Warszawska Kooperatywa Spożywcza "Dobrze", źródło: www.dobrze.waw.pl

NADCHODZI NOWY KOOPERATYZM

Dawny kooperatyzm miał służyć przede wszystkim podniesieniu poziomu życia „klas pracujących”. Dziś w Polsce w nowe kooperatywy spożywcze zaangażowane są z jednej strony lewicujące środowiska inteligenckie, a z drugiej „klasa kreatywna” - opowiada Aleksandra Bilewicz, badaczka współczesnych ruchów spółdzielczych

 

Czy mogłabyś, odwołując się do swoich badań, opisać złożoność świata kooperatyw? Jakie są ich rodzaje, jakie pobudki rządzą ich powstawaniem i czy mają one wpływ na późniejsze funkcjonowanie tych struktur?

Według Raportu o spółdzielczości polskiej, przygotowanego w 2010 roku, w Polsce działało prawie 9 tysięcy spółdzielni, zatrudniających około 400 000 pracowników. Do dziś w mieszkalnictwie dominują spółdzielnie mieszkaniowe, funkcjonują spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, spółdzielcze sklepy „Społem” czy spółdzielnie pracy. Jednak zmiany w ustawodawstwie poczynione w okresie transformacji, jak również wcześniejsze wypaczenia, związane z funkcjonowaniem sektora spółdzielczego w PRL, sprawiły,  że w praktyce wiele spółdzielni do tego stopnia oddaliło się od podstawowych zasad przyświecających temu sektorowi, że niektóre z nich tylko z nazwy pozostają spółdzielniami. Inne, z uwagi na presję rynku i brak należytej ochrony, uległy likwidacji. Nie znaczy to jednak, że cały „tradycyjny” sektor spółdzielczy należy odesłać do lamusa, stanowi on silny bastion gospodarowania i zatrudniania w sposób, który nie rządzi się logiką czysto wolnorynkową. Co więcej, w ostatnich latach podejmowane są próby odnowienia idei spółdzielczej.

Obecnie w Polsce możemy wyróżnić kilka rodzajów nowego typu spółdzielni. Najwcześniej, na mocy ustawy z 2006 roku, zaczęły powstawać spółdzielnie socjalne, przeznaczone dla ludzi zagrożonych wykluczeniem społecznym – bezrobotnych, niepełnosprawnych czy wychodzących z bezdomności. W 2013 roku było ich już ponad 1400. Od 2010 roku pojawiają się kooperatywy spożywcze, które w większości są inicjatywami nieformalnymi. Według moich szacunków pojawiło się ich w kraju nieco ponad 30, lecz nie wszystkie przetrwały, poza tym wciąż zakładane są nowe, więc dokładne określenie ich liczby jest trudne. Na wsi od kilku lat z różnym powodzeniem funkcjonują spółdzielcze grupy producentów rolnych, które zajmują się wspólnym przetwórstwem i zbytem produktów rolnych. Pojawiają się też pojedyncze oddolne inicjatywy, jak kooperatywy mieszkaniowe.

Stanowią one różne przejawy tej samej idei, choć powstają w odmiennych środowiskach i z różnych pobudek. Spółdzielnie socjalne często zakładane są przez organizacje pozarządowe i lokalnych działaczy społecznych, a także przez samorządy. Często powstają z inicjatywy odgórnej i niekiedy dają bardzo dobre wyniki, choć w związku z ich istnieniem pojawia się też wiele problemów związanych z trudnościami w zachowaniu konkurencyjności czy otrzymywaniu dotacji niezbędnych dla tego typu działalności – zwłaszcza że spółdzielnie te z założenia zrzeszają osoby, które mają pod górkę na rynku pracy. Spółdzielnia socjalna to niezwykle wartościowa instytucja, nie może być jednak uniwersalną drogą do spółdzielczej formy zatrudnienia, bo jej formuła skierowana jest do konkretnych grup.

Kooperatywy spożywcze zazwyczaj powstają w środowiskach wielkomiejskich, wśród osób wykształconych, głównie w wieku 25-35 lat. Ich członkowie zrzeszają się, kierowani potrzebą dostępu do zdrowej żywności albo ze względów światopoglądowych – lub w wyniku mariażu tych motywacji, dodatkowo popartych potrzebą przynależenia do wspólnoty i tworzenia więzi społecznych czy pragnieniem uruchomienia potencjału współdziałania.

