Katarina Caspersen: "Crowdsourcing", 2014. Źródło: Wikimedia

JAK PODSTĘPEM NAKŁONIĆ INNYCH DO ALTRUIZMU

Witam. Nazywam się Denis Rivin. Jestem Duńczykiem ukraińskiego pochodzenia, typem totumfackiego o bardzo szerokim kręgu zainteresowań. Studiowałem „gruntownie” biznes, marketing, ekonomię,  historię sztuki, obecnie studiuję komunikację i wzornictwo cyfrowe, a w domu zgłębiam tajniki astronomii, filozofii, poezji, publicystyki, polityki, historii starożytnej, aktywizmu, haktywizmu, gastronomii, i tak dalej. Konsumowanie wiedzy i ciągłe poznawanie cudów i horrorów naszej współczesności i przeszłości często skłaniały mnie do zastanowienia się nad ewolucyjnymi zdobyczami humanoida, naszymi zbiorowymi osiągnięciami intelektualnymi, naszym niezwyciężonym, żądnym przygód duchem i naszą powszechną, megalomańską wiarą w samych siebie. Lecz, niestety, najważniejsze i najbardziej frustrujące jest dla mnie to, że w sumie cała ta wiedza kompletnie pozbawiła mnie wiary w rasę ludzką.

Przerażający egocentryzm, ogólny brak empatii i ciągłe dążenie do bogactwa zdominowały naszą naturę do tego stopnia, że przez większą część swego życia naprawdę nie widziałem dla ludzkości żadnych szans. I nadal ich nie widzę; w kontekście historycznym, nieuchronnie, mała garstka wszystko popsuje nam wszystkim – pokojowo nastawionej większości. Chociaż to twierdzenie może wydawać się oczywiste, nie mogę się od niego uwolnić. Ale najbardziej boli mnie świadomość, że choć jestem wystarczająco inteligentny by zrozumieć, że dla naszego świata jest to kwestia zasadnicza, nie jestem inteligentny na tyle, żeby wiedzieć, co należy z tym zrobić.

Ale!

Najnowsze wydarzenia i ciągłe poszerzanie zakresu mych zainteresowań pozwalają mi wierzyć, że może jest jeszcze odrobina nadziei. Po raz pierwszy w moim trzydziestoletnim życiu dostrzegam cień realnej szansy na fundamentalną odmianę naszego świata (bez uciekania się do przemocy), bo zdaje się, że doszliśmy do ewolucyjnego skrzyżowania dróg, na którym zachodzi radykalna zmiana paradygmatu – zresztą ma to miejsce już od dziesiątek lat. Ogólnie mówiąc mamy do wyboru dwie opcje: 1) pozostać na ścieżce prowadzącej do całkowitego upadku lub 2) na nowo uporządkować hierarchię naszych wartości, na nowo zorganizować społeczeństwo i instytucje rządzące oraz całkowicie odmienić nasz stosunek do kolektywnego, altruistycznego sposobu myślenia, abyśmy potrafili porzucić destrukcyjny, egocentryczny styl życia, do którego przyzwyczailiśmy się, i zamiast tego rozpocząć tworzenie nowych wartości obywatelskich. Wspólnie. Narzędzia niezbędne do tego epickiego kroku naprzód są tuż przed naszymi oczami, ale czy jesteśmy dostatecznie dojrzali, by skorzystać z nadarzającej się okazji i wreszcie wziąć swój los we własne ręce, być przyczyną, a nie skutkiem? Być może odpowiedź brzmi „nie”, ale najważniejsze, że zrobiliśmy pierwszy krok i wcale nie było to takie bolesne.

 

Społeczna synchronizacja

Taki przyszły, szeroko zakrojony ruch mógłby ogólnie wynikać z faktu, że żyjemy w czasach, w których coraz łatwiej jest dzielić się z innymi, współpracować i podejmować wspólne inicjatywy poza ramami tradycyjnie rozumianych instytucji i organizacji. Już dziś można dostrzec imponujące rezultaty wspólnych przedsięwzięć opartych na szeroko zakrojonej współpracy przy niewielkich kosztach, dzięki czemu ludzie są w stanie wykonywać poważne, skomplikowane zadania bez żadnej pomocy ze strony instytucji. Spójrzmy na Wikipedię.

