Wizyta studyjna we wsiach położonych w pobliżu Nowego Miasta Lubawskiego, w ramach tegorocznej edycji festiwalu Nowe Ciepło odbywającej się pod hasłem „Budowa systemem gospodarczym”, maj 2016, fot. Tytus Szabelski

NOWOCZESNY KRAJOBRAZ WIEJSKI

Zaczynasz rozmawiać o sztuce ze strażakami – musisz, bo oni stoją i zastanawiają się, co to jest. Dlatego na wsi sojusze między grupami społecznymi wychodzą jakoś samoistnie. To jest taka partycypacja w sztuce przez codzienność - mówią Iza Redman-Zalewska i Marcin Zalewski, współtwórcy Nowego Ciepła - festiwalu sztuki w przestrzeni Nowego Miasta Lubawskiego

 

Nowe Ciepło – tak nazywa się dedykowany przestrzeni, architekturze i sztuce festiwal, który realizujecie w Nowym Mieście Lubawskim. Zdaję sobie sprawę z tego, że peryferia bywają odważniejsze od centrum, ale o co chodzi z tą nazwą?

Marcin Zalewski: To nie my jesteśmy jej autorami. Festiwal od kilku już lat organizuje nasza koleżanka Natalia Reszka, która pracuje w tutejszym powiatowym domu kultury. W pewnym momencie uparła się, że przywróci do użytku starą przestrzeń po kotłowni. Wraz z koleżankami zabrały się za jej odgruzowywanie, zresztą miejsce to nazywa się Gruzownia! Potem wymyśliły, że będą ją aktywować, organizując festiwal Nowe Ciepło. Etymologia nazwy jest dość prosta: ciepło, bo ciepłownia-kotłownia, a Nowe, bo Nowe Miasto Lubawskie. Moim zdaniem zgrabnie to brzmi! Koleżanka samodzielnie zrealizowała trzy pierwsze edycje. A ponieważ w ubiegłym roku była bliska wyczerpania, postanowiliśmy, że jej pomożemy, bo szkoda byłoby zmarnować taki potencjał. W 2015 roku zrealizowaliśmy festiwal, którego oś narracyjna zbudowana była wokół organizowanych w miejscowości położonej w gminie Prabuty od lat 90. plenerów rzeźbiarskich koordynowanych przez profesora Mariusza Białeckiego z gdańskiej ASP. Zaprosiliśmy wówczas głównie artystów z Torunia oraz twórców lokalnych. Nasz budżet wynosił 200 PLN, ale się udało i poczuliśmy, że chcemy tę pracę kontynuować.

Czyli jesteście typowym przykładem oszołomienia artyzolem[1] – cieszycie się, że wspieracie kulturę, i nie przejmujecie się tym, że ona jakoś nie wspiera waszej egzystencji.

M.Z.: Współpraca z Natalią była fajna. Poczuliśmy, że nasze działania jakoś rezonują z przestrzenią i społecznością miasta, stało się tak gównie za sprawą jednej realizacji. Kasia Malejka, artystka wizualna z Torunia, przygotowała pracę o nazwie Lampa. Była to instalacja site-specific, na którą składał się czarny aksamitny całun o wymiarach 2,5 x 2,5 metra zawieszony na jednej z ulicznych latarni w bardzo charakterystycznym miejscu, przy wiadukcie kolejowym na obrzeżach Nowego Miasta. Całun powiewał na wietrze, przymując kształt trochę zjawy, a trochę kobiety w hidżabie, czasem wyglądał jak wielka anarchistyczna czarna flaga. W nocy latarnia się zapalała, tworząc falujące refleksy na ulicy i okolicznych budynkach. Mnóstwo ludzi widziało tę pracę. Oczywiście nie zabrakło kontrowersji, bo okazało się, że została ona zamontowana nie na tej latarni, na którą dostaliśmy pozwolenie. Część osób sugerowała, że praca zagraża bezpieczeństwu na drodze. Wiceburmistrz zrugał nas w stylu: „Bardzo dobrze zrobiliście, ale...”. Zdecydowaliśmy, że chcemy dalej działać na styku architektury i nowoczesnego krajobrazu wiejskiego.

Iza Redman-Zalewska: Kulturowego i współczesnego.

