Gilles Deleuze, Felix Guattari, "Tysiąc Plateau", wyd. Bęc Zmiana, projekt okładki: Grzegorz Laszuk

NAPRAWDĘ WYWROTOWE SĄ AKTY ZDRADY

Deleuze i Guattari mówią: eksperymentujcie, ale też uważajcie, bądźcie wyczuleni na momenty, w których to, co było źródłem nowych afektów albo – mówiąc po spinozjańsku – zwiększało liczbęsposobów, na jakie może być pobudzane wasze ciało, zaczyna prowadzić w stronę autodestrukcji, śmierci, „czarnej dziury” - mówi Michał Herer, autor wstępu do polskiego wydania Tysiąc Plateau Gillesa Deleuze'a i Felixa Guattariego.

 

We wstępie, który napisałeś do polskiego wydania, wspominasz o tym, że jak na tekst filozoficzny jest to pozycja dosyć osobliwa, bo mamy tu do czynienia nie z książką „do zrozumienia”, tylko z taką, która oddziałuje. I zastanawiam się, co to właściwie znaczy, bo jest wiele sposobów, na jakie książka może działać czy wywierać wpływ: może wprowadzać w pewien nastrój, jak często robi to literatura, może usiłować do czegoś nakłaniać – co na różne sposoby starają się osiągnąć wszelkie poradniki, dzieła religijne i moralizatorskie, a także manifesty polityczne – albo, nieco subtelniej, wyzwalać jakieś postawy, zmieniać perspektywę... Na czym polega działanie tej książki?

W Anty-Edypie, czyli w pierwszym tomie Kapitalizmu i schizofrenii, którego Tysiąc plateau jest tomem drugim (choć w istocie nie są to żadne „tomy”, tak jak plateau nie są rozdziałami), Deleuze i Guattari piszą: nieświadomość nic nie znaczy, ona tylko działa w pewien sposób. Oczywiście gdybym powiedział, że książka, o której mówimy, „nic nie znaczy”, brzmiałoby to jak paradoks albo prowokacja. Po co ją w takim razie czytać? Faktem jest, że składa się ona ze zdań i że te zdania coś znaczą, coś stwierdzają. Zarazem jednak jej siła nie tkwi w żadnym ze sformułowanych w niej twierdzeń (nawet w moim ulubionym: „Bóg jest homarem”) ani w ich sumie, która składałaby się na jakąś teorię. Rozmaitych teorii jest tam bardzo wiele, ale jeśli lektura Tysiąca plateau jest doświadczeniem wyjątkowym, to nie dlatego, że w jej wyniku stajemy się wyznawcami którejś z nich albo w ogóle nabywamy jakichś „przekonań” czy „poglądów” (filozofia, w której chodzi o przekonywanie do takich czy innych poglądów, może być mniej lub bardziej ciekawa, ale ostatecznie nie o to przecież chodzi). Umieszcza nas ona właśnie na pewnym poziomie, plateau intensywności myślenia. A więc można tak myśleć?! Tak pisać?! Poza tym, na co zwracało uwagę wielu czytelników tej książki, jest to nie tyle (akademicki) podręcznik, ile coś w rodzaju przewodnika albo wręcz poradnika. Słynne CbO (Ciało bez Organów) to coś, co trzeba sobie „sporządzić”, i szóste plateau daje wskazówki, jak to zrobić. Czy żeby „sporządzić sobie” CbO, trzeba najpierw zrozumieć, czym ono jest, dokładnie przyswoić sobie koncepcję takiego ciała wyłożoną przez Deleuze’a i Guattariego? Chyba niekoniecznie. Można oczywiście próbować ją zrozumieć (choć śmiem twierdzić, że w stu procentach nie udaje się to nigdy), jeszcze ważniejsze jest jednak podążanie za wskazówkami. Wtedy może przyjść zrozumienie innego rodzaju. Zaczyna działać w tobie CbO i wykrzykujesz: „A więc to o to chodziło!”. Tysiąc plateau to przewodnik dla nomadów (każdy może być nomadą, nawet nie ruszając się z miejsca), antyfaszystów (każdy może być antyfaszystą, także w sensie walki z „mikrofaszyzmami” dnia codziennego), eksperymentatorów wszelkiej maści…

Co mają na celu te wszystkie wskazówki i porady? Co jest stawką tego poradnika? 