Fenomen mediów społecznościowych, takich jak Facebook, polega nie na tym, z jaką łatwością potrafią kraść nasz wolny czas, lecz na tym, że pokonując granice geograficzne i przełamując podziały klasowe potrafią skutecznie nagłośnić jeden fakt: że jesteśmy istotami społecznymi. Większość z nas w naturalny sposób przejmuje się losem innych i nawzajem siebie potrzebujemy, a dziś łatwiej jest to zrealizować, niż kiedykolwiek. W wyniku coraz szybszego tempa rozprzestrzeniania się informacji i coraz lepszego rozumienia łączących nas zależności coraz więcej wiemy o siebie nawzajem, przez co wspólnie stajemy się świadomi naszego obecnego położenia i wyboistej drogi, jaką musieliśmy pokonać, aby tu dotrzeć: wreszcie się synchronizujemy! Jest to nieustanne poddawanie się oświeceniu na niespotykaną dotąd skalę, a sposób, w jaki przy tej okazji media społecznościowe uczą nas sztuki dzielenia się zaczyna powoli przekładać się na nasze codzienne życie, sprzyjając tworzeniu, współpracy i uczestnictwu na skalę światową.

Jak dotąd media społecznościowe nauczyły nas, że ludzie naprawdę lubią i chcą się czymś dzielić, czymkolwiek, o ile jest to doceniane przez innych. Wynika to z naszej naturalnej skłonności do bezinteresownego dawania czegoś innym, dzięki czemu często możemy przyczynić się do poprawy ich bytu, poziomu wykształcenia, a przynajmniej dać im odrobinę rozrywki. Niestety, wielu z nas szczerze żałuje, że kiedyś podzieliło się z kimś czymś w sieci, gdyż Internet łatwo nie zapomina. Jednak do takich nieporozumień często dochodzi na początku czegoś nowego, co pozwolę sobie nazwać rewolucją. Musimy zwyczajnie nauczyć się odpowiednich zachowań oraz tego z kim, czym i kiedy możemy się dzielić. I większość z nas na pewno się tego nauczy. Niemniej jednak świadomość zbiorowości i poczucie niezliczonych możliwości zbiorowego współdziałania zrobiły swoje; pod ich wpływem zmienia się nasz sposób myślenia i nasze postępowanie.

Powoli oswajamy się z jednostronną, bezkrytyczną fascynacją treściami umieszczanymi na portalach społecznościowych i stopniowo uczymy się odróżniać to, co wartościowe od tego, co można określić mianem cyfrowych śmieci. Coraz lepiej wykorzystujemy doświadczenie zdobyte podczas korzystania z Internetu, z inspiracją spoglądamy w przyszłość i wyzwalamy się spod jarzma mechanizmów społecznych, które się w nas wykształciły w wyniku podporządkowania naszego prawdziwego życia ideom społecznym  praktykowanym w sieci, czego głównym przejawem są crowdfunding i crowdsourcing.

 

Środki i zasoby finansowe]

Crowdfunding jako mechanizm kolektywnego gromadzenia kapitału niespecjalnie mnie interesuje, chociaż w pełni doceniam postęp w tej dziedzinie. Niedawne przypadki w Kanadzie i na Ukrainie, gdzie dzięki ogromnej liczbie drobnych, jednorazowych wpłat dokonywanych przez osoby prywatne zebrano 200.000 dolarów, aby rozpowszechnić nagranie video prezydenta jakiegoś miasta palącego crack, czy setki tysięcy dolarów na dofinansowanie podupadającej armii, w pełni ukazują potencjał, jaki drzemie w dużej zbiorowości szarych obywateli, którzy dzięki niewielkim, indywidualnym wpłatom wspólnie przyczyniają się do realizacji jakiegoś konkretnego celu. Sądzę jednak, że crowdfunding może być ciekawy jedynie na naprawdę dużą skalę, na przykład na skalę całego państwa. Wyobraźmy sobie na przykład, że możemy kontrolować sposób, w jaki co miesiąc wydawane są nasze podatki i mieć prawo głosu w decydowaniu jak i gdzie pieniądze te należy przeznaczyć.

Crowdsourcing jest czymś zupełnie innym, trwalszym, oderwanym od wartości pieniądza, do której przywykliśmy. Crowdsourcing związany jest z zasobami ludzkimi. Polega na nawiązywaniu obopólnie korzystnej współpracy i wykorzystywaniu ogromnego potencjału drzemiącego w tobie i we mnie: nie ma na świecie nikogo, kto wiedziałby wszystko to, co wiedzą wszyscy, a to, czego dokonanie jednej osobie zajmie całe lata, może zostać osiągnięte przez miliony osób w ciągu godziny. Już z samej tej perspektywy nasz świat może stanąć przed bezprecedensową szansą na kolektywne dokonanie wielkich zmian, na wzajemną pomoc, tak, abyśmy wszyscy mogli się rozwijać, bo doskonale wiemy, że pomagając innym pomagamy samym sobie.