Z kolei grupy producentów rolnych zakładane są z pobudek praktycznych, choć wielu rolników, mając złe doświadczenia z odgórnie narzucaną spółdzielczością w czasach PRL-u, niechętnie zwraca się ku takim formom kolektywności. Są to zatem zjawiska bardzo różne – nie wszystkie inicjatywy chcą się identyfikować jako spółdzielnie z uwagi na wciąż panujący w opinii publicznej negatywny status spółdzielczości. Za to te, które zakładane są głównie z pobudek ideowych, podkreślają swój rodowód i  idee będące fundamentem ich istnienia.

 

W swoim doktoracie sporo miejsca poświęciłaś między innymi autodefinicjom, czyli temu, jak określają się sami kooperatyści. Jaki wpływ na narodziny „nowego kooperatyzmu” miało dziedzictwo tego ruchu? Czy można uznać je za fundament ich – uświadomionej lub nie – tożsamości społecznej?

Zarówno na świecie, jak i w Polsce odwoływanie się do historii spółdzielczości jest raczej marginalne, a przynajmniej mniejsze, niż się spodziewałam. Korzenie dzisiejszych kooperatyw tkwią raczej w nowych ruchach społecznych. Z tego, co wiem, w Niemczech nie ma właściwie żadnej więzi historycznej między kooperatywami, zwanymi tam z angielska food coops, a dawnymi potężnymi spółdzielniami spożywczymi – Konsumgenossenschaften. W Polsce zainteresowanie historią kooperatyzmu ze strony działaczy społecznych jest chyba nieco większe – najbardziej znana jest u nas postać Edwarda Abramowskiego, na którego czasem powołują się kooperatyści. Ukazuje się coraz więcej pism klasyków spółdzielczości – jak książki wydawane przez „Nowego Obywatela” (zbiory pism Abramowskiego, Mielczarskiego, Wolskiego) czy „Kooperatyzm, spółdzielczość, demokracja”. Jednak struktura i podstawowe wartości związane z ruchem, styl działania i jego retoryka są raczej przejmowane od ruchów zachodnioeuropejskich.

Współczesne kooperatywy spożywcze w niewielkim stopniu przypominają dawne sklepy spółdzielcze. Nie funkcjonują w nich również podstawowe mechanizmy redystrybucji, które były fundamentem spółdzielczości spożywców – pod koniec roku spółdzielcy dostawali dywidendę czy zwrot od zakupów, co stanowiło dla nich poważną oszczędność. Co prawda spółdzielcy musieli wpłacać na konto spółdzielni więcej niż obecnie, ale po jakimś czasie ich udziały zwracały się z nawiązką, a duży wkład początkowy wiązał ich ze spółdzielnią. Większość dzisiejszych polskich kooperatyw posiada jakąś formę funduszu gromadzkiego, czyli niewielkiej marży nakładanej na produkty, która jest przeznaczana na wspólne cele kooperatywy; nie ma jednak wbudowanego mechanizmu indywidualnych oszczędności. W „klasycznych” spółdzielniach typu roczdelskiego – działających według zasad przyjętych przez spółdzielnię założoną przez grupę tkaczy z Rochdale a Anglii w 1844 roku – istniała równowaga między indywidualną korzyścią a solidarnym działaniem na rzecz zbiorowości. Nacisk na „partycypację” jest przy tym czymś raczej nowym – w dawnych spółdzielniach chodziło przede wszystkim o lojalność spółdzielczą, niekupowanie u „kapitalistów”, którzy okresowo mogli oferować niższe ceny, starając się zwalczyć kooperatywy. Pojedynczy członkowie, poza wyborem władz i rozliczaniem ich z podejmowanych działań, nie angażowali się raczej w codzienne sprawy spółdzielni – wyjątkiem mógł być Dzień Spółdzielczości czy program kulturalny, którym zawiadywali pracownicy sklepów i zarząd.

