Pałac Wallenberg-Pachalych. Fot. Małgorzata Kujda

Odpowiednio wcześnie rozpoczęta rozmowa

O sprawczym kapitale sztuki w kontekście przygotowań do 16. Przeglądu Sztuki Survival z jego kuratorem Michałem Bieńkiem rozmawia Aleksandra Litorowicz

Survival znany jest z tego, że bierze na warsztat żywe tematy, nie boi się prowokować. Tegoroczne, pojemne hasło „kapitał” z jednej strony może kojarzyć się ze wzajemnymi wpływami światów sztuki i ekonomii, na przykład wprzęgnięciem (się) artystów w siatkę zależności od prawideł ekonomicznych, z drugiej zaś może być rozpatrywane w kontekście kulturowym czy społecznym. Z kolejnej strony, gdy myślimy o kapitale, od razu nasuwają nam się skojarzenia z klasycznymi, często anachronicznymi definicjami, chociażby z pojęciem kapitału kulturowego Pierre’a Bourdieu. Sprawdzały się one w społeczeństwie klasowym, stabilnym, określając w nim miejsce jednostki i jej gust estetyczny, a także to, jaka sztuka ma nam się podobać, a jaka już nie powinna. Jaki klucz do rozumienia kapitału będzie dawał tegoroczny Survival?

Michał Bieniek: Otrzymaliśmy rekordową liczbę zgłoszeń, bo ponad 500, w tym ponad 160 z zagranicy. Jak to zwykle w ramach Survivalu bywa, odniesienie do hasła przewodniego nie będzie oczywiste. Klasyczne definicje zawarte w tekście kuratorskim artyści potraktowali dość niejednoznacznie. Wiodącymi tematami zgłoszeń są rzeczywiście wątki pieniądza, kapitalizmu oraz uwikłania i zależności – nie tylko współczesnej – sztuki od kapitału.

Często poruszane są także motywy związane z historią sztuki, jej ulotnością, vanitas, przemijaniem – także warstwy architektonicznej. Podkreślamy to również poprzez miejsce, które samo stanowi swego rodzaju kapitał – 16. edycja Survivalu odbywa się w pałacu Wallenberg-Pachalych, który przed wojną był siedzibą Commerzbanku. Skupimy się także na zmianie dotyczącej kapitału, czyli jego redystrybucji i postrzeganiu z biegiem czasu jego różnych wartości. Tych wątków jest oczywiście bardzo wiele. Często słyszę pytania o odniesienia hasła przewodniego do Kapitału Karola Marksa – w końcu to rok obchodów 150-lecia wydania tego tekstu – czy Kapitału w XXI wieku Thomasa Piketty’ego. Zależy nam jednak na tym, żeby te związki nie były aż tak bezpośrednie.

Czy porzucony gmach pałacu o skomplikowanej historii stanowił inspirację dla hasła?

Tak. W przypadku Survivalu zawsze to miejsce poprzedza hasło przewodnie. Ten budynek jest o tyle ciekawy, że to jedyny wrocławski pałac, który w niemal nienaruszonym stanie przetrwał II wojnę światową, i dzięki temu można w nim oglądać wciąż w pełni zachowane klasycystyczne wnętrza, po wojnie zaś służył jako zaplecze administracyjne Uniwersytetu Wrocławskiego. Został zaprojektowany pod koniec XVIII wieku przez Carla Gottharda Langhansa, jednego z najbardziej znaczących architektów Wrocławia tamtych czasów, jako siedziba rodziny patrycjuszowskiej. Byli to jednak patrycjusze nowej generacji – przedsiębiorcy, których stać było na kupienie sobie tytułu. Pałac był wtedy miejscem bardzo nowatorskim, bo jako siedziba rodu pełnił funkcje zarówno reprezentacyjne, jak i stricte związane z profesją, którą się parali, czyli był siedzibą banku. Dość specyficznego zresztą, o jeszcze średniowiecznej proweniencji, bo był to bank raczej towarowy niż taki, jak go rozumiemy współcześnie. Ciekawe wydaje się zestawienie przestrzeni bankowych, związanych z obsługą klienta oraz wyładunkiem i przyjmowaniem towarów, z przestrzeniami, w których rodzina funkcjonowała na co dzień i w których zwierzchnik rodu przyjmował interesantów – to na pewno również zostanie wykorzystane przez artystów.