Można przytoczyć wiele przykładów wykorzystania platform opartych na crowdsourcingu przynoszących obopólne korzyści, gdzie inni pomagają nam, a my innym. Zastanów się. Jeśli jesteś w czymś dobry, w czymkolwiek, i chciałbyś na tym zarobić, twoim miejscem pracy może być cały świat. Strona Freelancer.com, dotycząca głównie branży cyfrowej, zawiera długą listę kontaktów do osób na całym świecie poszukujących ludzi z umiejętnościami w zakresie programowania, projektowania graficznego, pisania, wprowadzania danych, marketingu internetowego i wielu innych, najczęściej technicznych umiejętności. Jeśli je posiadasz, możesz wziąć udział w przetargach na konkretne projekty i odwrotnie, jeśli chcesz, żeby ktoś zrobił coś dla ciebie, możesz wynająć do tego jakiegoś obcego specjalistę. Dla odmiany na stronie Fiverr oferowane są najróżniejsze usługi za stałą stawkę 5 dolarów – czy na przykład nie chciałbyś, żeby ktoś z Londynu wykonał dla ciebie transkrypcję jakiegoś wywiadu? Nie ma problemu. Albo animację poklatkową twojego logo wykonaną z klocków Lego? Nie ma problemu. A może chciałbyś, żeby ktoś rozprowadził 50 twoich ulotek na Uniwersytecie w Chicago? Może to niezły pomysł, jeśli jesteś na przykład muzykiem sprzedającym swą muzykę w sieci? A może ulotkę zaprojektuje ci jakaś fajna dziewczyna z Cape Town? Zapłacisz za to tylko o 5 dolarów więcej.

Jest też całe mnóstwo stron specjalizujących się w sztuce użytkowej, wynajdywaniu współlokatorów, osób chętnych do wspólnych podróży, tymczasowych asystentów, pomocników przy pracach domowych oraz w wielu innych dziedzinach. Wszystkie one działają w oparciu o ideę dzielenia się czymś. Wielu zwolenników tej „ekonomii  dzielenia się” przekonało się do niej w początkowych latach kryzysu finansowego na początku XX wieku. Jednak aby zjawisko to nie pozostało jedynie reakcją na kryzys i nie stanowiło przedłużenia niewydolnej, indywidualistycznej ery wartości pieniądza, musimy stworzyć i stale podkreślać wagę mentalności dzielenia się. Termin ekonomia za bardzo wskazuje na kontynuację paradygmatu, który okazał się niewystarczający; wcale nie kojarzy się ze zmianą. A zmiana jest właśnie tym, czego potrzebujemy. Musimy uznać i raz na zawsze i pogodzić się z faktem, że dysponujemy ograniczoną ilością zasobów, dlatego idea dzielenia się powinna być na tyle głęboko zakorzeniona w naszych umysłach, by stopniowo zaczęła przypominać jasne i zrozumiałe dla nas pojęcie własności. Mówiąc prościej, powinniśmy przyzwyczajać się do idei korzystania i dostępu zamiast posiadania na własność. Wcielanie w życie idei dzielenia się wiedzą, wizją, dobrami, odpowiedzialnością, czasem, czy jakimikolwiek innymi posiadanymi przez nas zasobami, o ile dzielenie się nimi w żaden sposób nie szkodzi nam ani innym, jest właśnie tym, czego nam trzeba. Dzięki temu lepsze stanie się społeczeństwo, a nie ekonomia jako taka; nie pozwolą na to zmiany zachodzące w relacjach pomiędzy czasem i pieniądzem. Stare powiedzenie, że czas to pieniądz, czyli twierdzenie, że czas poświęcony na czynności nieprzynoszące zysku jest czasem straconym, nigdy nie było prawdziwe.  Jest ono szczególnie niedorzeczne w XXI wieku, ponieważ nasz czas jest niewątpliwie wart więcej, niż pieniądz. Wkrótce ludzie na nowo sobie to uświadomią: z całą pewnością nie istniejemy po to, żeby zarabiać pieniądze i kupować przedmioty. Z całym szacunkiem, jesteśmy tu po to, żeby żyć.