Postawiłabym ostrożną hipotezę – choć jej weryfikacja – że dzisiejsze oddolne, nieformalne kooperatywy w jakiś sposób odwołują się do tradycji utopijnych komun, które były źródłem idei kooperacji. To w gruncie rzeczy tradycja wywodząca się od fourierowskich falansterów czy owenizmu, która w szczególnej formie odrodziła się w czasach kontrkultury lat 60. Niemiecki socjolog spółdzielczości Friedrich Fürstenberg nazywa ten typ spółdzielni „wspólnotami życia” (Lebensgenossenschaften), które, jego zdaniem, negują „pluralizm wartości” i zróżnicowanie ról społecznych. Przeciwstawia je kooperatywom innego rodzaju – zrzeszeniom opartym na interesach społeczno-ekonomicznych. Należy pamiętać, że jedną z Zasad Roczdelskich, które stały się podstawą funkcjonowania spółdzielni, jest neutralność polityczna i religijna. Kooperatywy typu roczdelskiego z pewnością propagowały określone wartości, jak samopomoc czy solidarność, nie miały jednak ambicji organizowania i przemiany całego życia ich członków – co być może sprawiało, że mogły działać efektywniej i szybko zdobywały popularność.

Oczywiście dzisiejsze kooperatywy rzadko funkcjonują jako komuny, ale ich logika jest taka, że mają to być wspólnoty osób o podobnym sposobie bycia i wartościach – podzielające styl życia czy poglądy polityczne. Dawniej wspólnoty tego typu rzadko jednak utrzymywały się dłuższy czas: albo się rozpadały, albo ulegały głębokim przekształceniom, jak na przykład izraelskie kibuce. Początkowo były to często przedsięwzięcia elitarne, wymyślane i finansowane przez filantropów. Właściwą instytucję spółdzielni spożywczej, która nie wymagała pełnego zaangażowania czy wspólnego zamieszkiwania, wymyślili zwykli tkacze – Pionierzy Roczdelscy. Maria Dąbrowska pisała o nich na początku lat 20., że „zaszczepili gałązkę owenizmu na drzewie rozsądku”. Oczywiście owenizm był dla nich ważną inspiracją, ale zarazem potrafili przekuć maksymalistyczne dążenia oświeconego przemysłowca na praktykę, która wpisywała się w realia ich codziennego życia. Mam nadzieję, że dzisiejsze kooperatywy spożywcze wyewoluują w podobny sposób – od wzniosłej idei do życiowej praktyki. Do gry musieliby się jednak włączyć także przedstawiciele innych klas.

 

Jaki związek z narodzinami współczesnych kooperatyw ma rozwój globalnego kapitalizmu? Czy kooperatywy mogą stanowić alternatywę dla gospodarki kapitalistycznej? I co musiałoby się stać, by faktycznie stały się taką alternatywą?

Badacze spółdzielczości na różne sposoby klasyfikują dziś zjawisko zwane niekiedy „nowym kooperatyzmem” czy „spółdzielczością alternatywną”. Za cechy charakterystyczne nowych spółdzielni zwykle uważa się ich oddolny charakter, niewielki rozmiar i nacisk kładziony na partycypację ich członków.

Korzeni odrodzenia kooperatyzmu w tej formie można jeszcze doszukiwać się w kontrkulturze lat 60. Kooperatywy jako inicjatywy grup konsumentów odpowiadające na negatywne skutki globalizacji pojawiły się na przełomie lat 80. i 90. Rozwijały się one wówczas między innymi w Skandynawii, co opisywał tamtejszy badacz spółdzielczości Yohanan Stryjan. W Niemczech przynajmniej od początku lat 90. powstawały kooperatywy spożywcze zakładane przez środowiska ekologiczne i lewicowe.

Ich rozwój wpisywał się w ogólny zwrot ku lokalności i działaniom opartym na wzajemności. Ogólnie rzecz biorąc, sprzeciw współczesnych kooperatyw wobec zglobalizowanej wersji kapitalizmu – związanej z przeniesieniem dużej części produkcji poza kraje rozwinięte – można ująć jako z jednej strony doświadczenie utraty kontroli nad podstawowymi sferami życia, takimi jak żywienie, i chęć odzyskania jej, a z drugiej odpowiedź na erozję lokalnych wspólnot, które straciły możliwość decydowania o alokacji własnych zasobów.

Kolejna fala kooperatyzmu pojawiła się po kryzysie ekonomicznym w 2008 roku. Większość tych kooperatyw to wciąż nieformalne, niewielkie inicjatywy, mające zdecydowanie antykapitalistyczny charakter. Tworzone są przez środowiska dostrzegające, jak poważne problemy rodzi współczesna forma rozwoju kapitalizmu: przerost systemu finansowego, który przejmuje kontrolę nad kolejnymi sferami gospodarki, postępująca prekaryzacja zatrudnienia czy kurczenie się sektora usług publicznych. Stąd też poszukiwanie nowych form samopomocy, które mają zastąpić luki w usługach publicznych – na przykład kooperatywne przedszkola, próby zapewnienia dostępu do tanich mieszkań czy eksperymenty związane z odradzaniem się spółdzielczości pracowniczej, jak choćby przejmowanie upadających zakładów przemysłowych przez ich pracowników.