Tysiąc plateau nie składa się oczywiście w całości z takich porad czy instrukcji, tam zaś, gdzie się one pojawiają, dotyczą bardzo różnych rzeczy. Powiedziałbym, że są dwa motywy przewijające się przez wszystkie te fragmenty. Po pierwsze, zawsze chodzi o uruchomienie jakiegoś procesu stawania-się, czy będzie to stawanie-się-zwierzęciem, stawanie-się-kobietą, czy stawanie-się-niedostrzegalnym. Filozofowie od dawna spierają się, czy pierwszeństwo przyznać bytowi, który jest (Platon), czy raczej ruchowi stawania się (Nietzsche). U Deleuze’a i Guattariego, chociaż na pewno bliżej im do Nietzschego niż do Platona, chodzi o coś innego. O to, jak stawać się czymś, na przykład zwierzęciem, jak uruchomić w sobie ten proces. Nigdy nie polega to na naśladowaniu (kobiety, zwierzęcia), na byciu jak… Przemianą tego rodzaju rządzi nie analogia, podobieństwo formy albo posiadanie wspólnych cech, tylko zasada eksperymentu, modyfikacji rytmów i stosunków części składowych ciała, prowadząca do wytworzenia nowych (nie-męskich, nie-ludzkich) afektów. Drugi motyw również wiąże się z praktyką eksperymentu, ale wyznacza raczej coś w rodzaju zasady ostrożności, rozwagi. Deleuze i Guattari mówią: eksperymentujcie, ale też uważajcie, bądźcie wyczuleni na momenty, w których to, co było źródłem nowych afektów albo – mówiąc po spinozjańsku – zwiększało liczbę sposobów, na jakie może być pobudzane wasze ciało („nie wiemy, co może ciało” – to jeden z ulubionych cytatów Deleuze’a i Guattariego ze Spinozy), zaczyna prowadzić w stronę autodestrukcji, śmierci, „czarnej dziury”. Kiedy eksperyment przybiera zły obrót i zamiast otwierać, odblokowywać połączenia, zamyka i zasklepia, prowadzi do fiksacji, nałogu itp.

Wracając jeszcze do adresatów tego rodzaju przestróg, a zarazem bohaterów tej książki – wymieniasz antyfaszystów, nomadów, ale obok nich mamy też ćpunów, masochistów, schizofreników, pustelników, czarowników, kobiety i dzieci, a także bohaterów zbiorowych, a nawet nieludzkich: sfory zwierzęce, epidemie. Łatwo byłoby powiązać te elementy w serię i powiedzieć, że wyłania się tu pewien archetyp antybohatera, będącego zaprzeczeniem tradycyjnej formy podmiotu: racjonalnego białego mężczyzny. Jednak takie ujęcie byłoby raczej niezgodne z intencjami autorów Tysiąca plateau, bo sprowadzałoby ich koncepcję do prostego odwrócenia, dowartościowania tego, co spychane na margines. Zakładając, że nie o to tu chodzi, że nie mamy tu do czynienia z prostymi antywzorami, kim są te postacie, dlaczego – albo dla czego – są one istotne?

Deleuze kilkakrotnie, ale chyba nie w tej książce, stwierdzał, że nie interesuje go romantyczna apologia wykluczonych, różnego rodzaju Innych, którym z racji ich inności przysługiwać ma status burzycieli panującego porządku. Romantyzm szaleństwa, romantyzm grup zmarginalizowanych itp. Do tej pory panował biały heteroseksualny mężczyzna, więc wymalujmy na naszych sztandarach kolorową lesbijkę i możemy czuć się w awangardzie rewolucji… To nigdy tak prosto nie działa. Co nie znaczy, że nie należy sprzyjać kolorowym lesbijkom. Dla Deleuze’a i Guattariego wywrotowość nigdy nie wynika po prostu z tego, czym się jest, tylko – raz jeszcze – ze zdolności do stawania się kimś lub czymś. Dlatego wszystkie postacie (jednostkowe i zbiorowe, choć tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo jednostka sama jest wielością, wielostką…), które wymieniłaś, są nie tyle jakimiś nowymi bohaterami czy antybohaterami, ile kierunkami, wektorami stawania się. W Tysiącu plateau bardzo ważną rolę odgrywa pojęcie mniejszości, nie chodzi w nim jednak o przynależność do jakiejś grupy, bycie w mniejszości i domaganie się – jak nazwaliby to filozofowie niemieccy – uznania, lecz, przeciwnie, o gest zerwania, zdrady, o nieprzynależność. Mężczyzna stający-się-kobietą zdradza swoją płeć. Europejczyk stający-się-Arabem zdradza swoją „białą” kulturę. Człowiek stający-się-zwierzęciem zdradza swój gatunek. Naprawdę wywrotowe, destabilizujące są właśnie te akty zdrady, a nie procesy, w wyniku których jakaś mniejszość zyskuje prawa przysługujące większości. Ta druga walka też jest konieczna, ale do jej uzasadnienia nie potrzeba takich książek. Jak łatwo się domyślić, jest to coś, za co najbardziej „dostało się” Deleuze’owi i Guattariemu, nie tylko od feministek, ale chyba przede wszystkim od nich. To dość trudna sprawa, bo rzeczywiście: czy przy takim postawieniu sprawy ów nieszczęsny biały heteroseksualny mężczyzna znów nie okupuje środka sceny? Skoro istnieje tylko stawanie się „w kierunku” mniejszości, to znaczy, że tylko mężczyzna może stawać się kobietą, ale nie na odwrót, tylko Europejczyk Arabem itd. Ale z drugiej strony: jeśli przez „mężczyznę” rozumiemy pozycję materialnej i symbolicznej dominacji, wolę panowania, to czy chodzi teraz o zajęcie owej pozycji przez kobiety, tak by mogły panować nad mężczyznami, innymi kobietami, zwierzętami i w ogóle „czynić sobie Ziemię poddaną”? Chyba niekoniecznie.

