Anne Imhof: "Angst", Kunsthalle Basel, 2016. Fot. Philipp Hänger / materiały prasowe Kunsthalle Basel

JAK ŻYĆ W CZASIE MARNYM, CZ. II

Po raz kolejny na naszych łamach pytamy: „Jak żyć w czasie marnym?”. Rok temu odpowiadali mężczyźni, teraz przyszedł czas na najcięższe działa – kobiety. O tym, co pozwala przetrwać „generalną pożogę” i uciec przed depresją, kiedy nieustannie czujemy jej oddech na karku – czyli o ulubionych książkach, filmach, wystawach oraz ważnych wydarzeniach mijających miesięcy, opowiadają nam Magda Szcześniak, Zofia Król, Kaja Pawełek, Agata Pyzik, Katarzyna Wielga i Ewa Tatar

 

Magda Szcześniak, kulturoznawczyni, badaczka kultury wizualnej, autorka książki Normy widzialności. Tożsamość w czasach transformacji:

Rok 2016 żegnaliśmy z ulgą, ale i silnym przeczuciem, że 2017 może wcale nie być lepszy. #Seriously2016? – pytał „Internet” („donosił Twitter”) po śmierci kolejnej sławnej osoby, gdy jednocześnie aktywiści działający na rzecz praw człowieka i środowiska dążyli na wszystkie sposoby do ukazania i zatrzymania kolejnych przekroczeń zmierzającej do upadku ludzkości – do zwizualizowania „danych”, takich jak pobicie rekordu średniej temperatury powierzchni ziemi czy największej liczby osób, które utonęły w Morzu Śródziemnym podczas próby przedostania się do Europy. Po raz kolejny pojawiają się więc wątpliwości, czy wprowadzenie w pole widzenia – unaocznienie niesprawiedliwości społecznej czy skutków globalnego ocieplenia – prowadzi do zmiany postaw. Niestety w 2016 roku wyniki wyborów i referendów oraz sondaże opinii kazały nam konfrontować się ze smutną prawdą – być może większość naprawdę uważa, że tylko białe życia są godne opłakiwania, a środowisko naturalne ma podporządkować się bieżącym potrzebom białego człowieka. Właśnie dlatego w 2016 roku najważniejsze były dla mnie te lektury i obrazy, które dążą do wyjaśnienia źródeł obecnego kryzysu, skrajnej polaryzacji społecznej i ekonomicznej oraz powrotu populistycznej, ksenofobicznej prawicy; a także te, które proponują narzędzia odbudowy wspólnoty i organizowania protestu.

Z pewnością w przypadku Polski jedno ze źródeł obecnej sytuacji politycznej umiejscowione jest w transformacji ustrojowej lat 80. i 90. Krytyka transformacji, niemal powszechnie i bezrefleksyjnie zaadoptowanej indywidualistycznej ideologii klasy średniej, w ostatnich dwóch-trzech latach wykroczyła poza mury akademii i wkroczyła do debaty publicznej, a ocena ostatniego ćwierćwiecza staje się powoli miernikiem postawy politycznej (#bylismyglupi). Zapewne między innymi w związku z zainteresowaniem ideologią transformacji Krytyka Polityczna wznowiła świetne antropologiczne studium Elizabeth Dunn (wyd. oryg. 2004, I wyd. polskie 2008), ukazujące modelowanie polskich tożsamości na wzór zachodni i wpływ procesów przekształcania gospodarki na system wartości Polaków. W 2016 roku ukazała się również wyczekiwana przez fanów najntisów książka Olgi Drendy Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji – podróż przez bogate archiwum wizualne przełomu lat 80. i 90. Zazdroszczę mojej „najntisowej siostrze” lekkiego pióra i przenikliwego oka – połączenie to pozwoliło Drendzie na wytropienie ciekawych, zapoznanych artefaktów transformacyjnych (kontiki!) i postawienie pytań o to, jak widzieliśmy siebie w latach 80. i 90. (w kolorze „bursztynowego światła popołudnia u schyłku lata”). Ikonosferę transformacji przypomniała również wystawa tegorocznej edycji festiwalu Warszawa w Budowie Wreszcie we własnym domu, której zagęszczona przestrzeń odtwarzała wzory aspiracji symbolicznie dominującej klasy średniej.