 


Pałac Wallenberg-Pachalych. Fot. Małgorzata Kujda

 

Jest jedno pytanie, którego nie sposób pominąć. Otóż był pan kuratorem odpowiedzialnym za sztuki wizualne w ramach Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Były to spektakularne, widoczne działania, w które jednak wprzągł pan, jak się potem okazało dość kontrowersyjny, projekt o podwórkach, nastawiony na współpracę z lokalną społecznością. Z drugiej strony to będzie już 16. edycja Survivalu, czyli wydarzenia o długiej perspektywie czasowej, jednocześnie bardziej zwartego, skondensowanego w czasie, ale też pozbawionego tak wielkiej ramy finansowej i medialnej, jaką dawała ESK. Czego pana nauczyła praca przy organizacji Europejskiej Stolicy Kultury w kontekście Survivalu?

Przy ESK nauczyłem się wielu rzeczy – szczególnie tematycznie, jeżeli chodzi o tę edycję badającą mariaż kapitału ze sztukami wizualnymi. Bo o ile rzeczywiście projekt na podwórkach czy szereg innych wydarzeń w ramach ESK się sprawdziły i były widoczne, to nie ukrywam, że mam też poczucie wielu porażek w ramach tych projektów. Szczególnie w zderzeniu z mieszkańcami, ich oczekiwaniami, w przestrzeni komunikowania, rozmowy i możliwości dotarcia. ESK była jednak bardzo zwartą, ograniczoną w czasie propozycją. Nie mieliśmy dość czasu, by przeprowadzić długotrwałe badania i wyczerpująco rozmawiać z mieszkańcami, więc wiele spośród projektów, które były wartościowe artystycznie, właśnie z tego powodu w jakiś sposób poległo, a wcale nie musiało tak być.

Natomiast dzięki temu doświadczeniu zacząłem jeszcze bardziej doceniać pewną swobodę działania w czasie i możliwość doprecyzowywania pewnych kwestii, a także prowadzenia szerokich konsultacji w ramach Survivalu. Przez te 15 lat także doświadczyłem wielu skomplikowanych sytuacji, trudnych i stresujących, jednak wydaje mi się, że to właśnie dzięki ESK nauczyłem się, że odpowiednio wcześnie rozpoczęta rozmowa naprawdę wiele załatwia i wiele ułatwia. Dzięki temu Survival staje się rzeczywiście platformą rozmowy i spotkania. Wciąż podnosimy kontrowersyjne kwestie, jednak dzięki upływowi czasu i rozpoznawalności festiwalu nie jest to odbierane w sposób tak jednoznacznie negatywny, jak to było w przypadku niektórych działań ESK. Sama formuła Survivalu i wypracowany tam sposób działania dają nam z góry pewien kredyt zaufania. Nasza stała publiczność, a także ta, którą wciąż pozyskujemy, przywykła do tego, że u nas się po prostu rozmawia, konfrontując różne punkty widzenia. To dla mnie ogromna wartość dodana.

 

Monika Konieczna i Ewelina Ciszewska: Ani żadnej rzeczy, która jego jest..., 6. edycja Survivalu

 

Jest pan kuratorem sztuki w przestrzeni publicznej od wielu lat. My sami ciągle zastanawiamy się nad kategoriami procesu i zmiany w kontekście działań w przestrzeni publicznej, o ich wpływie na społeczności lokalne itd. Czy po pewnych doświadczeniach i po pewnym czasie nie przychodzi zwątpienie? Co może dziś zrobić sztuka w przestrzeni publicznej? Czy ma jakiś kapitał sprawczy?

Wierzę, że ma. Tak naprawdę to z pozoru najłatwiejsze, a w istocie najtrudniejsze pytanie. Oczywiście, w pewnym momencie przychodzi zwątpienie – tak było choćby przy projekcie Wejście od podwórza. Często wiązało się to z koniecznością negocjowania, wręcz usprawiedliwiania działania artystycznego na danym podwórku, jak to było w przypadku słynnej już, przynajmniej we Wrocławiu, betonowej ławki Kocham Eli Jabłońskiej. Część spośród mieszkańców tego zaniedbanego podwórka w centrum Wrocławia doszła do przekonania, chyba na podstawie plotki, że ten przedziwny obiekt pochłonął wszystkie potencjalne pieniądze na rewitalizację tego miejsca. Oczywiście to była nieprawda. Spędziliśmy dwa dni, tłumacząc mieszkańcom, dlaczego chcemy zrealizować właśnie tę pracę, o co w niej chodzi, i że chodzi właśnie o konsolidację rozproszonej społeczności. Co zresztą się udało – to jedno z podwórek, które obecnie starają się o pieniądze z funduszu obywatelskiego, i jest duża szansa na to, że niebawem zajdą tam bardziej trwałe, pozaartystyczne zmiany.

