Joanna Piotrowska: "XIX / FROWST", Silver Gelatin Hand Print, © Joanna Piotrowska

KONSTRUOWANIE INNEGO JĘZYKA

Fascynuje mnie, jak stan psychiczny taki jak niepokój, napięcie czy dyskomfort może wyrażać się w języku ciała, jak odległe w czasie prywatne, polityczne i społeczne wydarzenia wpływają na osoby, które nie brały w nich bezpośrednio udziału, oraz jak determinują one to, kim jesteśmy – mówi Joanna Piotrowska w rozmowie z Alicją Wysocką.

 

Gdyby pominąć twój pierwszy, licencjacki projekt fotograficzny 5128 – zresztą nietrudno go przeoczyć, bo rzadko o nim mówisz – można by powiedzieć, że Joanna Piotrowska fotografuje wyłącznie ludzi. Ale to nie do końca prawda… Na fotografiach z tego zapomnianego cyklu widzimy wprawdzie tylko naturę, ale jest to bardzo specyficzny jej fragment: taki, który zachował ślady ludzkiej aktywności. W pewnym sensie to żywe ruiny… Opowiedz proszę o tym projekcie oraz o tym, jak to sie stało, że bohaterami twoich kolejnych prac byli już tylko ludzie.

Te zdjęcia robiłam każdej wiosny od 2009 do 2011 roku w Bieszczadach. Tytułowe 5128 to liczba domów, które według przedwojennej mapy – będącej istotnym elementem całego przedsięwzięcia – znajdowały się na eksplorowanym przeze mnie terenie. Kwitnące drzewa owocowe wskazywały miejsca, w których kiedyś były gospodarstwa. Większość z nich, jeśli nie wszystkie, zniknęły z powierzchni ziemi. Każde zdjęcie z tego cyklu opisywałam nazwą miejscowości, w której niegdyś stał dany dom, oraz liczbą zabudowań, które się w niej znajdowały przed przesiedleniami. Częścią projektu 5128 były także indywidualne historie, krótkie anegdoty o tamtym czasie, na przykład o tym, jak kiedyś ktoś przyjechał do Stężnicy, odliczył kroki od jabłonki, wykopał skrzynkę i odjechał.

Realizując ten projekt, usiłowałam badać, w jaki sposób odlegle wydarzenia polityczne zapisały się w krajobrazie i roślinności oraz w jaki sposób ujawniają się dzisiaj. Rośliność tych terenów tworzy rodzaj ekohistorii. Pomimo że krajobraz Beskidów i Bieszczad sprawia wrażenie pierwotnego i nigdy niezamieszkanego, jego roślinność została mocno przekształcona. Śledząc zmiany we florze, możemy domyślać się, gdzie kiedyś mieszkali ludzie. Na terenach, które eksplorowałam, można znaleźć jabłonie, grusze, czereśnie, śliwy, agrest, kasztanowce, orzech włoski oraz bardzo popularne krzewy tarniny. Te wszystkie drzewa i rośliny, niegdyś sadzone i pielęgnowane przez mieszkańców, a teraz pozostawione samym sobie, rozrastają się, nadal kwitną i wydają owoce.

Pokazanie rodzącej się do życia przyrody nabiera znaczenia, gdy myślimy o tragicznych wydarzeniach z okresu przesiedleń i akcji „Wisła”. Po drewnianych domach, palonych przez UPA i Wojsko Polskie, nie pozostał żaden ślad. Jedyne zachowane do dziś resztki to nieliczne cmentarze lub pojedyncze pozarastane nagrobki w głębi lasu.