Czy kooperatywy mogą być alternatywą dla gospodarki kapitalistycznej? Byłabym ostrożna w formułowaniu proroctw. Na razie nowy kooperatyzm pozostaje wciąż raczej niszowym ruchem społecznym. Nie zagraża systemowi. Na podstawie moich badań mogę jednak wskazać kilka sfer, których przemiana mogłaby sprawić, że kooperacja znów stałaby się poważnym konkurentem dla systemu kapitalistycznego.

Pierwszym zasadniczym problemem kooperatyw spożywczych, które badałam, jest ich klasowość. Dawny kooperatyzm miał służyć przede wszystkim podniesieniu poziomu życia „klas pracujących”. W Polsce w nowe kooperatywy spożywcze zaangażowane są z jednej strony lewicujące środowiska inteligenckie, z drugiej – członkowie grupy, którą w doktoracie nazwałam „nową klasą średnią”, choć teraz pewnie wolałabym użyć sformułowania „profesjonaliści” albo „klasa kreatywna”: pracownicy organizacji pozarządowych, ale też korporacji i mediów, naukowcy czy artyści. Ogólnie rzecz biorąc, średnia dochodów członków kooperatyw jest dość wysoka. W związku z tym to raczej nie warunki ekonomiczne, lecz potrzeby innego typu skłaniają ich do uczestnictwa w tych inicjatywach. Ich motywacje oscylują wokół poszukiwania wspólnoty, potrzeby dostępu do zdrowej, ekologicznej żywności czy zaangażowania w bardziej etyczną wymianę gospodarczą. Problem polega jednak na tym, że życie zgodne z tymi zasadami na ogół nie jest dostępne dla przedstawicieli innych klas. Po pierwsze, wykluczają ich względy ekonomiczne – większość kooperatyw sprzedaje żywność wysokiej jakości, często z certyfikowanych gospodarstw, pochodzącą od drobnych, niszowych producentów. Mimo że produkty te, dzięki pominięciu pośredników, są na ogół tańsze niż w sklepach ze zdrową żywnością czy na ekskluzywnych targach, są wciąż droższe od zwykłej żywności kupowanej w dyskoncie, supermarkecie czy na bazarkach. Cena oraz konieczność poświęcenia części czasu wolnego na rzecz wsparcia funkcjonowania kooperatyw to oczywiste bariery dla osób o niskich dochodach, z trudem wiążących koniec z końcem. Po drugie, na klasowość nowego kooperatyzmu wpływają też względy kulturowe. Kooperatywy kładą duży nacisk na propagowanie określonego stylu życia, związanego na przykład z ekologią. Sprawia to, że komunikują się one w języku zrozumiałym dla zwolenników tego stylu czy stylów życia (bo pewnie można wyróżnić ich kilka), od radykalnego anarchisty żyjącego na skłocie do „ekomamy” zaopatrującej się wyłącznie w naturalne produkty. Wielu współczesnych socjologów, badaczy nowych ruchów społecznych czy krytyków kultury zwracało uwagę na tworzenie się wokół stylów życia wąskich enklaw, o niemalże plemiennym charakterze. Zjawisko to może być szczególnie intensywne w Polsce, gdzie inteligencja tradycyjnie separowała się od „ludu”. Wydaje mi się jednak, że w dużej mierze można je odnieść również do działania kooperatyw na Zachodzie. Trudno mi powiedzieć, jak jest gdzie indziej. Nie znam dobrze sytuacji nowej spółdzielczości na przykład w Ameryce Południowej ani funkcjonujących tam kooperatyw pracowniczych zakładanych przez robotników. Być może teza o dominacji klasy profesjonalistów w nowych kooperatywach ma jedynie ograniczony zasięg. Niemniej jest to problem, na który wskazują różne badania na temat funkcjonowania kooperatyw i zbliżonych do nich organizacji. Dla większości ludzi powiązany z tym stylem życia system wartości czy symboli nie jest niczym atrakcyjnym ani bliskim. Można brutalnie powiedzieć, że mają oni inne problemy. Można też zastanowić się nad tym, czy „winne” nie jest też podejście samych kooperatystów i ich sposób komunikowania się z otoczeniem: wartości związane z „etyczną konsumpcją” czy „lokalną żywnością” są często wyrażane w abstrakcyjny sposób, charakterystyczny dla klasy posługującej się głównie symbolami. Liczy się raczej sama „zasada lokalności”, a nie konkretny rolnik, który akurat mieszka w sąsiedztwie, z jego problemami, bolączkami i poglądami.

