MAKE LIFE HARDER, CZYLI FEUDALIZM W XXI WIEKU

Jak nazwać świat, w którym ośmiu najbogatszych mężczyzn ma tyle samo co biedniejsza połowa ludzkości, czyli 3,6 miliarda osób?[1]

Szacuje się, że majątek Marka Licyniusza Krassusa, jednego z najzamożniejszych ludzi w historii Imperium Rzymskiego, przynosił roczny dochód stanowiący równowartość sumy zarobków 32 tysięcy rzymskich obywateli. Dysproporcje między zarobkami Carlosa Slima, w latach 2010–2013 najbogatszego człowieka na naszej planecie, a dochodami obywateli jego rodzinnego Meksyku są dwunastokrotnie większe[2]. Jednym z najczęściej używanych mierników nierówności jest tak zwany współczynnik Giniego. Gdy wynosi on 0, to opisuje sytuację idealnej równości. Gdy wynosi 100, to mamy do czynienia z rzeczywistością, w której jedna osoba posiada wszystko. W Imperium Rzymskim za czasów Krassusa współczynnik Giniego wynosił 45. Dziś w USA zbliżony jest on do tego poziomu, ale w skali globalnej oscyluje wokół 70[3].

Mowa tu o różnicach dochodów. Nierówności majątkowe są jeszcze większe – sięgają aż 92 punktów w skali całego świata[4]. Czy zatem dualna rzeczywistość Dubaju – gdzie turbokapitalizm ekonomiczny miesza się ze społecznym neofeudalizmem – jest zapowiedzią naszej zbiorowej przyszłości? Czy rację ma Thomas Piketty, pisząc, że krach 2008 roku był „pierwszym kryzysem kapitalizmu patrymonialnego XXI wieku”[5], czyli systemu opartego na wielkiej własności zgromadzonej w rękach małej grupki niebywale zamożnych rodzin? Czy faktycznie, jak twierdzi Paul Mason, żyjemy w momencie równie przełomowym jak moment przejścia od feudalizmu do kapitalizmu[6]? Jak miałby wyglądać rzekomy postkapitalizm? A może mamy do czynienia z powrotem do przeszłości i to właśnie feudalizm stanowi przyszłość kapitalizmu?

Odpowiedzi na powyższe pytania zależą od tego, co rozumiemy przez pojawiające się w nich pojęcia.  Proponuję traktować kapitalizm jako system oparty na zasadach pięcioprocentowego zwrotu na kapitale oraz trzyprocentowego wzrostu gospodarczego. Taka jest jego definicja antropologiczna, gdyż w ten sposób kapitalizm rozumieją „tubylcy” – praktycy globalnej gospodarki. Takie znaczenie tego pojęcia uformowało się na skutek uniwersalizacji pewnego specyficznego doświadczenia – historycznej trajektorii Euroameryki w ciągu ostatnich 150 lat. Kraje, które próbują „dogonić” świat Zachodu, zinternalizowały tę definicję (i dlatego, gdy ich gospodarki rosną w tempie szybszym niż 3 procent rocznie, to uznają to za sukces, a gdy wzrost spada poniżej tego poziomu, to zaczynają mówić o nadchodzącej recesji); trudno jednak orzec, czy to pojęcie jest wciąż użyteczne. Jack Goody oraz Andre Gunder Frank uważali, że należy wyrzucić je na intelektualny śmietnik[7]. Bowiem świat, do którego się przyzwyczailiśmy, mija bezpowrotnie.

Gdy większość Polaków zajęta była tak zwaną transformacją ustrojową, na świecie doszło do trzech rewolucyjnych zmian. O ile ludzkość potrzebowała całego stulecia, aby zwiększyć swoje szeregi z jednego miliarda osób (w 1804 roku) do dwóch (w roku 1927), o tyle w ostatnim ćwierćwieczu przybyły na świecie kolejne dwa miliardy osób. Tym samym podwoiła się liczba robotników wytwarzających dobra dla światowej gospodarki. To oni są cichymi bohaterami największej w dziejach ludzkości rewolucji przemysłowej, która wbrew temu, czego uczymy się w szkole, nie odbyła się w XIX wieku, ale ma miejsce właśnie teraz. Co więcej, w 1800 roku, u progu europejskiej industrializacji, odsetek ludności świata żyjący w miastach wynosił 3 procent. 100 lat później wzrósł do 10 procent. Jednak dopiero w ciągu ostatnich kilkunastu lat przekroczył on pułap 50 procent, sprawiając, że miasto zastąpiło wieś jako naturalne środowisko życia człowieka. Lata 2001–2016 były najcieplejszymi od chwili, gdy zaczęliśmy rejestrować pomiary temperatury.