Z perspektywy poznawczej dziedzina crowdsourcing jest szczególnie fascynująca w połączeniu z filozofią otwartych źródeł, zgodnie z którą ryzyko związane z rezygnacją z praw do własności intelektualnej może prowadzić do powstania większej wartości w wyniku kolektywnej współpracy na poziomie intelektualnym. Platforma FeedbackArmy jest genialnym pomysłem dla osób szukających pomocy przy tworzeniu własnych stron internetowych. Za niewielką opłatą określona grupa złożona z ludzi z różnych zakątków świata dokona krytycznej oceny pomysłu, sposobu komunikacji i funkcji oferowanych przez twoją stronę www, co może okazać się bezcenne po jej uruchomieniu. Na UserTesting możesz w czasie rzeczywistym prześledzić sposób, w jaki użytkownicy poruszają się po twojej nieopublikowanej jeszcze stronie, dzięki czemu możesz dokonać oceny swej platformy pod kątem logiki jej wykorzystywania przez przyszłych jej użytkowników. Już od kilku lat Quirky z powodzeniem przyczynia się do wprowadzania zmian w działalności produkcyjnej dzięki umożliwieniu jej użytkownikom oddawania swych głosów na to, co i jak chcieliby, żeby było produkowane, a także oferowaniu części udziałów w zyskach tym użytkownikom, których pomysły mają największy wpływ na końcowy produkt. Natomiast Local Motors stosuje tę samą technikę crowdsourcingu przy projektowaniu i produkcji pojazdów.

Mówiąc o samochodach, należy wspomnieć o firmie Tesla Motors, która jest znakomitym przykładem na to, że ta mentalność może przenikać nawet do tradycyjnie pogardzanego świata międzynarodowych korporacji. 12 czerwca 2014 Elon Musk, dyrektor firmy, pionier w dziedzinie samochodów elektrycznych niespodziewanie udostępnił ponad 1400 patentów nagromadzonych przez Tesla Motors przez ostatnich 11 lat. Dlaczego to zrobił? Ponieważ zasady gry zmieniają się także w świecie biznesu, ponieważ zachęcanie do szybszego wzrostu i dzielenie się pomysłami jest korzystne dla nas, innych firm, społeczeństwa i jeszcze raz dla nas. Nie sposób dziś przewidzieć, czy przyjdzie kiedyś taki czas, kiedy patenty całkowicie znikną na rzecz  źródeł otwartych. Sam Elon Musk twierdzi, że samo opatentowanie czegoś jest niczym kupienie kuponu na loterii, jaką jest proces w sądzie. Natomiast zupełnie czymś innym jest sposób opatentowania czegoś oraz to, kto decyduje co może, a co nie może być przedmiotem monopolu w dłuższym okresie. Czy decyzja o tym, kto może rościć sobie prawa do danej dziedziny wynalazczości powinna należeć do jednej osoby? Czy może to zagadnienie także powinno być rozstrzygane na zasadach otwartego źródła? Tak sugeruje interesująca inicjatywa, z jaką wyszło Biuro Patentów i Znaków Towarowych Stanów Zjednoczonych, mianowicie sieć społeczna Peer to Patent, w której każdy składany wniosek patentowy poddawany jest pod dyskusję społeczną.

 

Coś dla każdego

Niezwykle ciekawym uzupełnieniem inicjatyw opartych na crowdsourcingu jest  niedawne badanie przeprowadzone przez Instytut Gallupa. Pokazuje ono, jak wiele osób nie lubi tego, co robią w pracy. Według raportu około 70% Amerykanów szczerze nienawidzi swojej pracy albo co najmniej nie wykazuje nią najmniejszego zainteresowania.

Ale jest też dobra wiadomość. W związku z tym, że w coraz większym stopniu jesteśmy świadomi swoich własnych możliwości i coraz lepiej rozumiemy, że jesteśmy społeczeństwem złożonym z jednostek o niepowtarzalnych preferencjach, dochodzimy do wniosku, że każdą zleconą nam czynność, której nie lubimy i przez co nie potrafimy czerpać przyjemności z jej wykonywania, na pewno może wykonać ktoś inny, dla kogo wykonanie jej będzie źródłem prawdziwej satysfakcji. Wolałbym na przykład móc uniknąć konieczności zlecenia wykonania jakiegoś straszliwie nudnego, pełnego pułapek, niewolniczego zadania wykorzystując do tego tanią siłę roboczą, gdziekolwiek nie byłaby ona dostępna, ponieważ jestem święcie przekonany, że zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo omijanie właśnie takich pułapek jest chlebem powszednim i źródłem spełnienia – i za to chcę im podziękować. Pozwólcie, żebym ja zajął się czymś, co mi sprawia przyjemność i w danej chwili pozwala z optymizmem spojrzeć na naszą wspólną przyszłość.