Inny problem, który analizuję w moich badaniach, wiąże się ze strukturą nowych inicjatyw spółdzielczych – często całkowicie nieformalną, a więc efemeryczną i nietrwałą. Taka struktura nie charakteryzowała dawnych spółdzielniach, które posiadały wybierany w głosowaniu zarząd oraz radę nadzorczą. Obowiązujący w wielu kooperatywach nacisk na „niehierarchiczność” sprawia, że działają one w mało efektywny sposób, co z kolei powoduje zniechęcenie, a w konsekwencji odejście wielu członków. Brak formalnej hierarchii wiąże się z założeniem, że członkostwo w kooperatywie powinno opierać się na szerokiej partycypacji w jej pracach. Moje badania pokazały jednak, że partycypacja jest zasadniczym problemem polskich kooperatyw. W wielu z nich wszystkie obowiązki spadają na barki nielicznych aktywistów, którzy po pewnym czasie po prostu się wypalają. Brak formalnych władz prowadzi do rozmycia odpowiedzialności. Te kooperatywy, które przetrwały, starają się wdrożyć reformy, umożliwiające sprawowanie większej kontroli nad tym, jak członkowie wywiązują się z obowiązków wobec organizacji. Nieliczne, jak warszawska Kooperatywa „Dobrze”, zdecydowały się na formalizację swoich działań, co w tym ostatnim przypadku zaowocowało otwarciem już dwóch sklepów – pracują w nich zarówno osoby zatrudnione przez kooperatywę, jak i wszyscy członkowie, którzy mają przydzielane dyżury.

 

Czy współcześni kooperatyści stoją na stanowisku, że sprawiedliwa gospodarka rynkowa jest możliwa, czy raczej konieczne jest odrzucenie wszelkich elementów wolnego rynku? A może samo przekształcanie kapitalizmu jest już z góry skazane – jak wskazywali Luc Boltanski i Eve Chiapello – na przechwycenie przez relacje kapitalistyczne i samo stanowi środek akumulacji?

To bardzo szeroki problem, który nurtuje teoretyków i praktyków od początku istnienia kapitalizmu. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o to, jaka gospodarka byłaby w pełni sprawiedliwa. Bliskie mi jest podejście Karla Polanyiego, który pojmował rynek jako jedną z wielu współistniejących ze sobą form gospodarowania. Wymiana rynkowa była obecna w niemal wszystkich systemach gospodarczych, ale aż do pojawienia się idei leseferyzmu była trzymana w ryzach, podporządkowana normom społecznym – jak pisał, gospodarka pozostawała „społecznie zanurzona”. Rynek pod wieloma względami jest funkcjonalny, w sposób efektywny zaopatruje nas w dobra potrzebne do życia, ale jego ekspansja powinna mieć pewne granice. Polanyi postępującą dominację rynku opisywał za pomocą koncepcji towarów fikcyjnych, do których zaliczał pracę, ziemię i pieniądz. Te trzy kluczowe zasoby nie są towarami, bo nie zostały wyprodukowane na sprzedaż, a jednak rynek traktuje je właśnie w ten sposób – de facto mamy więc do czynienia z utowarowieniem ludzi, przyrody oraz pieniędzy, które od dawna nie służą już jako prosty środek wymiany. Jak działają pieniądze jako towar fikcyjny, szczególnie wyraźnie widoczne stało się wiele lat po śmierci Polanyiego (zmarł w 1964 roku), kiedy doszło do niespotykanego wcześniej rozrostu systemu finansowego, co w efekcie doprowadziło do ekonomicznego krachu w 2008 roku. Polanyi twierdził, że całkowite poddanie się logice urynkowienia doprowadziłoby do „destrukcji społeczeństwa”. Sądzę, że rynek trzeba ograniczać, umieszczać we właściwych koleinach, podporządkowywać potrzebom społecznym. A także korygować go poprzez mechanizmy, które ograniczają nadmierny wzrost nierówności i pozwalają każdemu wieść godne życie. Jednym z takich mechanizmów była i jest spółdzielczość.