Lokomotywą tych przeobrażeń jest nie tylko Zachód, ale również kraje takie jak Chiny, Indie, Brazylia czy Indonezja. Proces wysuwania się krajów Południa na pozycje światowych liderów sięga co najmniej roku 1950, ale dopiero teraz, gdy Chiny oficjalnie zastąpiły USA jako największa gospodarka świata, nie da się go dłużej ignorować. Bezprecedensową skalę chińskiego zrywu najlepiej oddaje jedna prosta statystyka: zużycie cementu. Tylko w ciągu 3 lat (2009–2011) Chiny zużyły do budowy miast i dróg więcej cementu niż USA przez cały wiek XX (5,5 w stosunku do 4,5 miliarda ton[8]). W 2016 roku Pekin zastąpił też Nowy Jork jako światowa „stolica miliarderów” – mieszka tam dokładnie 100 osób, które zaliczają się do klubu najbogatszych ludzi na świecie, a w Nowym Jorku – 95[9]. Obecna reORIENTacja nie musi jednak wcale oznaczać, że za zakrętem dziejów czeka na nas jakaś nowa epoka. Aby sprostać wymogowi trzyprocentowego rocznego wzrostu, globalna gospodarka musiałaby powiększać się dwukrotnie co 30 lat – a to jest dziś zwyczajnie niemożliwe. Dlatego (zachodni) kapitalizm w wąskim (ekonomicznym) tego słowa znaczeniu odchodzi do lamusa. Ale wcale nie oznacza to końca kapitalizmu rozumianego jako pewien porządek klasowy. Ostatnie dekady stanowią wręcz złote lata kapitalizmu w najszerszej z możliwych definicji, czyli rozumianego jako system oparty na przymusie pracy – ludzkiej aktywności ukierunkowanej na zaspokajanie potrzeb grup plasujących się na szczycie drabiny społecznej.

 

Klasa transnarodowa  

Jednym z głównych toposów polskiej transformacji z komunizmu do kapitalizmu jest obraz pustych półek, które zapełniły się po 1989 roku. Jednakże to, że mamy łatwiejszy dostęp do tanich towarów produkowanych przez robotników Globalnego Południa, jest skutkiem otwarcia na światowe rynki i tylko pośrednim efektem polityki kolejnych polskich rządów. W tym sensie umiędzynarodowienie polskiej gospodarki, po tym jak ze względu na „polski kryzys” lat 1979–1981 wpadła ona w dramatyczną recesję i przez niemal dwie dekady dryfowała na mieliznach globalizacji, jest najistotniejszym punktem zwrotnym w naszej najnowszej historii. To właśnie krach z lat 1998–2003, jak ujął to politolog David Ost, można uznać za „pierwszy kryzys samego kapitalizmu, a nie transformacji do kapitalizmu”[10] w Polsce. Jego kulminacją była nasza akcesja do Unii Europejskiej oraz podpięcie się – za pośrednictwem zacieśniającej się relacji z gospodarką niemiecką – pod globalny boom urbanizacyjny i produkcyjny. Zarys takiej nowej chronologii dla polskiej historii widać wyraźnie na tablicy poniżej.

 

Tablica 13.1: Okresy boomu budowlanego oraz kryzysu w polskich miastach, 1950–2014. Opracowanie własne na podstawie roczników statystycznych GUS-u

 

W 2002 roku socjolog Henryk Domański pisał, że „w Polsce nie ma klasy wyższej”[11], i wówczas faktycznie jeszcze tak było. Jednakże nie należy rozpatrywać zjawiska klasy wyłącznie w kontekście państwa narodowego – choć socjolodzy wciąż często tak robią, analizując podziały poszczególnych społeczeństw na klasy: wyższą, średnią i niższą. Warto tymczasem uzmysłowić sobie, że Pierre Bourdieu, który jest najczęściej przywoływanym autorem posługującym się tymi kategoriami, prowadził swe badania w latach 60. XX wieku we Francji[12]. Okres ten był momentem szczytowym „złotej ery” zachodniego kapitalizmu, opartego na instytucji państwa narodowego. Od tamtych czasów wiele się jednak zmieniło. Na fakt, iż linie społecznych pęknięć przebiegają dziś gdzie indziej, zwraca uwagę choćby idea „99 procent”, spopularyzowana podczas protestów na Wall Street w 2010 roku. Pokazuje ona wyraźnie, że podziały na klasę średnią czy ludową zeszły dziś na drugi plan[13].  