Oczywiście wszystkie te możliwości, tendencje i pozornie pozytywne oznaki transformacji kryją w sobie jakieś pułapki. Każdy wynalazek techniczny musi mieć jakiś słaby punkt, co zachęca nas do stosowania inżynierii wstecznej i celowego wykorzystywania wynalazku w sposób niezgodny z jego przeznaczeniem. Dotyczy to chyba każdego wynalazku w historii i nie ma w tym niczego niezwykłego (absolutnie nie oczekuję jakiejś niezwykłej odmiany niezdarnego psychologicznie postępowania jednostki, natomiast rzeczywiście, spodziewam się znacznego, przełomowego postępu w obszarze tego, co postrzegamy jako nasze naturalne zachowanie w społeczeństwie oraz w stosunku do całej populacji (Ludzi)).

Oczywistym i logicznym skutkiem ubocznym tej przemiany w kierunku kolektywnej współpracy jest na pewno przeciągające się poczucie dezorientacji, a nawet chaosu, jak w każdym innym okresie przemian społecznych i technologicznych. Prawdziwe rewolucje nigdy nie są prostym przejściem od punktu A do B w sposób uporządkowany. Wręcz przeciwnie - droga do punktu B jest zawsze długa, trudna i kręta. W okresach prawdziwej transformacji stare systemy upadają na długo zanim nowe osiągną stabilność, a w instytucjach tradycyjnie uciekających się do manipulacji bądź nastawionych na osiąganie zysków, jakkolwiek byśmy ich nie nazwali, na początku pojawiają się pęknięcia i oznaki postępu.

Na chwilę obecną osobiście jestem skłonny uwierzyć, że wszystko to może się udać. Mam świadomość, że autorami niektórych z tych inicjatyw w rzeczywistości są nie całkiem etycznie postępujące korporacje dysponujące rzeszami prawników, starające się wydobyć od osób prywatnych jak najwięcej własności intelektualnej – jasne, że tak jest. W końcu wymyślił je sam Człowiek. Mimo tego reprezentowane przez nie tendencje są ogólnie pozytywne, zachęcają do uczestnictwa, współpracy i dzielenia się, co jest o wiele lepsze, niż zachęcanie ludzi do pasywnego oglądania przez cały dzień odmóżdżającej telewizji.

 

Nadmiar poznawczy

Profesor Clay Shirky, badający społeczno-ekonomiczny wpływ Internetu [na nasze życie], jest twórcą terminu nadmiar poznawczy, który bardzo przypadł mi do gustu. Twierdzi on, że nadmiar poznawczy wynika z faktu, że populacja ludzi wykształconych na całym świecie dysponuje dziś łącznie ponad bilionem (1,000,000,000,000) godzin wolnego czasu, co jest istotnym zasobem społecznym, majątkiem, który można wykorzystać. Shirky trafnie porównuje stan umysłów w XX wieku do tak zwanej „gorączki dżinu” w Londynie w latach 1720-tych, kiedy to prawie cała populacja miasta urządziła sobie trwającą 10 lat zborową libację alkoholową, jako sposób reakcji na dramatyczne przemiany społeczne oraz ogólną zmianę struktury społecznej we wczesnych latach industrializacji, i w obliczu trudów miejskiego życia szukała ukojenia w dżinie. Na początku XX wieku, w czasie powojennej transformacji społeczeństwa z industrialnego na post-industrialne i w związku ze związanymi z tym wyzwaniami społecznymi na ogromną skalę, dżinem stała się dla nas telewizja zajmująca dużą część wolnego czasu obywateli krajów rozwiniętych (według statystyk urodzeni w latach 60-tych obejrzeli 50,000 godzin telewizji(w każdy weekend spędzamy około 100 milionów godzin na oglądanie samych tylko reklam)). Ale także i to zjawisko może już niedługo stać się częścią całkiem niedawnej historii. Krajobraz medialny XX wieku, jak zauważa Sharky, w jawny sposób spełniał rolę środka znieczulającego pomagającego ludziom konsumować, dzięki czemu staliśmy się naprawdę dobrzy w konsumpcji. Nadal uwielbiamy konsumować, jednak wydaje się, że krajobraz medialny XXI wieku bardziej sprzyja wytwarzaniu i dzieleniu się, z czym się zgadzam. Ciekawe tylko,  w czym jeszcze będziemy dobrzy za sto lat?