 


Elżbieta Jabłońska: Kocham. Fot. Alicja Kielan

 

Tak było też w wielu innych przypadkach – Iza Rutkowska najpierw wykonała genialną pracę z Jeżem na Oławskim Przedmieściu, a potem doprowadziła do tego, że mieszkańcy sami złożyli wniosek do budżetu obywatelskiego, otwierając „Podwórko imienia wszystkich mieszkańców”. Podobnych działań była jeszcze cała masa. Akcje Jacka Zachodnego doprowadziły – przynajmniej na razie – do wstrzymania eksmisji mieszkańców z kamienicy komunalnej i ocalenia podwórka przy ul. Hubskiej 58.

 

Iza Rutkowska, Jeż. Fot. dzięki uprzejmości artystki

 

Ja w ogóle chciałbym wierzyć, że sztuka w przestrzeni publicznej ma moc sprawczą. Że wśród widzów, którzy nie są do końca przygotowani na tego rodzaju działania czy spotkania, coś po takiej konfrontacji, często dość zaskakującej, zostaje. Na przykład w ramach 6. edycji Survivalu publiczność miała szansę skonfrontować się ze społecznością romską mieszkającą w obecnej Dzielnicy Czterech Wyznań – takie spotkanie w ogóle nie miałoby szansy zaistnieć poza sferą sztuki. Czasem ma to bardzo wymierny charakter, bo Survival ma też to do siebie, że czasem doprowadza do realnej, pozaartystycznej zmiany w mieście. Wiele przestrzeni, w których się odbywał, zostało wyremontowanych. To nie zawsze jest nasza zasługa, ale w paru przypadkach ten szum, który się wydarza przy okazji festiwalu, rusza coś do przodu. Tak było choćby z ostatnim miejscem, w którym się odbywał, czyli z Audytorium Chemii – najmłodszym zabytkiem w Polsce, budynkiem powszechnie uznawanym za jeden z najciekawszych przykładów powojennego modernizmu w Polsce.

Formuła Survivalu nie jest wcale łatwo przyswajalna dla osób niezwiązanych ze sztuką współczesną. Na początku widzowie mogą mieć trudność z tym, co dzieje się w ramach festiwalu. Jaka to jest publiczność – ta już was znająca i ta, do której dopiero wychodzicie?

Wydaje mi się, że Survival świetnie sobie radzi w tak zwanym marketingu szeptanym. Nie mamy i nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mieli wielki budżet na promocję. Nasza publiczność, ta która jest z nami od wielu lat, przyciąga za sobą kolejnych ludzi, widzimy to z roku na rok. Dużym zainteresowaniem cieszy się zawsze oprowadzanie po budynku, umożliwiające odbiorcom poznanie miejsca, które przez lat kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat było po prostu niedostępne. Z kolei z doświadczeń członków fundacji wyniknęły oprowadzania dla rodziców z małymi dziećmi, czyli Baby Art Walk. Okazało się, że ta grupa jest często po prostu wykluczona z regularnego uczestnictwa w wydarzeniach kulturalnych. Szukamy też niesztampowych sposobów na pozyskanie publiczności, przyciągnięcie uwagi, prowokowanie do przyjścia i spędzenia z nami czasu. W tym roku udało nam się namówić miasto, by na wrocławskich wiatach przystankowych zadać pytanie: „Jaki jest twój kapitał?”, i przytoczyć dzięki temu kilka definicji. Okazało się to naprawdę ciekawym działaniem, również w sensie artystyczno-społecznym.

 


Joanna Jopkiewicz i Paweł Borkowski: Paraznaki, 11. edycja Survivalu. Fot. Justyna Fedec

 

Michał Bieniek – prezes zarządu Fundacji Sztuki Współczesnej Art Transparent, twórca i kurator Przeglądu Sztuki Survival oraz szef galerii Mieszkanie Gepperta we Wrocławiu. Kurator polskiej edycji formatu Emergency Room Thierry Geoffroya w ramach Europejskiego Kongresu Kultury we Wrocławiu w 2011 roku oraz wystawy Aktywna poezja. Sztuka w przestrzeni publicznej w Polsce w Shoreditch Town Hall oraz w Courtauld Institute of Art w Londynie w 2012 roku. Główny kurator ds. sztuk wizualnych podczas Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. W jej ramach zrealizował wystawę Dispossession podczas Międzynarodowego Biennale Sztuki w Wenecji w 2015 roku oraz tworzył, współtworzył i nadzorował ponad sto innych projektów. W 2017 roku wytypowany przez magazyn F5 jako jeden z dziesięciu aktywistów, którzy najsilniej zmieniają przestrzeń publiczną Wrocławia na lepsze, wyróżniony także tytułem jednego z „30 kreatywnych wrocławian”.