współautorka polskiego przekładu Delikatnego mechanizmu i Wybuchowego biletu W.S. Burroughsa, tłumaczka scenariuszy filmowych oraz fragmentów Bukaresztu Małgorzaty Rejmer na język angielski. Założycielka i autorka strony Duchologia Polska. Mieszka w Mikołowie.

 

[1] Tajemniczy kanał na YouTube wyświetlający psychodeliczne filmy edukacyjne stylizowane na materiały instruktażowe emitowane w telewizji w latach 80. Ich główną narratorką jest osobliwa Agatka, która wyjaśnia na przykład Jak skutecznie jabłko: www.youtube.com/user/krainagrzybowtv (przyp. red.).