Źródło: www.facebook.com/Duchologia

Jeśli jedną nogą badania przeszłości jest krytyka dyskursu dominującego, maskującego się jako naturalny (np. wolnorynkowej wizji zaradnej i niezależnej od wspólnoty jednostki), to drugą musi być próba pisania historii mniejszościowych, tropienie alternatywnych realizacji wspólnot. Wstępem do myślenia o historiach grup podporządkowanych powinna być wydana po raz pierwszy po polsku Ludowa Historia Stanów Zjednoczonych Howarda Zinna. Z kolei bardziej zniuansowanych narzędzi do pisania historii mniejszościowych dostarcza Michał Pospiszyl w pracy Zatrzymać historię. Walter Benjamin i mniejszościowy materializm.

Nie-zwykłe spojrzenie na historię Polski z dołu i ukosa proponuje Dorota Sajewska, uprawiająca Nekroperformans. Kulturową historię Wielkiej Wojny. Herbarium Róży Luksemburg, płciowe przebieranki teatralne polskich legionistów, ale i współczesne prace artystyczne pozwalają na odczytanie doświadczenia I Wojny Światowej na nowo, wbrew spłaszczonej oficjalnej narracji historycznej (pozwalają zatem lepiej przygotować się na niepodległościowe celebracje 2018 roku).

W 2016 roku poszukiwanie historii mniejszościowych na pograniczu sztuki i nauki kontynuował Karol Radziszewski – prowadzony przez niego nomadyczny Queer Archives Institute zbierał materiały m.in. w Zagrzebiu i Mińsku, a sam Radziszewski po raz kolejny kłirował polskie imaginarium historyczne – tym razem malując serię portretów czarnego uczestnika Powstania Warszawskiego, Augusta Agbola O’Browne’a. Nawiązując do kubistycznych fascynacji europejskiej sztuki nowoczesnej tradycjami przedstawieniowymi sztuki afrykańskiej, Radziszewski stawia pytanie o wizualne formuły pamięci i możliwość ich przekroczenia lub subwersywnego wykorzystania.
 

Karol Radziszewski, Ali, 2016

Porywającym przykładem pisania queerowej historii są również długo wyczekiwane wspomnienia amerykańskiego historyka sztuki i badacza queerowej kultury wizualnej Douglasa Crimpa. W Before Pictures pikantne anegdoty o nowojorskiej scenie disco, gejowskich pikietach i pisaniu orientalnych książek kucharskich przeplatają się z pytaniami o sposoby konstruowania kanonu sztuki współczesnej i mechanizmy wykluczania osób nienormatywnych z przestrzeni publicznej.

Wracając do teraźniejszości i przyszłości. Jedyną nadzieją dla roku 2017 wydaje się kontynuowanie rozpoczętych w roku 2016 i latach poprzednich prób budowania solidarnych i inkluzywnych wspólnot oporu. Za oceanem ruchem takim jest z pewnością Black Lives Matter, któremu dużo miejsca w swojej twórczości krytycznej i działalności społecznej poświęca amerykański badacz kultury wizualnej Nicholas Mirzoeff. Jego najnowszą książkę Jak zobaczyć świat, poświęconą między innymi „aktywizmowi wizualnemu”, możemy już przeczytać po polsku. Przez soczewkę działań Black Lives Matter oraz tragicznych wydarzeń, wokół których krystalizował się ruch, oglądać powinniśmy znakomity serial American Crime Story. People vs. O.J. Simpson oraz dokument telewizji sportowej ESPN O.J.: Made in America. W Polsce rażącej niewidzialności mniejszości oraz polityce kolejnych rządów przeciwstawiają się aktywiści, organizujący wiele ważnych i oddolnych akcji pomocowych i solidarnościowych (m.in. #chlebemisola, #civilmarchforaleppo) oraz badacze i artyści – zarówno w gestach poparcia, jak i pracy naukowej i artystycznej (np. Refugee Atlas).