Chyba nie, skoro chodzi o stawanie się, które nie jest naśladownictwem – zresztą Deleuze z Guattarim podkreślają, że w ruchu stawania się oba człony ulegają przemianie, a linia ujścia przebiega pomiędzy formami i prowadzi poza nie. Plus sam kierunek to mimo wszystko sprawa relatywna – Arab stający się Europejczykiem również zdradza swoją kulturę, co zresztą z perspektywy jego zdolności do stawania-się-kobietą może być całkiem wywrotowe, bo w tej chwili to właśnie w kulturze Zachodu mężczyzna stający się kobietą powoli uzyskuje rację bytu, a może nawet w ogóle się nią staje: jesteśmy świadkami „kryzysu” tradycyjnych wzorców męskości i kobiecości, bezprecedensowego roztapiania i stapiania się tych form. Ten proces oczywiście nie zaczął się wczoraj, ostatnio jednak przyspieszył i mam wrażenie, że w ciągu 36 lat, jakie upłynęły od napisania Tysiąc plateau, ta książka niejako przesunęła się względem historii. W tej chwili jest już nie tyle wywrotowa, ile po prostu adekwatna, bo stawanie się jest faktem może nie dokonanym, ale dokonującym się wszędzie na naszych oczach: Arabowie stają się Europejczykami, a Europejczycy Arabami, we wszystkich możliwych sensach i kierunkach tego stawania się – mrocznych i jasnych, geograficznych i ludzkich; mężczyźni stają się kobietami, a niektórzy stają się przy tym nawet bohaterami popkultury – jak słynny androgyniczny model Andreja Pejić – zaś na jej marginesach powstają też ludzie-zwierzęta: ludzie-koty i ludzie-węże, ale też ludzie-lalki. Te stawania-się pozostają nadal marginalne w sensie ilościowym, ale są również odzwierciedleniem sytuacji większości, bo żyjemy w rzeczywistości, w której nastąpiła destabilizacja form, rodzą się mutacje, rozpadają i mieszają wzorce – w związku z czym nie wiadomo nawet, czy da się wciąż tak po prostu sytuować to, co foremne, po stronie panującego porządku, a stawanie-się utożsamiać z tym, co wywrotowe. Bo choć cała ta destabilizacja form to niewątpliwie wspaniała okoliczność, to im dłużej się jej przypatrujesz, tym bardziej okazuje się skomplikowana: niektóre formy stawania się prowadzą na manowce, nie każdy eksperyment okazuje się zajebisty. Dlatego może potrzeba odpowiedzi na pytanie nie tylko o to, jak się stawać, ale też jakim się stawać? Czy, poza zaleceniem ostrożności, Tysiąc plateau oferuje tu jakieś wskazówki?