M.Z.: Nie interesują nas skanseny. Interesuje nas sztuka współczesna, ale nie galeryjna. Wymyśliliśmy więc, że kolejną edycję festiwalu zrealizujemy w rozszerzonej formule –zaprosimy artystów z zewnątrz, którzy zrealizują prace przeznaczone dla konkretnych przestrzeni w naszej okolicy.

I.R.-Z.: I że zrobimy wystawę fotografii Zofii Rydet, bo jej prace bardzo pasują do tematu festiwalu.

M.Z.: Pasują i są łatwiejsze w recepcji dla osób nieprzygotowanych do odbioru sztuki, bo opowiadają historię w sposób bardziej krwisty – jeśli można tak powiedzieć – niż na przykład sztuka konceptualna. Staramy się też pokazywać dzieła twórców lokalnych. W tym roku zaprezentowaliśmy miniatury znanych budynków regionu oraz makiety budowli fantastycznych tworzone przez pana Józefa Daleckiego, urodzonego w 1930 roku w Małych Bałówkach. Bardzo chcielibyśmy w przyszłości skorzystać z przestrzeni Muzeum Etnograficznego w Nowym Mieście, ale niestety z powodu złych warunków technicznych od kilku lat jest ono zamknięte.

Jakie zbiory ma to muzeum?

M.Z.: Typowe dla tego typu miejsc: garnki, narzędzia rolnicze, ale też prototyp ratunkowej łodzi podwodnej wymyślonej przez kowala z Górali, czyli wioski między Nowym Miastem a Jabłonowem – gościa, który morza w życiu nie widział! Łódź opatentowana została w 1912 roku, jest na to dokument podpisany przez Cesarza Niemiec Wilhelma III. Muzeum znajduje się w średniowiecznej baszcie. Władze nie mają kasy na restaurowanie jego eksponatów, a korniki pracują. Naszą ambicją jest przywrócić to muzeum do życia.

Tegoroczna edycja festiwalu Nowe Ciepło nosi podtytuł Budowa Systemem Gospodarczym. Ten rodzaj budownictwa bywa niesamowicie inspirujący, bo zasady architektury łączą się tu z fantazją, za którą często stoją dość przyziemne racje.

I.R.-Z.: Chcemy być na czasie, bo nie wiem, czy wiesz, ale właśnie teraz przeżywamy w Polsce potężny rozwój budownictwa, najsilniejszy od 1995 roku, czyli momentu faktycznego wyczyszczenia kraju z Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego. Do tego dochodzi kwestia ogromnej dostępności działek położonych na terenach cennych krajobrazowo oraz wiejski etos bycia na swoim podwórku. Większość zabudowy regionu stanowią albo przedwojenne domy wpisujące się w czytelny program architektury regionalnej, albo kombinowane budynki czasów realnego socjalizmu. To z tego drugiego rezerwuaru obecni inwestorzy czerpią wiedzę o tym, jak budować oszczędnie. A oszczędnie to ładnie. Uważam, że budowanie systemem gospodarczym dobrze oddaje kondycję, w jakiej znajduje się obecnie nasze państwo i społeczeństwo, kipiące od napięć, cierpiące na krótkowzroczność i z powodu ciągle klnących na podwórzu majstrów. Suma niestabilnych inwestycji połączona z półdziką suburbanizacją jedenastotysięcznej miejscowości tworzy obecny świat, w którym funkcjonujemy, psioczymy na niego i codziennie się mu przyglądamy z niesłabnącym zaciekawieniem.

M.Z.: Ważny element festiwalu stanowił konkurs na najładniejszy dom jednorodzinny ziemi lubawskiej. Pomysł był prosty: zapraszamy do udziału wszystkich mieszkańców. Tak jak istnieją konkursy na najładniejszego psa czy ogródek, tak tu po prostu chodziło o najładniejszy dom. Ludzie nadsyłali zdjęcia, a pod koniec września wybraliśmy najciekawsze propozycje i je nagrodziliśmy. Mamy nadzieję, że konkurs stał się zaczątkiem tworzenia archiwum fotografii domów współczesnych, repozytorium historii i tożsamości architektury codziennej.