Feministyczne narzędzia oporu przypomniała świetna wystawa Joanny Sokołowskiej Wszyscy ludzie będą siostrami w Muzeum Sztuki w Łodzi, proroczo zapowiadająca zarówno wzmożenie atmosfery ekonomicznej i obyczajowej opresji w stosunku do kobiet w roku 2016, jak i (na szczęście) organizowanie się ruchu kobiecego (#czarnyprotest).

Podobnie aktualna okazała się pierwsza telewizyjna próba serialowa Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki. Kończąca Artystów scena pospolitego ruszenia na teatr odzwierciedla poczucie wspólnoty, które narodziło się wokół gorących protestów przeciwko nowemu dyrektorowi Teatru Polskiego we Wrocławiu. Tego właśnie – zakończonych sukcesem protestów oraz tekstów i obrazów, pomagających nam kryzys przezwyciężyć, albo chociaż przetrwać – możemy życzyć sobie w, zapowiadającym się równie fatalnie jak rok 2016, roku 2017.

 

Zofia Król, redaktorka naczelna magazynu o kulturze dwutygodnik.com:

Jedna z najważniejszych książek 2016 roku ma 112 stron, różowawą okładkę i dziwaczny, nieodmienny tytuł Las nie uprzedza. Czwarta książka Krzysztofa Środy utrzymana jest w podobnym co poprzednie tonie uważnej obserwacji, podróżniczych objawień, wpatrywania się w szczegóły widoku. Pojawia się jednak niezwykle istotny nowy element, odcień lęku, niepokoju o świat, który zmierza w niedobrym kierunku – jego symbolem stają się głowy martwych kóz wyłożone na marokańskim straganie, a także pewien pasikonik, który ginie w męczarniach na pierwszych stronach opowieści. Nie ma tu jednak nic z patosu, pompatycznych ocen właściwych podróżnikom, Środa nic nie stwierdza na pewno, niczego nie jest pewien, tym bardziej jest cenne to subtelne literackie świadectwo marnego czasu, w którym coś podskórnie zaczyna się zmieniać na gorsze.

Po ciemnej stronie sytuuje się też, jak zawsze, poezja Dariusza Suski. W nowym tomiku, Ściszone nagle życie obecność ulubionej przez autora śmierci zderzana jest z dziecięcym światem, a całość łączy się w przesycony obecnością zmarłych poemat. Tuż przed końcem roku ukazało się z kolei W Marcina Sendeckiego, tomik o tęsknocie za miastem, W jak Warszawa. Mój ulubiony wiersz ma jedną linijkę: „Nie byłem w tamtym barze od lat”. U żadnego innego poety takie zdanie nie mogłoby znaczyć tak wiele, co u autora Farszu – wyćwiczone w lakoniczności słowa Sendeckiego sprawdzają się świetnie w opisie tęsknoty.

Zaraz po początku nowego roku we wrocławskim wydawnictwie Warstwy ukazał się tom nominowanej za poprzedni do Silesiusa Urszuli Zajączkowskiej. Minimum zostało wydane wraz z cyklem rycin z życia roślin i zwierząt z autorskimi komentarzami. Urszula Zajączkowska bywa trochę jak Szymborska, tylko lepsza, bo taka, co sama uczy fizjologii roślin drzewiastych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Z tegorocznych debiutów warto w „czasie marnym” poczytać Ma być czysto Anny Cieplak. Nie znam drugiej książki, w której udałoby się tak zgrabnie wcielić do polskiej prozy język tak zwanych nowych mediów. Wszystkie fejsbuki, lajki i hasztagi zwykle haczą w zdaniach, pozują, silą się na fajność, tu struktura opowieści pozostaje nietknięta, toczy się wartko i spójnie. Na dodatek dotyczy życia dziewcząt w wieku gimnazjalnym – a to kolejny świat, który od dawna domagał się skupionego opisu.