Nowością ostatnich lat jest pojawienie się w Polsce przedstawicieli klasy transnarodowej[14]. To jest właśnie ta umiędzynarodowiona elita, którą często opisuje się jako górny 1 procent społeczeństwa. Składają się nań ludzie, którzy wykupują najbardziej luksusowe apartamenty w Nowym Jorku czy Londynie. To latające prywatnymi odrzutowcami „wilki z Wall Street”. To właściciele posiadłości w Dubaju – jak piłkarz David Beckham, projektant mody Giorgio Armani czy gwiazda Bollywood Shilpa Shetty. To osoby powiązane z międzynarodowymi korporacjami i instytucjami rządowymi – były kanclerz Niemiec Gerhard Schröder (który po przejściu na polityczną emeryturę zaczął pracować dla Gazpromu) czy były szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso (który został ostatnio prezesem europejskiego oddziału Goldman Sachs). To elita globalnych firm konsultingowych. To ludzie czerpiący zyski z organizacji olimpiad i wielkich imprez sportowych. To celebryci dziennikarstwa czy nauki – jak Paul Krugman, który oprócz innych zajęć podjął się badania globalnych nierówności na nowojorskim CUNY za sumę 250 tysięcy dolarów rocznie. To autor pojęcia „klasa kreatywna” Richard Florida, który inkasuje 35 tysięcy dolarów za jeden wykład.

Oczywiście nie jest to grupa jednorodna. David Beckham jako piłkarz w ciągu 2 tygodni zarabiał tyle, ile Paul Krugman dostaje na badania nierówności przez cały rok, a ten, kto ma na koncie 50 milionów, będzie czuł się parweniuszem przy osobie, która posiada pół miliarda. Naguib Onsi Sawiris, potentat medialny z Egiptu, szacuje, że majątek rzędu miliarda dolarów jest dolnym pułapem pozwalającym na utrzymanie dziś luksusowego stylu życia: jachtu, odrzutowca, armii służących i tak dalej[15]. W 2015 roku na liście magazynu „Forbes” znalazło się 1826 dolarowych miliarderów. W Polsce kryteria te spełniają cztery osoby[16]. Ale to oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej. Pułapem, po przekroczeniu którego można zaliczyć się do górnego 1 procenta amerykańskiego społeczeństwa, jest roczny dochód w wysokości 350 tysięcy dolarów[17]. W skali globalnej poprzeczka ta umieszczona jest jednak znacznie niżej – to 34 tysiące dolarów rocznie netto na jednego członka rodziny[18]. Jeśli dostosujemy tę wartość do siły nabywczej lokalnej waluty i przeliczymy na złotówki, to okaże się, że aby móc zaliczyć się do globalnego górnego 1 procenta, należy rocznie zarabiać co najmniej 62 300 złotych na rękę, czyli 5 191 złotych miesięcznie netto na jednego członka rodziny[19]. Do grona pracowników o takich zarobkach zalicza się około 70 milionów osób na świecie – i to właśnie oni są trzonem klasy transnarodowej. Pojawienie się tej grupy jest integralną częścią procesu, który Jonathan Friedman nazwał „podwójną polaryzacją”. Globalizacja przynosi z jednej strony polaryzację pionową, czyli „odklejenie się elity od reszty społeczeństwa i jej kosmopolityzację, a także jednoczesne zwrócenie się klas ludowych ku tożsamościom tubylczym”, z drugiej zaś wywołują polaryzację poziomą pomiędzy poszczególnymi częściami globalnej gospodarki[20].