W tym miejscu stosowne byłoby porównanie nawyku oglądania telewizji w XX wieku do nawyku oglądania video na żądanie w XXI wieku. Jednak ludzie, których całkowicie pochłania YouTube, znajdują coraz to nowe sposoby interakcji z tym nowym medium, na przykład przez zamieszczanie komentarzy, dzielenie się treścią, układanie kategorii, rankingów i ocenianie – a co najważniejsze, są oni motywowani do tworzenia czegoś samodzielnie.

 

Matki żądają działania

Te wszystkie nowe platformy są interesujące i, rzekłbym, charakteryzują dążenie do radykalnego odświeżenia sposobu prowadzenia handlu oraz ogólnie naszej interakcji z innymi przedstawicielami społeczeństwa. Czynią to poprzez decentralizację starych struktur społecznych, eliminację tradycyjnie rozumianych pośredników, aczkolwiek tworzą nowy ich rodzaj, mianowicie mediatorów. Jednocześnie oferują użytkownikowi większą wygodę i prowadzą do konformizmu, przez co wystawiają nas na potencjalnie groźne ryzyko popadnięcia w lenistwo. Jednak pomijając to ryzyko na chwilę obecną, najważniejsze jest to, że nowe technologie zamieniają konsumentów w producentów i aktywizują nas. Te całkowicie nowe moce produkcyjne w połączeniu z naszą szczerą chęcią dzielenia się, bycia aktywnymi społecznie, naprawdę mogą odmienić społeczeństwo, szczególnie w odniesieniu do wysiłków obywatelskich. Właśnie to daje mi wiarę w prawdziwą zmianę, w to, że możemy w naszym społeczeństwie dokonać dogłębnych, pozytywnych zmian na wielką skalę, jeśli tylko będziemy tego chcieli. Ty i ja.

Obecnie moim ulubionym tego przykładem jest momsdemandaction.org, rozwijający się w szybkim tempie oddolny ruch mam w Stanach Zjednoczonych, domagających się podjęcia działań w kierunku zmiany prawa dotyczącego broni palnej. Na szczęście z europejskiego punktu widzenia żądania wysuwane przez inicjatywę, dotyczące nałożenia sensownych ograniczeń na to jak, gdzie i kiedy można nosić naładowaną broń palną oraz jej używać w miejscach publicznych, wydają się absurdalne, ponieważ robienie zakupów ze świadomością, że tuż obok ktoś ma przy sobie naładowaną broń, czy możliwość kupna amunicji tuż obok stoiska ze słodyczami nie jest dla nas codziennością. Niestety, dla tych mam jest to chlebem powszednim i mają już tego dość. Mają już dość wrzaskliwej, uciekającej się do manipulacji mniejszości decydującej o tym, jak ma żyć większość, a wszystko przez śmiesznych do bólu, niekompetentnych, nieetycznych i nieprzystosowanych do współczesnych realiów amerykańskich prawicowych i lewicowych polityków, którzy blokują się wzajemnie we osiągnięciu czegokolwiek, po to, by dalej trwać przy władzy (odwiedźcie na przykład stronę allaregreen.us 16-letniego samouka Nicholasa Rubina, który stworzył aplikację pokazującą, jak naprawdę amerykańscy politycy zarabiają na życie).

Jedyne, czego domagały się mamy to zapewnienie im poczucia bezpieczeństwa podczas codziennych zakupów z dziećmi, ale nikt ich nie chce słuchać. Dlatego Shannon Watts, matka z Indianapolis uznała, że miarka się przebrała. Postanowiła wykorzystać dostępne jej narzędzia do komunikacji i podzielić się swym zdaniem z innymi. Obecnie w inicjatywę zaangażowanych jest 150,000 mam, które odmawiają robienia zakupów w miejscach, gdzie jawnie można nosić broń, co niesie za sobą olbrzymie skutki ekonomiczne dla tego typu sklepów i skłania je do zmiany obowiązujących tam przepisów.

 

Jak używać podstępu?