Ważną diagnozą polskiej współczesności jest Poruszona mapa Przemysława Czaplińskiego, która nosi podtytuł „wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury XX i XXI wieku” i stawia tezę, że miejsce Polski na wyobrażonej mapie przenosi się właśnie z tradycyjnej osi wschód-zachód, Rosja-Niemcy, na oś pionową – rozpiętą między zamożną północą a południem, z którego nadchodzą nowe problemy. Czapliński czyta literaturę nie jako opis tej zbiorowej wyobraźni przeprowadzony post factum, ale jej pierwsze oznaki, to w literaturze kształtuje się geograficzne wyobrażenie. I tak na przykład negatywnemu stosunkowi Polaków do uchodźców winien jest w dużej mierze brak odpowiedniej narracji, nieobecność tego tematu w opowieściach ostatnich lat. To wizja dość optymistyczna, bo daje wątłą nadzieję, że w takim razie coś być może da się jeszcze zmienić. A przynajmniej pokazuje, w jaki sposób się za to zabrać.

Po ponad 40 latach istnienia „Literatury na Świecie” – i ponad 20, od kiedy pismo prowadzi Piotr Sommer – ukazała się antologia O nich tutaj, która gromadzi czterdzieści najlepszych zdaniem redaktora tekstów ostatnich trzydziestu lat z zakresu tak zwanej krytyki przekładu. Te teksty nie mają jednak nic wspólnego z nudnymi zwykle rozważaniami nad poprawnością tłumaczenia. Autorzy z kręgu „Literatury na Świecie”, jak wiadomo, nie stronią od ocen, nieraz formułowanych równie ostro, co błyskotliwie, a całość składa się w opowieść o literaturze polskiej w jej alternatywnej, odmiennej wersji – jako literaturze przekładu. W tej perspektywie za autora dzieła, co najmniej na równi z autorem pierwotnym, należy uważać tłumacza. Antologia O nich tutaj jest zatem raczej „o nas tutaj” i o polszczyźnie, a ten temat okazuje się prawdziwie pasjonujący.

W 2016 roku ukazało się też kilka ważnych nowych przekładów. Wreszcie mamy po polsku Rzekomo fajną rzecz, której nigdy więcej nie zrobię, eseje Davida Fostera Wallace’a w tłumaczeniu Jolanty Kozak, której po latach udało się namówić wydawnictwo na tego autora. Książka tym bardziej ważna, że Wallace opisuje zjawiska nowoczesności, które od jego czasów przybrały jeszcze na sile – zgłębia między innymi fenomen telewizji i wnikliwie analizuje mechanizmy masowej turystyki.

Spośród wielu innych przekładów – i dzieł przetłumaczonych w zeszłym roku na nowo, jak Szkoła uczuć Flauberta (Ryszard Engelking) czy Mistrz i Małgorzata Bułhakowa (rodzina Przebindów) – wymienię jeszcze na koniec dwie świetne powieści autorów znanych raczej ze swojej twórczości poetyckiej: Alfreda i Ginewrę Jamesa Schuylera (tłum. Marcin Szuster) oraz Zimowe królestwo Philipa Larkina (tłum. Jacek Dehnel). Łączy je wątek przekomarzanek skłóconego rodzeństwa oraz charakterystyczne dla prozy pisanej przez poetów skupienie na jakości poszczególnych zdań. Przyjemność czytelnika jest podwójna, epicka i liryczna.