I.R.-Z.: Ale chodziło nam także o uchwycenie specyficznej perspektywy patrzenia na te budynki przez ich właścicieli – przecież nadesłane przez nich zdjęcia ich zdaniem w najbardziej korzystny sposób prezentują domostwo. Istotny był też fakt, że oni musieli również opisać jego najciekawsze elementy.

Współczesna architektura wiejska czy małomiasteczkowa to temat bardzo zaniedbany w dyskursie architektonicznym. Wasze działania wydają się niesłychanie istotne także z tego powodu, że współczesne budownictwo jednorodzinne w Polsce jest raczej uważane za źródło wszelkiego zła, za kumulację estetycznie i funkcjonalnie wątpliwych rozwiązań. Co o tym myślicie?

M.Z.: Proponuję wszystkim krytykom, by odwiedzili państwa Skimów, których dochód wynosi 1000 PLN na głowę i którzy od pięciu lat wraz z dziećmi mieszkali u teściów, ale niedawno udało im się tanio odkupić od gospodarza nieużytek. I niech teraz ci wszyscy krytycy powiedzą im, że podstawowym celem powinno stać się estetyczne wykończenie domu oraz jego spójność z krajobrazem. Ruch budowlany, który nas interesuje, to mieszanina skrajnej pragmatyki zastosowanej w projektowaniu wnętrz budynków oraz usilnych prób redukowania kosztów. Estetyka budynków wynika z ich funkcji, a ta jest skierowana do wewnątrz, skupiona na życiu rodzinnym. Szeroka perspektywa przyjmowana przez krytyków jest pełna białych plam jeśli chodzi o namysł nad przestrzenią domową. Jeszcze inną kwestią jest petryfikujące oko osób, które stawiają tezy o katastrofalnym poziomie polskiej architektury prowincjonalnej. Grzechy sentymentu za wsią-skansenem, klisze wyniesione z przedmieść wielkich miast, zupełnie innych od Polski powiatowej, czy czynniki niezwiązane z inwestorami prywatnymi, jak reklamy, brak MPZP czy stan zieleni publicznej, w perspektywie krytyków zlewają się w jeden problem „100 lat planowania w Polsce”. Zwłaszcza, gdy taki malkontent patrzy przez okno samochodu, jadąc drogą krajową.

Z jednej strony w naszych działaniach chodzi więc o oswajanie przestrzeni, a z drugiej o wykorzystanie wytworów inwencji, która uruchamia się w trakcie budowania, a więc siłą rzeczy przekształca typowość w wyjątkowość. Wydaje mi się, że nasza praktyka przypomina – może nie jeśli chodzi o treść, ale na poziomie filozofii – to, co zrobił zespół pracujący nad projektem Niewidzialne miasto[2]. Przyglądamy się ludzkim praktykom, które rozwalają cały ten ład narzucony przez powtarzalność i tanią projektowość. Kiedy ludzie stwierdzają, że będą budować dom trochę przy pomocy wujka, a trochę sąsiadów, to jest to esencja uczłowieczania projektów typowych. Do tego wszystkiego trzeba dodać fakt, że sami chcemy wybudować dom. Może jest to samolubne, ale robimy rekonesans. (śmiech)

I.R.-Z.: Pewnie na koniec stwierdzimy, że wszystko to nie ma sensu i wyprowadzamy się do Torunia.

M.Z.: Nasza sytuacja jest dość osobliwa, bo interesujemy się krajobrazem, rozwojem urbanistyki i ruralistyki oraz promujemy zwarte osadnictwo zamiast rozlanej zabudowy, sami jednak nabyliśmy tanią działkę pośrodku pola i właśnie na niej chcemy postawić dom. Trochę więc sobie przeczymy, ale ciekawi nas wykorzystanie pracy artystycznej i wspólnego namysłu – chcemy zobaczyć, czy to ma sens. Zaprosiliśmy artystów na pierwszą wyprawę po tej naszej działce, zrobiliśmy ognisko i uprawialiśmy inne formy zaangażowanego rozpoznania przestrzeni [śmiech].