Koncentrując się nie na zanikających pozostałościach, ale na tym, co się każdego roku odradza i rozprzestrzenia, chciałam zwrócić uwagę na aktualność wydarzeń, które miały tam miejsce w pierwszych miesiącach i latach po wojnie. Nieustanne powracanie, odradzanie się dawnych zdarzeń, a także trauma II wojny światowej stały się tematem pracy terapeutycznej na Ustawieniach Hellingerowskich, w których brałam udział i które zapoczątkowały mój kolejny cykl Frowst. Wydaje mi się, że te dwa projekty tylko z pozoru są zupełnie inne, w gruncie rzeczy zaś przedstawiają coś podobnego: trwałość przeszłych wydarzeń, które powracają w zmienionej formie. W 5128 o tej prawdzie opowiada krajobraz, we Frowst – ludzie. Niezmiennie jednak chodzi o to, jak aktualna jest przeszłość, jak nas kształtuje i czym tak naprawdę jest „teraz”.


Joanna Piotrowska: Zubeńsko 65 domów, z cyklu 5128, 2010, © Joanna Piotrowska.


Joanna Piotrowska: Stężnica 128 domów, w ramach cyklu 5128, 2010, © Joanna Piotrowska

W twoich pracach modele symulują pewne postawy zainspirowane technikami samoobrony, czasem odtwarzasz sytuacje i pozy utrwalone na rodzinnych zdjęciach fotografowanej przez ciebie osoby – tak się dzieje we Frowst. Cały proces robienia zdjęcia – i mówię to z perspektywy osoby przez ciebie fotografowanej – to rodzaj eksperymentu: nieinwazyjnie prowokujesz sytuacje, a następnie rejestrujesz reakcje ciała. Twoje projekty korespondują z teorią umysłu ucieleśnionego, która zakłada, że nasz system poznawczy kształtowany jest przez sposoby, w jakie nasze ciało za pomocą zmysłów wchodzi w interakcje z otoczeniem. Widz patrzący na twoje prace odczuwa empatię, bo ciała uchwycone w pewnych pozach pozwalają projektować na siebie konkretne stany emocjonalne.

Nie znam teorii umysłu ucieleśnionego, ale z tego, co mówisz, wydaje mi się dość sensowna. Interesuję się różnymi psychoterapeutycznymi metodami, które poprzez obserwację lub eksplorowanie ciała poszukują przyczyny problemu natury psychologicznej. Ciało występuje w nich jako źródło informacji. Fascynuje mnie, jak stan psychiczny taki jak niepokój, napięcie czy dyskomfort może wyrażać się w języku ciała. Zwłaszcza taki stan, którego przyczyna nie jest do końca jasna, leży poza granicami naszego doświadczenia. Interesuje mnie to, jak odległe w czasie prywatne, polityczne i społeczne wydarzenia wpływają na osoby, które nie brały w nich bezpośrednio udziału, oraz jak determinują one to, kim jesteśmy. Najbardziej frapuje mnie pytanie o możliwość wolności w obliczu tych determinujących nas czynników zewnętrznych. Właściwie ciężko mi werbalizować i nazywać to, co robię, bo nie przyświeca temu żadna konkretna teoria. Tworzenie prac to dla mnie konstruowanie innego języka, opartego raczej na intuicji – takiego, w którym moje zainteresowania i myśli splatają się w sposób trudny do wyjaśnienia. Jeśli chodzi o mechanizm empatii, który – jak twierdzisz – uruchamia się u widza, może faktycznie czasem tak jest, a kiedy indziej pewnie działa coś zupełnie innego… Kiedy pracuję, nigdy nie myślę o widzu; ciężko jest w ten sposób tworzyć prace, bo widzem może być każdy. Słyszałam ostatnio od kogoś, kto uczył mnie w Royal College of Art, że dużo młodszych ode mnie ludzi, często dziewczyn, powołuje się na moje prace. Wydało mi się ciekawe, że te zdjęcia oddziałują na określoną grupę osób.

Czym się inspirujesz w swojej pracy twórczej?
Różnymi metodami pracy z ciałem i głosem, szamanizmem, tańcem, choreografią. Twórczością Anny Teresy De Keersmaeker, Borisa Charmatza, Michaela Hanekego, Gillian Wearing, Carol Gilligan. Moje sny, przyjaciele i pobyty w Polsce zawsze działają bardzo inspirująco.