 

Agata Pyzik, dziennikarka, krytyczka:

To nieprawdopodobne, jak trudno już miesiąc po rozpoczęciu nowego roku przypomnieć sobie, co było dla nas istotne albo poruszało nas w poprzednim. Wyjaśnienie może być albo takie, że współczesna kultura jest coraz mniej ważna, a kolejne konsumowane przez nas produkty kulturalne nie mają większego znaczenia, albo bardziej pozytywne: że udało nam się żyć tak bardzo w teraźniejszości, że w każdej chwili fascynujemy się kolejną rzeczą, a przeszłość zostaje natychmiast pogrzebana w przeszłości. Jest też trzecie wytłumaczenie: jesteśmy tak skołowani przez kulturalną konsumpcję, że nie potrafimy się na niczym skupić. Najbardziej ubolewam nad tym, jak codzienna lektura internetu i research do moich projektów pisarskich (pisze książkę o synthopowym zespole brytyjskim Japan) sprawił, ze z roku na rok czytam coraz mniej książek, zwłaszcza powieści. Cóż, w roku 2016 działo się tyle, że nie mogłoby się to zmieścić na kartach żadnej powieści, która mogłaby teraz powstać. Ostatni rok to dla mnie przede wszystkim próba ponownego wdrożenia się w Polskę, do której nieoczekiwanie dla siebie powróciłam po 6 latach nieobecności, akurat w samym środku „dobrej zmiany”, prawdopodobnie w najgorszym możliwym momencie. Od tej chwili moje życie to nieustanna ucieczka przed nieuniknioną depresją, w jaką wpędza życie w naszym pięknym kraju. Z drugiej strony sytuacja zmusiła mnie to do większego zaangażowania politycznego; tak więc kultura konsumowana jako książki, płyty i filmy odgrywa coraz mniejszą rolę w moim życiu, a rozprasza się ona na często oderwane od siebie wrażenia.

Nawet pośród generalnej pożogi przydarzyły się nam chwile epickie i wspaniałe. Najważniejszym momentem w Polsce 2016 był, chyba nie tylko dla mnie, #czarnyprotest 3 października, kiedy setki tysięcy kobiet zastrajkowały i wyszły na ulice w protestacyjnej, radykalnej żałobie (za życiem w kraju, który nie nienawidziłby kobiet). Był to dzień kompletnie ekstatyczny, niezapomniany, w którym, mam wrażenie, jako jednostki ludzkie w tym kraju zyskałyśmy podmiotowość. Był to też moment prawdziwej wspólnoty, chyba pierwszy taki w moim życiu jako obywatelki Polski, w którym nie czułam się wyalienowana ze swojego kraju. Kolor czarny, choć ma oznaczać depresję, może być też kolorem odrodzenia.

Źródło: Pogotowie Graficzne / pogotowiegraficzne.tumblr.com

 