Hmm, nie jestem do końca przekonany, czy stawanie się Araba Europejczykiem Deleuze i Guattari uznaliby za stawanie się. W ich rozumieniu w stawaniu się wyróżniony zostaje jeden kierunek, „w stronę” mniejszości. Chodzi o to, by zdradzić swoją rasę, ale na rzecz rasy „niższej” (słynne: „Pochodzę z niższej rasy od nieskończonych czasów” z Sezonu w piekle Rimbauda, przywołane w Anty-Edypie). Stawanie się rasą wyższą albo stawanie się białym heteroseksualnym mężczyzną to nie byłaby, w kategoriach Deleuze’a i Guattariego, zdrada, tylko oszustwo (kiedy zdradzasz, popełniasz coś w rodzaju społecznego samobójstwa, oszukujesz zaś po to, żeby coś zyskać, mieć lepszą pozycję itp.).

Natomiast pełna zgoda co do tego, że płynność form i wszechobecne mutacje nie muszą mieć, zwłaszcza dziś, zawsze „wywrotowego” charakteru. Niektórzy idą za tą obserwacją tak daleko, że uznają Deleuze’a i Guattariego, z ich schizofreniczną „jazdą”, za proroków nowego kapitalizmu, który na naszych oczach odjeżdża na całego i który rodził się właśnie w momencie pisania Tysiąca plateau… Chodzi o kapitalizm sieci, mobilności, elastyczności, fluktuacji i przepływów. Osobiście nie uważam, żeby taka krytyka była całkiem uczciwa, tak samo jak w ogóle krytyka kontrkultury i ducha Maja ‘68 (z którego mniej lub bardziej wyrastają oba tomy Kapitalizmu i schizofrenii) jako czegoś, co po prostu przygotowało drogę dla nowych form zarządzania, ale to chyba temat na inną rozmowę. Książka, o której rozmawiamy, powstała na samym początku mrocznej epoki, w której ciągle żyjemy. Inaczej niż Anty-Edyp (1972), który stanowi bezpośrednie świadectwo fermentu lat 60., Tysiąc plateau (1980) ukazało się momencie, w którym fala buntu ostatecznie opadła, na fali wznoszącej znalazł się natomiast neoliberalizm. Tym bardziej jednak należy tę książkę czytać – przynajmniej w tym aspekcie pozostaje ona w relacji ciągłości z pierwszym tomem. W Anty-Edypie Deleuze i Guattari szczegółowo opisywali mechanizmy pozwalające kapitalistycznej maszynie społecznej absorbować i neutralizować wszelkie procesy upłynniania albo – mówiąc ich językiem – dekodowania czy deterytorializacji. Kapitalizm definiowali nawet jako pierwszą w dziejach maszynę, której działanie wręcz oparte jest na płynności, pod warunkiem, rzecz jasna, że da się ona wpisać w aksjomatykę rynku… Ta lekcja wciąż obowiązuje w Tysiąc plateau. Nie każde stawanie się jest „zajebiste” albo – jak kto woli – nie każda transformacja czy mutacja jest stawaniem się. Sądzę, że mimo wszystko podążanie za wskazówkami z plateau o tym, jak „sporządzić sobie Ciało bez Organów” nawet w najbardziej awangardowej korporacji byłoby raczej prostą drogą do zwolnienia niż do stołka dyrektora…

Z pewnością, ale też krytyka Deleuze’a i Guattariego, podobnie jak ruchów emancypacyjnych w ogóle, jako mimowolnych stronników kapitalizmu, jakkolwiek niesprawiedliwa, dotyka pewnego realnego problemu: łatwości, z jaką kapitalizm wchłonął postulaty emancypacji pragnienia, oraz tego, że same te postulaty okazały się w praktyce nie tak bezproblemowe, jak by się mogło wydawać, a ich realizacje wyglądają czasem jak parodie idei, które za nimi stały – wystarczy spojrzeć na symbol rewolucji seksualnej i idei libertariańskich, czyli Hugh Hefnera z jego haremem kobiet-króliczków. To oczywiście nie znaczy, że należy krytykować emancypację. Problematyczne jest jedynie zbyt proste założenie, że wyzwolone pragnienia same z siebie, za sprawą jakiejś niewidzialnej ręki, stworzą świat powszechnej szczęśliwości – dlatego, obok postulatu emancypacji, konieczna jest jeszcze jakaś propedeutyka pragnienia, mająca jednak na celu nie jego kontrolę albo poskramianie, ale takie jego wyzwalanie, które nie obraca go przeciwko sobie, nie prowadzi w stronę faszyzmu czy innej „czarnej dziury”. I wydaje mi się, że właśnie w tej kwestii Deleuze i Guattari mają sporo do powiedzenia, że Tysiąc plateau, jeśli odczytywać je jako poradnik, dotyczy właśnie tego – przepisu na pragnienie. O to też chyba chodzi we wskazówkach dotyczących Ciała bez Organów. Więc jak właściwie sporządzić sobie takie ciało?