Postawa ciała wpływa nie tylko na to, jak postrzegają nas inni, ale także na to, jak my sami postrzegamy siebie. Poza wyrażająca władzę może podnieść w mózgu poziom testosteronu i kortyzolu. Dziewczynki i kobiety na twoich ostatnich fotografiach, inspirowanych technikami samoobrony, najczęściej są w dość niewygodnych pozycjach. Nie ma pewności, czy wyrażają one obronę, czy atak, co doskonale pokazuje, jak działa ten inny, intuicyjny język, który starasz się tworzyć. Podobnie było w twoim wcześniejszym projekcie Frowst. Gesty osób na zdjęciach wydają się nieudolne albo przerwane w połowie, a otoczenie – przytłaczające. Jak wybierasz postacie oraz miejsca do swoich zdjęć?

Większość fotografowanych przeze mnie osób to moi znajomi, znajomi znajomych lub ktoś z ich rodziny. W przypadku Frowst było dla mnie ważne, żeby osoby, które pozują, były ze sobą spokrewnione, by łączyła je więź psychiczna i wspólne doświadczenie. W tym projekcie granice pomiędzy tym, co było odegrane, a tym, co rzeczywiście miało miejsce, pozostają niejasne.

W zdjęciach zrobionych do wystaw s.w.a.l.k i Hester, w których po raz pierwszy używam fotografii z zarejstrowanymi pozami zainspirowanymi samoobroną, pojawiają się głównie moje dwie przyjaciółki, ale już w ostatnich pracach występują dziewczynki od 11 do 17 roku życia, których wcześniej nie znałam. Bohaterowie się zmieniają, nie mam żadnych stałych preferencji dotyczących tego, jak powinieni wyglądać model ani kim powinien być.

Joanna Piotrowska: Bez tytułu, 2015, zrealizowane dzięki Jerwood / Photoworks Awards 2015, © Joanna Piotrowska


Joanna Piotrowska: Bez tytułu / s.w.a.l.k, © Joanna Piotrowska

Temat władzy dość często przewija się w twoich pracach – poruszałaś go w projekcie How are you, czyli cyklu fotografii, w którym w dość intymnych sytuacjach robiłaś sobie zdjęcia z nieznajomymi Kenijczykami. Kwestią władzy chciałaś zająć się również podczas wyjazdu do Górnego Karabachu w ramach Jerwood Prize. Tam na własnej skórze doświadczyłaś naruszenia osobistej granicy… Możesz o tym opowiedzieć?

Podczas tej podróży pojechałam do Agdam – miasta położonego na nieuznawanej do dziś granicy Karabachu z Azerbejdżanem, zrujnowanego w latach 90. Od ponad dwudziestu lat ruiny Agdam zarastają roślinnością, panuje tam absolutna cisza. Jedynym niezbombardowanym budynkiem pozostaje meczet, z którego widok jest dosyć apokaliptyczny. Wjeżdżanie do Agdam jest zakazane ze względu na dużą liczbę nierozbrojonych min, a także dlatego, że jest to baza militarna Karabachu. Dzień po wizycie w tym mieście wzięto mnie na bardzo długie i dosyć upokarzające przesłuchanie, policja wojskowa nie pozwoliła mi się z nikim kontaktować i zmusiła mnie do mówienia po rosyjsku. Następnego dnia byłam śledzona, a kolejne przesłuchanie odbyło się w bardzo nieformalny sposób. Gdyby ktoś nie pomógł mi przedostać się do Armenii, cała ta historia mogłaby się skończyć tragicznie. Znalezienie się w strefie wojny pozwala zrozumieć, jak bardzo jest się bezbronnym, bo podstawowe prawa człowieka po prostu tam nie istnieją. Myślę teraz nad zrobieniem pracy związanej z tą „przygodą”. Znalazłyby się w niej zdjęcia pozornie niemające nic wspólnego z konfliktem i władzą. Paradoksalnie inspiracją dla nich był mój kontakt z policją w Stepanakertcie, która zastraszając, jednocześnie zachęcała mnie do kontynuowania pracy i udawania, że przemoc w ogóle nie miała miejsca.