Oczywiście, jak wskazywali Boltanski i Chiapello, przeciwstawienie się destrukcyjnym mechanizmom rynkowym staje się coraz trudniejsze, bo retoryka nowego kapitalizmu sprawnie wchłonęła bunt, przeciwstawiając biurokratyzację elastyczności i rzekomej autonomii pracowników. Obawiam się, że ten sposób myślenia może przenikać także do ruchów, dla których punktem wyjścia była postawa krytyczna wobec nowego ducha kapitalizmu, lecz po jakimś czasie okazały się jego poplecznikami. To niebezpieczeństwo czai się nawet w kooperatyzmie, o czym już wspominałam – łatwo niepostrzeżenie skomercjalizować kooperatywy, przedstawiając je jako jeszcze jedno pole „kreatywności” i modnej konsumpcji.

 

Czy sama praca badawcza, podczas której miałaś okazję blisko przyglądać się działalności współczesnych kooperatystów, zmieniła twój stosunek do kooperatyw, kooperatyzmu i powodzenia takich projektów?

Można powiedzieć, że zmieniła zasadniczo. Zaczynałam badania jako osoba zafascynowana kooperatywami i niewiele wiedziałam na temat ich złożonej historii, a także tego, jak takie grupy działają w różnych miejscach na świecie. Dopiero w trakcie badań zaczęłam dostrzegać, że kontekst lokalny nie wystarcza, aby zrozumieć, co naprawdę dzieje się w kooperatywach, dlaczego powstają oraz jak silnie ich istnienie uzależnione jest od pewnych globalnych wpływów i trendów. Dziś, po kilku latach badań, moje podejście jest zapewne o wiele bardziej krytyczne. Nie znaczy to, że idea kooperatyzmu przestała być mi bliska. Wręcz przeciwnie – im lepiej poznaję historię ruchu spółdzielczego w Polsce, tym lepiej rozumiem, że ruch ten mógł się tak dobrze rozwijać właśnie dzięki krytycznej i trzeźwej postawie jego uczestników. Przedwojenna prasa spółdzielcza pełna jest narzekań na niedomaganie spółdzielni, piętnowania ich ograniczeń i ludzkich słabości, rozważań o tym, co należałoby poprawić. Dzięki temu – choć także dzięki wierze w słuszność i możliwość powodzenia samej idei – ruch ten mógł się rozwijać. Żywię silne przekonanie, że krytyczna socjologia czy antropologia może oddać przysługę kooperatyzmowi – a także każdej innej inicjatywie społecznej – nie przez uprawianie jego apologii, ale dostarczanie realistycznego, pogłębionego obrazu tego, jak funkcjonuje on w praktyce. Badacz społeczny nie powinien być ideologiem, powinien potrafić oddzielić myślenie życzeniowe, związane z własnym światopoglądem – od którego oczywiście nie da się całkiem uciec – od rzetelnej analizy. To moim zdaniem duże wyzwanie dla dzisiejszych nauk społecznych, zwłaszcza dla tych badaczy, którzy chcą uprawiać socjologię zaangażowaną. Paradoksalnie zaangażowanie, czyli służenie jakiejś idei, którą uważamy za pożyteczną społecznie, wymaga dystansu.

 

W wypowiedziach twoich respondentów jedną z głównych motywacji do budowania organizacji kooperatywnych jest chęć uczestniczenia we wspólnocie. Czy w czasach fetyszyzmu własności prywatnej i indywidualnego sukcesu kooperatywy mogą być dobrą szkołą działania wspólnotowego?

Na pewno są jednym z ważnych pól, w których działalność wspólnotowa się odradza, w których świadomie wraca się do idei współpracy. To jest ogromna wartość. Myślę, że także porażki ponoszone przez kooperatywy mogą nas wiele nauczyć.