 

Odklejeni

Kim są przedstawiciele klasy transnarodowej w Polsce? Nie ma osobnych badań na ten temat, ale na pewno można do tej grupy zaliczyć pierwszoligowych polityków, śmietankę biznesu, wielu celebrytów czy najlepiej zarabiających sportowców. To również osoby zasiadające w radach nadzorczych spółek skarbu państwa nazywane kolokwialnie „bankomatami”, gdyż czerpią z pełnienia tych funkcji niebagatelne korzyści finansowe. To postacie takie jak minister Elżbieta Bieńkowska, zdaniem której za mniej niż 6 tysięcy złotych miesięcznie pracuje „tylko idiota albo złodziej”, oraz poseł Ryszard Kalisz, który oświadczył, że środowisko prawnicze patrzy na jego zarobki (9 tysięcy złotych netto) „z politowaniem”. To na pewno również ludzie, którzy zarabiali średnio 53 tysiące złotych miesięcznie, zasiadając w zarządach otwartych funduszy emerytalnych (OFE)[21].

Wspólnym mianownikiem klasy transnarodowej jest jej kosmopolityzm oraz swoiste „odklejenie się od rzeczywistości” – czyli świata, w którym żyje reszta społeczeństwa. Najbardziej radykalnym tego przykładem jest postawa Jana Kulczyka, długoletniego lidera rankingu najbogatszych Polaków, którego spadkobiercy ulokowali się na 435. miejscu na liście „Forbesa”. Jego współpracownicy opowiadali, jak Kulczyk zatracił poczucie wartości gotówki. Pewnego razu, gdy chciał zapłacić rachunek za kolację w wysokości 700 złotych, wyciągnął z portfela 500 euro, mówiąc: „To chyba wystarczy”. Nie był świadomy tego, że daje właśnie kelnerowi ponad tysiąc złotych napiwku. Zapytany zaś o to, co ostatnio kupił za własne pieniądze, Kulczyk odpowiedział, że hot doga na Stadionie Narodowym, za którego zapłacił „chyba 50 złotych”[22].

Socjolodzy często mylą kwestię stratyfikacji społecznej z kwestią klasy. Na liście nomenklatury w Polsce lat 80. znajdowało się 300 tysięcy osób, co daje 1 procent dorosłej ludności[23]. Czy to oznacza, że to były osoby najbogatsze? Niekoniecznie. Ale przepaść – również polityczna i kulturowa – między górnym 1 procentem a resztą była tym, co wyznaczało główną linię podziału w PRL-u[24]. Podziały klasowe nie muszą idealnie pokrywać się z rozdziałem na poszczególne grupy zawodowe. Jak ujął to E.P. Thompson, o klasie należy myśleć „nie jako o strukturze, czy nawet kategorii, ale jako relacji między ludźmi”. Dlatego „nawet posługując się najdrobniejszym socjologicznym sitem, nie da się wyłowić klasy w czystej postaci, tak samo jak nie da się wyodrębnić miłości jako takiej”. Nie można rozmawiać o klasach „w ogóle” – zawsze należy mówić o konkretnych osobach i grupach, działających w określonym miejscu i czasie. „Nie ma miłości bez kochanków” – przypomina Thompson. Dlatego „zjawisko klasy pojawia się w chwili, gdy ludzie w wyniku wspólnego doświadczenia (odziedziczonego bądź osobistego) czują, że ich interesy są tożsame, i komunikują to sobie nawzajem. Jednocześnie zaś są przekonani, że ich zbiorowy interes jest rozbieżny (a często przeciwstawny) z interesem innych grup”[25].

W PRL-u fundamentalne pęknięcie klasowe było obecne w zbiorowej świadomości jako dychotomia „my” kontra „oni”[26]. Ostateczna artykulacja tego podziału nastąpiła w roku 1972, gdy wprowadzono w życie dekret o zaopatrzeniu emerytalnym osób zajmujących najważniejsze stanowiska państwowe oraz ich rodzin. Znalazły się w nim również szczegółowe definicje tego, kto zalicza się do nomenklatury. Zdaniem socjologa Sławomira Magali był to gest obnażający fakt, że „klasa rządząca jest zamknięta i dąży do wzmacniania swojej pozycji oraz wyznaczania trwałych linii demarkacyjnych”[27]. Warto pamiętać, że proces narastania napięć i konfliktów klasowych z reguły poprzedza moment wyodrębnienia się klas jako osobnych grup kulturowych[28]. Innymi słowy, zmagania klasowe (wolę ten termin od pojęcia walki klas) mają miejsce głównie w sytuacjach, gdy linie podziału nie są jeszcze do końca zdefiniowane. Mamy wówczas do czynienia z dynamiczną mobilnością – zarówno w górę, jak i w dół drabiny społecznej. Moment formowania się klas jako skonsolidowanych grup jest zatem kulminacją dłuższego i często burzliwego procesu. W przypadku powojennej Polski widać wyraźnie, że napięcia między wyłaniającą się elitą a resztą społeczeństwa były obecne długo przed epoką gierkowską, a linie tego podziału przebiegały na wielu płaszczyznach[29]. „Ujawnienie się” nomenklatury w roku 1972 miało miejsce w momencie, gdy proces zmagań klasowych w dużej mierze już się zakończył.