Nie ma chyba na to ogólnej recepty. Bo też nie ma Ciała bez Organów w ogóle. Jest tylko ciało narkomana, masochisty itp. Deleuze i Guattari starają się opisać, jak te ciała powstają dzięki procedurom, które za każdym razem są inne; masochistyczny program nie jest tym samym co rytuały miłości dworskiej itd. Na pewnym poziomie te różne CbO mają oczywiście ze sobą coś wspólnego, ale gdy chcemy o tym mówić, siłą rzeczy oddalamy się od konkretu. Weźmy zalecenie, że należy porzucić porządek „znaczeniowości”, tzn. zerwać z interpretacją, z interpretowaniem i byciem interpretowanym. Będzie to znaczyło co innego dla kochanka (nie próbuj zrozumieć „sensu” swojego pragnienia, po prostu podłącz je pod jakiś układ i zobacz, co z tego wyniknie), a co innego dla ćpuna (nie licz na to, że narkotyk pozwoli ci zrozumieć świat albo samego siebie, dojrzeć prawdę ukrytą za zasłoną, zamiast tego bierz, patrz i czuj, bądź cały percepcją). Albo postulat „odpodmiotowienia”, który również może oznaczać bardzo różne rzeczy, w zależności od tego, jaki aspekt podmiotowości wchodzi w grę (bycie mężczyzną albo kobietą, bycie starym albo młodym itp.). Na tym ogólnym poziomie Deleuze i Guattari powiadają: musicie zdezorganizować wasze ciała (CbO to nie tyle ciało pozbawione organów, ile ciało bez hierarchicznej organizacji), zerwać z interpretacją i poddać się odpodmiotowieniu. Ale za każdym razem musi to polegać na czymś trochę innym.

Na koniec chciałam cię zapytać o tytuł, ponieważ jego tłumaczenie ma język polski jako Tysiąc plateau budzi dyskusje…

Po polsku brzmi nieco dziwnie, ze względu na „obco” brzmiące, ale figurujące w słowniku języka polskiego, nieodmienne słowo „plateau”. Ma ono wiele znaczeń, a przynajmniej kilka z nich „gra” w tej książce, w oryginale zatytułowanej właśnie Mille plateaux. Moim zdaniem to dobrze, że wydawca nie zdecydował się na zredukowanie tego bogactwa znaczeniowego przez użycie któregoś z synonimów tego słowa i zastąpienie go na przykład „płaskowyżem”. Kontekst geograficzno-geologiczny jest oczywiście ważny, równie ważne jest jednak znaczenie seksuologiczne, plateau jako faza podniecenia występująca między fazą ekscytacji a orgazmem. Albo kontekst doświadczenia narkotycznego. Książka Deleuze’a i Guattariego skonstruowana jest z plateau, czyli z płaszczyzn ciągłej, stałej intensywności. Nie ma tu żadnego łagodnego wprowadzenia, stopniowania złożoności, końcowych „ogólnych wniosków” itp. Każde plateau (zastępujące tradycyjny rozdział) wynosi nas od pierwszego zdania właśnie na pewien (raczej wysoki) poziom intensywności i utrzymuje nas na nim. Z pozostałymi częściami książki również nie łączy się na zasadzie „rozwijającego się” wywodu, lecz formuje splot, kłącze. Deleuze często powiadał, że filozof jest twórcą, że tworzy pojęcia. W tej książce pojawia się mnóstwo oryginalnych pojęć, ale nowa, eksperymentalna jest także jej forma. Trzeba było wymyślić nowy sposób pisania, adekwatny do tego, o czym jest Tysiąc plateau, do tych wszystkich płaszczyzn, wielości, układów… W końcu, wbrew temu, co chyba często sądzą akademicy, nigdzie nie zostało raz na zawsze rozstrzygnięte, jak powinna wyglądać książka filozoficzna...

 

Michał Herer – filozof i tłumacz. Pracownik Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalista w zakresie współczesnej filozofii niemieckiej i francuskiej, przede wszystkim myśli krytycznej. Tłumacz na język polski wielu ważnych prac, m.in. Louisa Althussera, Michela Foucaulta, Gilles’a Deleuze’a. Jest autorem książek: Gilles Deleuze. Struktury – Maszyny – Kreacje (2006) i Filozofia aktualności. Za Nietzschem i Marksem (2012).