Realny wpływ kultury na życie społeczne to dziś jeden z najciekawszych problemów. O tym, jak wzory, które wytwarzamy w przestrzeni kultury, przenieść na życie społeczne, dywagujemy w oparciu o wiedzę wyniesioną z doświadczeń w środowiskach miejskich, ale poszukiwanie odpowiedzi w pracy z mniejszymi grupami może być bardziej owocne, ponieważ daje natychmiastową informację zwrotną. Jakie są wasze doświadczenia w tej materii?

I.R.-Z.: Generalnie bywa trudno. Wszystko jest rozproszone. Ciężko dotrzeć do odbiorców, bo nie każdy korzysta z mediów społecznościowych, trzeba więc wcielać w życie inne sposoby zdobywania publiczności. Na przykład gdy wyświetlaliśmy film w jednej z wsi po dawnym PGR-rze, promocję robił nam proboszcz. Seans się udał, przyszła publiczność, była dyskusja.

M.Z.: Nie oszukujmy się, w dużych miastach współpraca w znacznym stopniu opiera się na relacjach środowiskowych. Na wsi nie ma środowiska, więc pomaga ci każdy, kto chce, relacje tworzą się w niehomogenicznych grupach. Informacja się rozprasza, dociera do osób, które często są nieprzygotowane na jej odbiór i to często przynosi intrygujące efekty. Zaczynasz rozmawiać o sztuce ze strażakami – musisz, bo oni stoją i zastanawiają się, co to jest. Dlatego na wsi sojusze między grupami społecznymi wychodzą jakoś samoistnie. To jest partycypacja w sztuce przez codzienność. Według mnie taki sposób obcowania ze sztuką – nie poprzez patrzenie, ale przez branie udziału – ma wiele sensu. Po drugie nasze działania siłą rzeczy muszą być ukierunkowane punktowo. Nie ma co się oszukiwać, że będziemy trafiać do rzesz ludzi zainteresowanych kulturą, bo ich po prostu nie ma. Praca z małymi grupami czy nawet z pojedynczymi osobami też jest ekstra. Zrealizowaliśmy mural de facto dla dwóch odbiorców. Pokaz filmu, o którym wspomniała Iza, był niesamowicie wartościowym doświadczeniem dla wszystkich. Zaprosiliśmy ludzi ze stowarzyszenia Folkowisko z Gorajca na Roztoczu, którzy organizują festiwal folkowy i są mocno zanurzeni w kulturze chłopskiej. Nakręcili film o dziedzictwie pańszczyzny. To paradokument poświęcony podróży Magdy, pochodzącej z rodziny chłopskiej, i Franciszka, który ma szlacheckie, arystokratyczne pochodzenie. Zrobiliśmy pokaz w Ostrowitem – wioseczce z kościołem gotyckim i dawnym majątkiem. Wsparł nas nie tylko proboszcz, ale też lokalne stowarzyszenie, prowadzone przez ludzi przyjezdnych – byłych filmowców, którzy chcą animować lokalną społeczność. Akurat o tej samej godzinie telewizja nadawała mecz piłkarski, w którym grała Polska, a mimo to na pokaz przyszło mnóstwo ludzi. Potem rozpoczęła się dwuipółgodzinna dyskusja, momentami bardzo nieprzyjemna. Okazało się, że głosem lokalnej społeczności stały się głosy przyjezdnych, którzy zawłaszczyli rozmowę, ostro krytykując prochłopską wymowę filmu.

I.R.-Z.: W duskusji rzecz jasna brali też udział twórcy tego filmu.

M.Z.: Słychać było trzy różne głosy: napływowych mieszkańców, którym film się nie spodobał, filmowców mówiących ciekawie, ale posługujących się głównie językiem akademickim, oraz co prawda zmarginalizowany, a mimo to najbardziej mięsisty głos mieszkańców. Akurat w tamtym majątku przed wojną dziedzicem był Niemiec, którego wszyscy chwalili, ponieważ uratował figurę Matki Boskiej i chronił ludzi w czasie wojny. Wyobraź sobie: sala gimnastyczna miejscowej szkoły, godzina 21.30, dzieci śpią, a dyskusja wre i wszyscy się kłócą.

Czy doszliście do jakiejś konkluzji? 