Może nawet ta swoista moda na kooperatywy doprowadzi do tego, że zagadnienia związane ze współdziałaniem będą traktowane poważniej. Wiele mówi się o tym, że we współczesnej edukacji brakuje modułów poświęconych kształtowaniu umiejętności współpracy. Przed wojną Polska była w europejskiej czołówce pod względem liczby działających w szkołach spółdzielni uczniowskich. To była prawdziwa szkoła samopomocy i solidarności prowadzona od najmłodszych lat – żeby w przyszłości zbudować dom ludowy, trzeba było zacząć od składki na bułkę czy sweter dla biedniejszego kolegi czy koleżanki. Warto by wrócić do tej tradycji, która gdzieniegdzie daje o sobie znać – na przykład w Olkuszu powstała spółdzielnia uczniowska współpracująca ze spółdzielnią socjalną Opoka. Obawiam się, że w dzisiejszych warunkach powrót do tej idei na szerszą skalę byłby bardzo trudny. Nie tylko ze względu na klimat polityczny, ale także z powodu głęboko zakorzenionego w naszej kulturze fetyszyzmu.

Oprócz tego kooperatywy na pewno są czymś jeszcze: próbą praktycznego myślenia o bardziej lokalnej gospodarce. Myślę, że potencjalnie mogą mieć znaczenie dla polskiego rolnictwa, zwłaszcza tego drobnego – mogą pomóc przestawić je na bardziej ekologiczne tory, choć żeby to osiągnąć, skala działania kooperatyw musiałaby być znacznie większa. Ważne jednak, że ta tematyka w ogóle jest wprowadzana do publicznego dyskursu, dzięki kooperatywom czy grupom Rolnictwa Wspieranego przez Społeczność. Na ostatnim Zjeździe Kooperatyw w Warszawie, organizowanym przez „Dobrze”, gościli rolnicy, mieli wystąpienia i dyskutowali. To na ogół wciąż rolnicy specyficzni, często wykształceni i wywodzący się z miast – potwierdzają to zresztą przeprowadzone wśród osób dostarczających żywność do kooperatyw badania, które zrealizowałyśmy z dr Rutą Śpiewak z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN. Jednak jest to jakiś krok w kierunku zasypywania przepaści między miastem a wsią. Przepaść ta pogłębiana jest przez klasową pogardę oraz powielaną przez dziennikarzy i część naukowców neoliberalną nowomowę, która ukształtowała taki a nie inny obraz wsi i rolników.

Z pewnością problemem nowych kooperatyw jest dziś utrata kultury współpracy, która przecież stanowi istotę spółdzielczości. Ze względu na trudną historię ten problem szczególnie łatwo dostrzec w Polsce czy w innych krajach postkomunistycznych bądź postkolonialnych, choć ostatnio dotyka on także Zachodu. Odnosząc się do słów Richarda Sennetta z książki Razem: rytuały, zalety i zasady współpracy, trwała współpraca wymaga czegoś, co można nazwać „warsztatem”, czyli miejsca, w którym te same osoby przez dłuższy czas przebywają ze sobą i wypracowują wspólne nawyki. Dzisiejsze efemeryczne formy pracy grupowej, opierające się głównie na komunikacji online, temu nie sprzyjają, podobnie jak kultura indywidualizmu, która kanalizuje energię jednostek w stronę nieustannego skupienia na własnym „ja”. W kooperatyzmie niezwykle istotny był zawsze element wychowawczy. W szczególności polscy przedwojenni działacze spółdzielczy rozumieli, że gotowość do solidarności to coś, co wymaga ciężkiej pracy nad sobą i własną społecznością. Ich wysiłek koncentrował się nie tylko na propagowaniu samej idei, ale także na – jakkolwiek staroświecko to zabrzmi – cnotach, które są niezbędne, by była ona możliwa do realizacji w praktyce. Dziś potrzeba ta jest być może jeszcze bardziej paląca niż kiedyś. Myślę, że aby kooperatywy stały się realną alternatywą dla bezlitosnej logiki zglobalizowanego kapitalizmu, musimy przede wszystkim na nowo nauczyć się solidarności i tworzyć realną wspólnotę, budowaną niejako na gruzach. 

Aleksandra Bilewicz (ur. 1984) – socjolożka, obroniła pracę doktorską poświęconą historii i współczesności ruchu kooperatyw spożywczych w Instytucie Studiów Społecznych im. Profesora Roberta B. Zajonca na Uniwersytecie Warszawskim.. W swoich badaniach zajmuje się historią i socjologią spółdzielczości, antropologią ekonomiczną oraz socjologią wsi. Redaktorka naczelna „Nowych Peryferii”. nowe-peryferie.pl