 

Moment Gatsby’ego

W przypadku klasy transnarodowej mamy dziś do czynienia właśnie z tą drugą fazą – czyli etapem formowania się klas jako odrębnych bytów kulturowych. Dlatego jesteśmy w stanie „wyłowić” klasy z analizując kulturę popularną. Wymownym śladem obecności klasy transnarodowej w Polsce jest znany blog lajfstajlowy „Make Life Easier” prowadzony przez córkę byłego premiera, Kasię Tusk. Autorka, jak sama przyznaje, postanowiła go założyć po tym, jak zorientowała się, że „dzisiejszy świat daje nam mnóstwo możliwości, dotyczących naszych strojów, kosmetyków, form spędzania wolnego czasu, czy preferencji kulinarnych” i chciała wraz z koleżanką „umilić życie osobom podobnym do nas”[30]. Blog ten jest zapisem jej codziennych czynności oraz dylematów – co na siebie włożyć, gdzie spędzić wolny czas oraz jakie nowe danie wypróbować. Posty z reguły składają się ze zdjęć samej autorki oraz opisów przedmiotów, które ją otaczają, na przykład: „Środek lata w Trójmieście to idealna okazja, aby nosić espadryle i sukienkę od polskiej marki Signific”[31].

Blog ten nie byłby dla nas interesujący z klasowego punktu widzenia, gdyby w internecie nie pojawiła się odpowiedź na to, w jaki sposób Kasia Tusk „umila życie” sobie i osobom „podobnym do nas”. Dwójka anonimowych „bezrobotnych politologów” uruchomiła niemalże zaraz po inauguracji projektu „Make Life Easier” satyryczny profil na Facebooku o nazwie „Make Life Harder”. Pokazują oni jak mocno odklejona jest Kasia Tusk od tego, przed jakimi wyborami staje wielu pozostałych Polaków i Polek. „Na pewno znacie to uczucie: wracacie do domu po wyczerpujących jak Powstanie Warszawskie zakupach w Peek&Clopunerg i okazuje się, że jedyne co macie w lodówce to resztka sera i keczup włocławek – pisał jeden z autorów. – W takich sytuacjach lubię puścić wodze fantazji i przygotować moje ulubione gorące kanapki z serem, keczupem, pesto i świeżymi kaparami. Polecam wersję bez kaparów i bez pesto. Ser nakładamy na chleb i całość wkładamy do piekarnika. Jeśli nie możesz użyć piekarnika, bo akurat miałeś ciekawsze pomysły na wydawanie kasy niż płacenie rachunku za gaz, wtedy kanapki można podgrzać na kaloryferze”[32].

Oczywiście zjawisko „bananowej młodzieży”, którego współczesnym symbolem stała się Kasia Tusk, nie jest nowe. W czasach PRL-u różnica między „złotą młodzieżą” a resztą społeczeństwa polegała na tym, że dzieci ówczesnej elity miały łatwiejszy dostęp do takich „luksusowych” dóbr jak dżinsowe spodnie czy winylowe płyty. Jednakże gdy wyjeżdżali za granicę, ich przewaga topniała – okazywało się, że bliżej im do reszty Polaków niż do elity krajów zachodnich. Współczesna „bananowa młodzież” – dzięki sile nabywczej pieniędzy swoich rodziców – ma cały świat w zasięgu ręki. „Jeździ ze znajomymi na drogie wakacje, zwykle na kite surfing na którąś z egzotycznych wysp. – Bo pojechać na kajta do Chałup to nuda”, jak tłumaczy jeden z jej przedstawicieli[33]. Dzisiaj członkowie klasy transnarodowej są w stanie zapłacić za studia dla swoich dzieci na prestiżowych zagranicznych uczelniach. To zupełna nowość – oraz stosunkowo powszechna praktyka wśród polskich elit[34]. Dlatego to, co w klasycznej analizie podziału klasowego uchodziłoby za klasę wyższą w Polsce dziś i w czasach PRL-u, to zjawiska należące do zupełnie innych światów.