M.Z.: Skończyło się na stwierdzeniu, że w różnych regionach Polski było różnie. Nasza dyskusja nie dotyczyła jednak klasowego charakteru społeczeństwa – ta narracja została odrzucona przez wszystkich mieszkańców. Konflikt przeniósł się na poziom regionalny i to było dla nas bardzo ciekawe, wyartykułowana została różnica jedynie na poziomie lokalnym.

Czy argumentacja wyrażona w żargonie akademickim w jakikolwiek sposób trafia do ludzi mówiących prostym językiem?

M.Z.: To jest możliwe, ale trzeba stworzyć warunki dla takiego porozumienia. Akurat dyskusja po pokazie nie jest tu dobrym przykładem, bo została zdominowana przez osoby posiadające większy kapitał symboliczny. Patrzyliśmy na ludzi zamieszkujących popegeerowskie czworaki, którzy chcieli coś powiedzieć, ale nie mogli.

Przyjmując rolę animatorów, projektujecie warunki spotkania przedstawicieli różnych grup społecznych. Jak myślicie, kim jesteście dla tych ludzi – nowym hrabią, który nagle poczuł miętę do chłopstwa?

I.R.-Z.: Jeden argument skutecznie usuwa dystans pomiędzy nami a nimi, bo my również pochodzimy stąd. Ten fakt daje pewien komfort i buduje poczucie wspólnoty doświadczeń. Czasem ludzie są zaskoczeni, że w ogóle interesuje nas tego typu działanie w obszarze kultury, odpowiadają ignorancją i pobłażliwością, albo staje się to dla nich szansą na przeżycie czegoś nowego. Nie mam pojęcia, jak długo utrzyma się ten efekt świeżości, generujący dotąd zainteresowanie.

M.Z.: Często nasze działania klasyfikuje się jako dziwactwa. Moje pierwsze działanie quasi-artystyczne miało miejsce cztery albo pięć lat temu. W ramach ówczesnej edycji Nowego Ciepła zaproponowałem przeprowadzenie konsultacji społecznych dotyczących zaniedbanego parku miejskiego. Wtedy właśnie pierwszy raz miałem poczucie, że robię coś dziwacznego i nieadekwatnego. Ale wyznaczyłem sobie cel i dostałem informację zwrotną. Jeśli zaczniesz skupiać się na tym, że twoje działania są dziwactwami, twoje ręce będą związane. Im więcej realizujemy tego typu projektów, tym większa staje się tolerancja otoczenia na „dziwaczność”. Nasze praktyki też stanowią mieszankę różnych porządków – sztuka zostaje włączona w działania animacyjne i krajoznawcze, co też zmiękcza tę artystyczną sztuczność. Wątpię jednak, czy kiedykolwiek uda się ją usunąć, bo na niej też opiera się natura sztuki.

Jakiś czas temu wraz z naszym przyjacielem Arkiem Pasożytem postanowiliśmy zrobić mural na stodole z białych pustaków w jednym z opuszczonych gospodarstw we wsi Rynek. Chcieliśmy się dogadać z właścicielem, ale nie liczyliśmy na wiele, myśląc, że to jest taki bogaty gość, co ma gdzieś budynek, bo dla niego liczy się tylko ziemia. Obawialiśmy się, że powie nam, żebyśmy spadali na drzewo, a tymczasem on uznał nasz pomysł za bardzo ciekawy! W niedzielę, po mszy w kościele, przyjechał obejrzeć nasz projekt i stwierdził, że „za mało kolorowy”. Myślę, że efekt końcowy nie usatysfakcjonował go estetycznie, ale doszło między nami do interakcji, w efekcie której zrealizował się proces projektowy. A to niby był bezsensowny pomysł – robić mural na środku pola…

I.R.-Z.: …ale z dobrą ekspozycją, bo widać go z drogi wojewódzkiej łączącej Lidzbark i Lubawę…

M.Z.: Nasze działania polegają na wspólnym przechodzeniu przez pewne procesy tak, żeby odbiorca nie czuł się tylko biernym widzem.

Zanim włączyłam dyktafon, opowiadaliście o specyfice terenów położonych przy granicach. Oczywiście pogranicza są najciekawszymi przestrzeniami do działań czerpiących z bogactwa kultur. Czy wy sięgacie do historii tych okolic, położonych na dawnym pograniczu?