Sądzę, że przykład matek domagających się działania jest inspirujący nie dlatego, że jest przykładem nowej formy protestu, lecz dlatego, że pokazuje skuteczność działania obywatelskiego w XXI wieku. Jest dowodem na skuteczność siły woli, na to, że luźno współdziałające ze sobą grupy wkrótce będą w stanie osiągnąć coś, co do tej pory było nieosiągalne dla innych zorganizowanych struktur, ponieważ udało nam się drastycznie zwiększyć naszą skuteczność komunikowania się. Historia pokazuje, że zmiana sposobu komunikacji prowadzi do zmian w społeczeństwie. Zmieniamy narzędzia wykorzystywane przez społeczeństwo do rozwoju i podtrzymywania swego funkcjonowania. Zmieniamy także metody społecznej interakcji.

W odniesieniu do teorii Shirky'ego, pozytywnym aspektem w obecnych czasach jest fakt, że wolny czas może być traktowany jako nasz zasób społeczny, wykorzystywany do dużych, wspólnych przedsięwzięć, a nie tylko jako ileś tam minut do indywidualnego wykorzystania przez każdego z nas. Ciekawym przykładem ilustrującym ten punkt widzenia jest przedsięwzięcie przedsiębiorcy z branży cyfrowej Luisa von Ahna, który stworzył tzw. Całkowicie Automatyczny test Turinga odróżniający Komputery od Ludzi (CAPTCHA - akronim złożony z pierwszych liter nazwy systemu w j. angielskim - Completely Automated Public Turing test to tell Computers and Humans Apart – przyp. tłum.), uniemożliwiający botom, czyli programom komputerowym udającym ludzi, korzystanie z usług cyfrowych oraz zbieranie niektórych poufnych danych. Na pewno spotkaliście się z systemem CAPTCHA wprowadzając rozmaite dane w Internecie. Jest to dość irytujący zlepek liter i cyfr, które należy poprawnie zidentyfikować i wpisać w odpowiednie pole przed wejściem na daną stronę lub zalogowaniem się do serwisu. Technologia ta odniosła wielki sukces i została szybko wykorzystana przez duże firmy działające w sieci. Ale von Ahn wkrótce doszedł do druzgoczącego wniosku. Mianowicie ustalił, że użytkownicy wpisują 200 milionów zlepków CAPTCHA dziennie. Początkowo taka popularność systemu napawała go dumą, jednak szybko uświadomił sobie, że skoro wpisanie jednego zlepku CAPTCHA zajmuje około 10 sekund i jeśli dziennie robi to 200 milionów ludzi, każdego dnia łącznie tracimy na tę czynność około 500,000 godzin, co jest olbrzymim marnotrawstwem zasobów ludzkich. Nie mógł się z tym pogodzić. Dlatego wynalazł reCAPTCHA, czyli zmodyfikowaną wersję tej samej technologii, pozwalającą na wykorzystanie tego olbrzymiego, zbiorowego wysiłku w pożytecznym celu. Teraz za każdym razem, gdy wprowadzasz w sieci zlepek CAPTCHA, oprócz udowodnienia, że jesteś istotą ludzką, przyczyniasz się do cyfryzacji  książek: każde wpisane przez ciebie hasło porównywane jest z reakcjami innych użytkowników na ten sam zlepek liter, co dla komputera jest zadaniem zbyt trudnym (o dziwo, komputery nadal słabo radzą sobie z odczytywaniem znaczenia słów, które odczytują i tłumaczą w oderwaniu od kontekstu). Dzięki temu poszczególne zlepki liter identyfikowane są jako konkretne słowa. Proces ten wykorzystywany jest przy cyfryzacji około 2,5 miliona książek rocznie, co pomaga w rozwijaniu czytelnictwa i przyczynia się do naszego wspólnego dobra.

W tym miejscu należy zadać ważne pytanie: czy dobrowolnie poświęcilibyśmy chociaż parę sekund dziennie na cyfryzację losowo wybranych książek albo przetłumaczenie losowo wybranych zdań, aby ułatwić dostęp do wiedzy ludziom, których nie znamy i których pewnie nigdy nie spotkamy? Nawet gdybyśmy się teoretycznie na to zgodzili, bo jesteśmy tacy dobrzy i niezwykli, czy na pewno w codziennej gonitwie wygospodarowalibyśmy na to choć trochę czasu? Tak czy inaczej, wierzę szczerze, że znakomita większość z nas na pewno odpowiedziałaby „tak”, ponieważ z natury jesteśmy dobrzy, troszczymy się o los innych i na ogół jesteśmy skorzy do pomocy. Po prostu rzadko mamy okazję pokazać się od tej strony, chyba, że znajdziemy się w sytuacji, kiedy jest to niezbędne, albo kiedy ktoś nas do tego zmusi podstępem: podstępnie skłoni nas do bycia dobrym.