Skąd wzięła się polska klasa transnarodowa? Analiza rankingu 100 najbogatszych Polaków pokazuje, że „gros największych obecnie polskich fortun powstało w latach 1990–1994”. Aż 41,6 procent całego majątku setki liderów rodzimego biznesu w 2011 roku było w rękach 20 osób, które weszły do rankingu właśnie podczas pierwszych pięciu lat po upadku komunizmu. Jednocześnie osoby, które weszły do klubu najbogatszych w latach 2000–2011, stanowią 88% najmniej zamożnych, to znaczy zajmują pozycję od 75. w dół[35]. Innymi słowy, ostatnia dekada nie była już czasem, gdy pieniądze „leżały na ulicy” i wystarczyła odrobina sprytu, przedsiębiorczości oraz pracowitości, aby je podnieść i zbić fortunę. Era self made manów – to, co możemy nazwać „momentem Gatsby’ego” – bezpowrotnie minęła[36]. W polskim przypadku możemy mówić o końcu tego, co Domański nazwał merytokracją – pojęcie to określa silny związek między zdobytym wykształceniem a zarobkami.

Coraz ważniejsze stają się zasoby, które przekazywane są w ramach międzypokoleniowych transferów własności. To dlatego ikoną nowej elity, tak mocno „odklejonej” od rzeczywistości, stała się autorka bloga „Make Life Easier”. Oczywiście Tusk sama wypracowała sobie pozycję znanej blogerki modowej, ale mogła zrobić to tylko i wyłącznie dzięki kapitałowi – zarówno symbolicznemu (rozpoznawalności nazwiska), jak i ekonomicznemu (pieniądze na zakupy) – który otrzymała od swojego ojca. Nie ma w tym nic zaskakującego. Jak obliczył ekonomista Edward Wolff, tylko co piąte amerykańskie gospodarstwo otrzymuje lub otrzymało pieniądze od starszego pokolenia, a większość z tej i tak małej grupy dostała jedynie niewielkie sumy. 86 procent wszystkich pieniędzy, jakie amerykańscy rodzice dają swoim dzieciom, krąży w obrębie najbogatszych 20 procent społeczeństwa; górny 1 procent natomiast przekazuje sobie ponad jedną trzecią całej puli transferów międzypokoleniowych[37].

Oznacza to, że jeśli należysz do biedniejszych 80 procent amerykańskiego społeczeństwa, to jesteś zdany tylko na siebie. Jakie mogą być tego konsekwencje? Nie kupisz mieszkania w dobrej dzielnicy, ani nawet go sobie nie wynajmiesz. Nie będziesz w stanie podążać za trendami w konsumpcji. Co więcej – dotyczy to młodzieży po obu stronach Atlantyku – masz też utrudniony start w życiu zawodowym. Na przykład aż 83 procent brytyjskich dziennikarzy zaczynało swoją karierę dzięki trwającemu średnio 7 tygodni stażowi, który w 92 procentach przypadków był bezpłatny[38]. Osoby, które nie mają wsparcia ze strony rodziców, nie mogą pozwolić sobie na darmową pracę i dlatego trudniej jest im wejść do bardziej intratnych grup zawodowych. W czasach stagnacji lub nawet spadku zarobków oraz dramatycznego wzrostu cen nieruchomości to właśnie „pomoc” od rodziców lub jej brak coraz częściej decyduje o losach osób wchodzących w dorosłość. Badania pokazują, że w czasach coraz to bardziej ograniczonej mobilności społecznej istotny wpływ na czyjąś pozycję społeczną ma też miejsce urodzenia. Jeśli urodziłeś się w gorszej dzielnicy i twoi rodzice nie przenieśli się do lepszej, to nie masz zbyt dużych szans na to, by osiąść w bogatszej części miasta jako dorosły[39].