Joanna Piotrowska: I / FROWST, Silver Gelatin Hand Print, © Joanna Piotrowska


Joanna Piotrowska: Bez tytułu, 2015, zrealizowane dzięki Jerwood / Photoworks Awards 2015, © Joanna Piotrowska

Po projekcie Frowst twoje prace nie tworzą już cykli – to wystawy tworzą narrację, jak na przykład wystawa s.w.a.l.k w Northern Gallery of Contemporary Art lub Hester w Southard Reid w Londynie.

Tworząc prace, bardziej niż o fotografii, myślę o obiektach, z których robi się instalacje. Dlatego bardzo ważna jest dla mnie przestrzeń, w której pokazywane są moje prace. W listopadzie ubiegłego roku w Jerwood Space w Londynie prezentowałam zdjęcia na specjalnie dla nich zrobionych drewnianych konstrukcjach na kółkach. Widz chodził pomiędzy nimi, a one miały w sobie jakąś dziwaczną ludzką obecność. Konstrukcje ze zdjęciami przypominają też tablice informacyjne, które objaśniają, jak zachować się w danej sytuacji, na przykład gdy wybuchnie pożar. W ten sposób nawiązują do instruktażowości charakteryzującej techniki samoobrony, którymi się ostatnio inspirowałam. Te same zdjęcia w galerii Dawida Radziszewskiego zaprezentowane są w formie pokazu slajdów. Wśród nich znalazły się bardzo różne prace: te z dziewczynkami symulującymi pozy samoobronne zestawione są ze zdjęciem klatki w zoo lub z portretem matki z synem. Znaczenie prac poszerza się lub zawęża w zależności od selekcji i sposobu ich prezentacji. Czasem to samo zdjęcie pojawia się na kilku wystawach w zupełnie różnych rozmiarach i formach, czasem tę samą odbitkę umieszczam trzy razy na jednej ścianie, czasem zdjęcie zostaje skadrowane i funkcjonuje jako nowa praca, czasem jest tapetą. Te różne konfiguracje czasami zostają nazwane i są takim swoistym cyklem złożonym na czas trwania wystawy. Przy takim trybie tworzenia wystawy pojawia się element retrospekcji i rekonfiguracji.

No właśnie, większość twoich pojedynczych zdjęć nie ma tytułu. Czy możesz wyjaśnić znaczenie nazw wspomnianych przez ciebie wystaw – cykli?

Tytuł s.w.a.l.k pochodzi od „sealed with a loving kiss” – to sformułowanie pojawiało się często w listach kochanków piszących do siebie podczas II wojny światowej. Realizowaniu tej wystawy towarzyszył dość katastroficzny nastrój, sporo myślałam o końcu świata i o końcu relacji, możliwości miłości w obliczu katastrofy. Inna wystawa – Hester – została nazwana ludzkim imieniem, bo frapował mnie fakt, że ludzie nadają imiona swoim różnym lękom, tak jakby chcieli je oswoić, zaprzyjaźnić się z nimi.


Joanna Piotrowska: z cyklu How Are You, Kenia, projekt w trakcie realizacji, © Joanna Piotrowska

 

Joanna Piotrowska (1985) – ukończyła ASP w Krakowie i Royal College of Art w Londynie. W 2014 roku MACK Books wydało jej pierwszą książkę fotograficzną FROWST. Brała udział w wielu wystawach, m.in. Bloomberg New Contemporaries (ICA, Londyn, 2013), What Love Got to Do with It (Hayward Gallery Project Space, Londyn, 2014), Family Politics (Jerwood Space, Londyn, 2015) oraz Miesiącu Fotografii w Krakowie (2015). Mieszka i pracuje w Londynie.

Wystawę Joanny Piotrowskiej można oglądać do 26 marca w galerii Dawida Radziszewskiego (ul. Krochmalna 3, Warszawa).