 

Epilog

Sukces systemu reCAPTCHA skłonił von Ahna do zastanowienia się nad innymi sposobami wykorzystywania na skalę masową drobnego wkładu wnoszonego przez poszczególne osoby na rzecz jakiegoś ogólnego dobra i w ten sposób wymyślił Duolingo, czyli opartą na idei crowdsourcingu platformę tłumaczeniową i edukacyjną, dzięki której 100 milionów ludzi tłumaczy zawartość Internetu na wszystkie najważniejsze języki nawet o tym nie wiedząc (czyli za darmo). Jak się to robi? Należy zaoferować użytkownikowi coś pożytecznego, udostępnić mu to za darmo i sprawić, aby to coś było pożyteczne na wielu płaszczyznach. W przypadku Duolingo użytkownik może wybrać język obcy, którego chce się uczyć i podczas nauki tłumaczy fragmenty treści z Internetu zawierające dane słowa. Platforma świetnie sobie z tym radzi. Najnowsze badania pokazują, że 34 godziny pracy Duolingo odpowiadają całemu semestrowi na uniwersytecie, a 11 tygodni to łączny czas potrzebny na naukę języka.

Należy w tym miejscu podkreślić, że nie chodzi tu o podstępne nakłanianie do wykonywania darmowej pracy. Chodzi o wykorzystanie dostępnej technologii do tworzenia społecznej wartości z pracy, która i tak jest wykonywana, a co najważniejsze, nie musi być pracą w jej potocznym rozumieniu. Użytkownik Duolingo uczy się nowego języka i nie musi za to płacić pieniędzmi, lecz swym czasem, który i tak musi poświęcić na naukę języka.

Najwspanialszą rzeczą w tym wszystkim oraz źródłem mego ostrożnego optymizmu w odniesieniu do naszej wspólnej przyszłości nie jest fakt, że te nowe technologie w swej naturze tak diametralnie różnią się od wszystkich innych wynalazków z poprzednich okresów w historii, lecz to, że inne są również umysły, dzięki którym technologie te powstają. Są to umysły, dla których świat jest wspólnotą, które chcą stworzyć coś pożytecznego dla ciebie, dla mnie, dla siebie i dla nas wszystkich. Dlaczego? Ponieważ wszystko inne zdążyło już się zestarzeć. Ponieważ jako istoty egocentryczne, mające coraz szybszy i łatwiejszy dostęp do wiedzy na temat ogólnie pojętej historii, warunków życia na Ziemi i całego wszechświata, wreszcie zaczynamy sobie uświadamiać, że nasze szczęście i poczucie bezpieczeństwa nieuchronnie wiąże się ze szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa innych (przynajmniej w odniesieniu do warunków panujących na naszej planecie) i staje się tego pochodną. I wreszcie dlatego, że czego innego niż szczęścia i poczucia bezpieczeństwa możemy sami sobie życzyć?

 

Denis Rivin (1984) – studiował historię sztuki na Uniwersytecie Kopenhaskim oraz Digital Design i Komunikację na IT-University of Copenhagen. Zajmował się realizacją projektów kulturalnych, wydawaniem czasopism, menedżerowaniem zespołów muzycznych, kuratorowaniem wystaw i organizacją koncertów. Od roku 2013 głównie zajmuje się badaniem postępu technologicznego i jego wpływu na relacje społeczne i ruchy antysystemowe. Jest założycielem dwóch startupów z obszaru mediów i komunikacji: IMA READ oraz OF COURSE OFF COURSE. Mieszka i pracuje w Kopenhadze.

 

Fundacja Bęc Zmiana i Duński Instytut Kultury zapraszają na wykład Denisa Rivina Nowa materialność. Struktury przestrzenno-społeczne i nowe technologie w służbie mieszkańców miast przyszłości. Spotkanie w języku angielskim odbędzie się w ramach cyklu SYNCHRONIZACJA 2017: NEGATYW MIASTA. Wykład będzie przeglądem najnowszych trendów w adaptacji nowych technologii do życia społecznego. Pytań jest wiele: Jak digitalizacja ma się do demokratyzacji? Kto dziś ustawia reguły gry? Jak być krytycznym optymistą? Co daje nadążanie za zdobyczami techniki i jak można je stosować z korzyścią dla rozwoju miejskiej wspólnoty?

Czas: 7.06, godz. 18
Miejsce: Warszawa, Biblioteka m.st. Warszawy, ul. Koszykowa 26/28

Wydarzenie na Facebooku