 

Kacper Pobłocki: Kapitalizm. Historia krótkiego trwania

Fundacja Bęc Zmiana, 2017
Projekt okładki i tablic: Grzegorz Laszuk

Czy nowoczesność, indywidualizm i miejskość są rzeczywiście europejskimi wynalazkami? Czy kapitalizm powstał wraz z brytyjską rewolucją przemysłową? Czy rok 1989 faktycznie był przełomowy, a Amerykanie wygrali zimną wojnę? W którym momencie ludzie zamieszkujący tereny współczesnej Polski wkroczyli w nurt globalnych dziejów? Najczęstsze odpowiedzi na tego rodzaju pytania prowadzą nas w te same miejsca. Ze względu na to, że nasza zbiorowa uwaga była przez długi czas skierowana na Zachód, przez jego pryzmat patrzyliśmy na samych siebie. Ta książka pozwala spojrzeć na nas samych z nowej, globalnej perspektywy.

Kacper Pobłocki jest antropologiem społecznym. Studiował w United World College of the Atlantic (Wielka Brytania), University College Utrecht (Holandia) oraz Central European University (Węgry). Jego praca doktorska „The Cunning of Class – Urbanization of Inequality in Post-war Poland” (2010) została wyróżniona nagrodą Prezesa Rady Ministrów. Autor tekstów z zakresu studiów miejskich, antropologii porównawczej i ekonomicznej oraz historii społecznej. W 2009 roku stypendysta kierowanego przez Davida Harveya ośrodka The Center for Place, Culture and Politics przy The City University of New York. Współautor książki „Anty-bezradnik przestrzenny – prawo do miasta w działaniu” (2013, nagroda im. Jerzego Regulskiego) oraz współredaktor książki „Architektura niezrównoważona” (2016). Pracuje w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz w Centrum Europejskich Studiów Lokalnych i Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego.

Premiera książki: 31 lipca 2017
Przedsprzedaż: www.sklep.beczmiana.pl

 

PRZYPISY:


[1]Są to: Bill Gates, Amancio Ortega, Warren Buffett, Carlos Slim Helu, Jeff Bezos, Mark Zuckerberg, Larry Ellison i Michael Bloomberg.

[2] Christia Freeland, Plutocrats. The Rise of the New Global Super-Rich and the Fall of Everyone Else, Penguin Books, New York 2013, s. 195.

[3] Branko Milanovic, Global Inequality. A New Approach in the Age of Globalization, Harvard University Press, Cambridge 2016, s. 122.

[4] Credit Suisse Global Wealth Databook, Zurich 2015, s. 19–22, 101–104, 112–113, 143.

[5] Thomas Piketty, Capital in the Twenty-First Century, Harvard University Press, Cambridge, 2014, s. 473.

[6] Paul Mason, PostCapitalism. A Guide to Our Future, Allen Lane 2015, s. 234.

[7] Jack Goody, The Theft of History, Cambridge University Press, Cambridge 2006, s. 211; Andre Gunder Frank, ReORIENT. Global Economy in the Asian Age, University of California Press, Berkeley 1998, s. 323.

[8] Vaclav Smil, Making the Modern World. Materials and Dematerialization, Wiley, London 2014, s. 55, 91.

[9] Gerry Shih, Beijing Overtakes NYC as „Billionaire Capital of the World”, Bloomberg.com, 24 lutego 2016.

[10] David Ost, The Defeat of Solidarity: Anger and Politics in Postcommunist Europe, Cornell University Press, Ithaca 2004, s. 166.

[11] Henryk Domański, Polska klasa średnia, Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2012, s. 152.

[12] Pierre Bourdieu, Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia, przeł. Piotr Biłos, Scholar, Warszawa 2005.

[13] Pisali o tym wcześniej m.in. Erik Olin Wright i Joachim Singelmann, Proletarianization in the Changing American Class Structure, dz. cyt., s. 176–209.

[14] William I. Robinson i Jerry Harris, Towards a Global Ruling Class? Globalization and the Transnational Capitalist Class, „Science and Society” 2000, t. 64, s. 11–54.

[15] Freeland, Plutocrats, dz. cyt., s. 4.

[16] Credit-Suisse Global Wealth Databook 2015, dz. cyt., s. 112.

[17] Wolff, Inheriting Wealth in America, dz. cyt., s. 5.