M.Z.: To jest sexy, kiedy mówi się, że zna się gwarę lubawską.

I.R.-Z.: Ludziom ziemia lubawska kojarzy się z Pojezierzem Mazurskim albo Warmią, a to nie jest ani to, ani to.

Mama Marcina (obierając fasolkę): Jak historia długa, to zawsze było niemieckie albo polskie, zawsze przy granicy.

M.Z.: Za Lidzbarkiem była granica z Rosją, ale te rejony zawsze były ostoją polskości. W dwóch wsiach stoją tak zwane „poniatówki” – drewniane domy budowane w latach 20. przez ministra rolnictwa. Otoczeni jesteśmy całym mnóstwem narracji, dostępnych z pierwszej ręki.

 I.R.-Z.: Wiele można się też dowiedzieć od roślin: czytać dawne układy urbanistyczne, identyfikować miejsca, gdzie były majątki. Na przykład na granicy powiatów widać zmianę w doborze gatunkowym drzew.

M.Z.: Śledzimy też temat ręcznie robionych materiałów budowlanych. Iza ma kontakt z ludźmi, którzy sami formują pustaki.

I.R.-Z.: We wsi Jeleń pod Lidzbarkiem większość budynków była postawiona z pustaka z formy posiadającej specjalny znaczek, taki jakby rozchodzący się po krzyżu kwiatek. I on występuje tylko w tej wsi! Podobno produkował je pewien okoliczny murarz w latach 50. i 60.

M.Z.: Nasz region, wciśnięty pomiędzy Mazury a Pomorze, aż kipi od tematów do pracy artystycznej.

 

Marcin Zalewski – antropolog kultury, dziennikarz. Na co dzień pracuje w Domu Kultury Bydgoskie! w Toruniu, zawodowo zajmuje się animacją kultury. Realizuje także projekty kuratorskie (Obserwatorium Miejskie, Pracownia Społecznego Dizajnu) oraz dotyczące edukacji nieformalnej dzieci i dorosłych.

Izabela Redman-Zalewska – ogrodniczka i architektka krajobrazu, pracuje w Welskim Parku Krajobrazowym. Interesuje się „czytaniem krajobrazu”, jego kompozycją i analizą. Zajmuje się także edukacją przestrzenną oraz ogrodniczą z zakresu miejskiego ogrodnictwa. Współpracowała z Domem Kultury Bydgoskie! W Toruniu i Galerią Nad Wisłą. Projektuje ogrody i zielone tereny rekreacji.

Fundacja Inicjatyw Krajobrazowych Wybudowania – organizacja pozarządowa stawiająca sobie za cel twórcze powiązanie architektury, ruralistyki, antropologii oraz sztuki współczesnej dla poprawy jakości życia na terenach pozawielkomiejskich. W tym roku pod koniec września fundacja współorganizowała piątą już edycję festiwalu Nowe Ciepło, tym razem poświęconą polskiej kulturze domów jednorodzinnych oraz społecznemu fantazmatowi domu zbudowanego własnymi rękoma. Wzięli w niej udział m.in. Karolina Balcer, Piotr Bujak, Mieszkańcy Regionu, Parque-no, Arek Pasożyt, Dominik Stanisławski, Atelier Starzak Strebicki, Łukasz Surowiec i Tytus Szabelski, pokazywano również prace Zofii Rydet. Kuratorzy: Natalia Reszka i Marcin Zalewski.

 

[1] Tajemnicza substancja o nazwie artyzol „powoduje, że artystki, kuratorzy czy asystentki zajmują się sztuką, nawet jeśli ich aktywność prowadzi do biedy i frustracji. Dzięki artyzolowi satysfakcja ludzi sztuki przestaje być związana z wynagrodzeniem czy warunkami pracy“, [w:] Kuba Szreder, ABC Projektariatu. O nędzy projektowego życia, Wydawnictwo Bęc Zmiana, 2016.

[2] Niewidzialne miasto – wieloletni projekt badawczy dotyczące sposobów organizowania przestrzeni miasta przez mieszkańców, zrealizowany przez grupę socjologów z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu pod kierownictwem prof. Marka Krajewskiego, www.niewidzialnemiasto.pl.