[18] Branko Milanovic, The Haves and Have-Nots: A Brief and Idiosyncratic History of Global Inequality, Basic Books, New York 2012, s. 168–170.

[19] Na podstawie Globalrichlist.com. Kalkulator ten bazuje na danych Banku Światowego oraz raporcie Credit-Suisse i podobnie jak Milanovic, jego autorzy stosują współczynnik konwersji oparty na parytecie siły nabywczej (PPP), który umożliwia porównywanie zarobków w krajach, gdzie są różne ceny. Według tych szacunków do globalnego górnego 1 procenta zaliczają się osoby zarabiające powyżej 32 400 dolarów netto rocznie, czyli trochę mniej niż w wyliczeniach Milanovicia. Nieco inne wyniki dają obliczenia dokonywane na podstawie majątku, a nie zarobków. Aby zaliczyć się do globalnego 1 procenta najbogatszych, należy według tego kalkulatora dysponować majątkiem o wartości co najmniej 1,5 miliona złotych.

[20] Jonathan Friedman, Globalization, Dis-integration, Re-organization: The Transformations of Violence, [w:] tegoż, Globalization, the State and Violence, Rowman & Littlefield, Oxford 2003, s. 25.

[21] Leokadia Oręziak, OFE: katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce, Książka i Prasa, Warszawa 2014, s. 295.

[22] Tomasz Molga, „Wyplułam jogurt”, to się skończy rewolucją”. Co mówią bogaci, gdy słyszą o biedzie ludzi, Natemat.pl, 30 lipca 2015.

[23] Henryk Domański, Czy istnieją w Polsce klasy społeczne? Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 99.

[24] Jadwiga Staniszkis, Samoograniczająca się rewolucja, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2010, s. 129, 246.

[25] E.P. Thompson, The Making of the English Working Class, Penguin Books, London 1980, s. 8–9.

[26] Staniszkis, Samoograniczająca się rewolucja, dz. cyt., s. 109, 137, 160–161, 172.

[27] Sławomir Magala (Stanisław Starski), Walka klas w bezklasowej Polsce, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2012, s. 61–62.

[28] Kacper Pobłocki, The Cunning of Class. Urbanization of Inequality in Post-war Poland, Central European University Doctoral Dissertations, Budapest 2010, s. 42.

[29] Winicjusz Narojek, Społeczeństwo otwartej rekrutacji. Próba antropologii klimatu stosunków międzyludzkich we współczesnej Polsce, Polskie Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1980, s. 24, 28, 50, 52, 64–66, 81–82, 109, 147–149.

[30] Kasia Tusk, Hello!, Makelifeeasier.pl, 10 lutego 2011.

[31] Tamże, wpis z 1 sierpnia 2016.

[32] www.facebook.com/MakeLifeHarder, 10 listopada 2011, pisownia oryginalna.

[33] Iga Nyc i Dawid Karpiuk, Bananowy świat, „Wprost”, 21 marca 2011.

[34] Por. Dzieci polityków studiują i pracują za granicą, „Wirtualna Polska”, 27 marca 2013. Praktyka ta dotyczy również polityków, którzy na poziomie retoryki odrzucają kosmopolityzm.

[35] Jan Kastory i Kamil Lipiński, Drogi do overclass. Narracje polskich elit biznesu, [w:] Style życia i porządek klasowy w Polsce, red. Maciej Gdula i Przemysław Sadura, Scholar, Warszawa 2012, s. 144.

[36] Miles Corak pisze o „krzywej Gatsby’ego”; por. tegoż, Income Inequality, Equality of Opportunity, and Intergenerational Mobility, „Journal of Economic Perspectives” 2013, t. 27, nr 3, s. 79–102.

[37] Wolff, Inheriting Wealth in America, s. 4, 75–78, 133; por. Corak, Income Inequality…, dz. cyt., s. 97–99.

[38] George Arnett, Elitism in Britain – Breakdown by Profession, „The Guardian”, 28 sierpnia 2014.

[39] Chetty i Hendren, The Impacts of Neighborhoods on Intergenerational Mobility,, dz. cyt. O tym, jak polscy rodzice zaczęli coraz mocniej „inwestować” w swoje dzieci, por. Rek-Woźniak, Młodzi dorośli, dz. cyt., s. 62.