Rok 2016 stał pod znakiem depresji i śmierci. Zaczął się w sposób najgorszy z możliwych, kiedy zmarł David Bowie, absolutnie najważniejszy dla mnie artysta, którego wydany dwa dni przed śmiercią album Blackstar do tej pory przesłuchałam może kilka razy, za bardzo mnie porusza, nie mogę znieść jej egzystencjalnego ciężaru, który stał się niepokojąco realny. W 2016 roku zmarło kilka bliskich mi osób, jak Michael O'Pray, historyk filmu i miłośnik polskiego filmu awangardowego, i ważnych dla mnie artystów (Prince, Leonard Cohen, George Michael). Czuję się osierocona przez pewien typ sztuki, który mnie ukształtował, muzykę pop jako sztukę awangardową, co jednocześnie skłoniło mnie do poszukiwań ponad tym paradygmatem. Muzyka jest dla mnie przynajmniej równie ważna jak literatura, ostatnio niej na nowo uczę się przezywania w emocji. Najwięcej dala mi pod tym względem Amerykanka Haley Fohr, której dwa projekty Circuit des Yeux i Jackie Lynn dosłownie ścięły mnie z nóg. To najbardziej udane projekty muzyczne łączące patos i niesłuchana wrażliwość z cierpkim humorem, które znam. Circuit jest ciężki, bardziej egzystencjalny, patetyczny, Jackie Lynn to fikcyjna piosenkarka country, ale jest to country piekielne i pełne dysonansów. Głęboki, poruszający kontralt Fohr i jej muzyczne zainteresowania przypominają mi Nico i Scotta Walkera, więc najlepiej. Kolejną rewelacją był powrót po 38 latach niepowtarzalnej piosenkarki folkowej Shirley Collins z albumem Lodestar, wyprodukowanym przez fanów z industrialowych projektów w rodzaju Nurse With Wound. Głos tej 80-letnia artystki, niesamowicie zasłużonej w ocalaniu angielskiej historycznej pieśni folkowej, zawsze wyróżniał się zwyczajnością, nienarzucaniem się. Uwielbiam słuchać awangardowych kobiet, ich sztuka jest tak dużo bardziej ekstatyczna i głęboka od twórczości mężczyzn, a jednocześnie nienastawiona na gwiazdorzenie i promowanie siebie. Słuchałam w tamtym roku sporo Anette Peacock, bardzo często powracałam też do płyty japońskiej perkusistki Midori Takady Through the Looking Glass z 1983, która nosi w sobie wpływ trylogii berlińskiej Davida Bowie i przeczy prosto pojmowanemu orientalizmowi – tym razem to artystka z Orientu przywłaszcza sobie zachodnią muzykę i twórczo ją reinterpretuje.

O ile się orientuję, najlepszą książkę muzyczną wydał jak zwykle Simon Reynolds. Mowa o Shock and Awe. The Story of Glam – najpełniejszej jak dotąd analizie tego wyjątkowo wpływowego, jeśli nie decydującego, kierunku muzyki pop w latach 70. Glam, którego jednym z najważniejszych eksponentów był David Bowie (i moje ulubione Roxy Music), rezonuje do dziś, a to dlatego, ze stanowił perfekcyjną mieszankę campu, gender-bendingu i niepokojących autorytarnych, mizoginistycznych, patriarchalnych tendencji. To chyba jedyna książka o muzyce, gdzie obok siebie wymienieni są Hitler i Marshall McLuhan.

Wśród książek muszę wymienić poruszający, wydany przez Ha!art Rozwiązek tragicznie zmarłej pisarki Susan Taubes, żony filozofa religii Jacoba Taubesa. Ta książka, skończona chwilę przed samobójstwem autorki, to rozrachunek tyleż z despotycznym mężem, co z dziedzictwem pokoleń wschodnioeuropejskich Żydów migrujących do Ameryki. Doczytałam też w końcu feministycznego klasyka z lat 60., Złoty notes Doris Lessing i jest to najlepsza książka obok Sprawy Tułajewa Victora Serge'a, jaką czytałam w zeszłym roku. Nie zestarzała się ani o 5 minut. Dla porządku czytałam też Uległość Houellebecqa i z żalem muszę przyznać, że jest to kompletny gniot, zwłaszcza w porównaniu z Mapą i terytorium.

Odkrywałam też coraz prężniej rozwijające się pisanie kobiet o seksie w internecie, przede wszystkim felietony Emily Witt w London Review of Books i n+1, a jej książka Future Sex zrobiła na mnie wrażenie. Genialną książką o psychologii intelektualnych, ambitnych, neurotycznych kobiet na współczesnym rynku seksualnym jest Maiji Timonen Measure of Reality, na której mogłabym zrobić naklejkę „Autobiografia Agaty Pyzik”. Pewną nostalgiczną przyjemność zrobiła mi też „Linia M” Patti Smith, choć jest nieznośnie pretensjonalna i pozbawiona samokrytycyzmu. Jednak Patti Smith mnie ukształtowała i pozwalam jej na więcej, niż innym. Nic nie odbierze nam Horses, a jej przesiadywanie całymi dniami po barach i picie hektolitrów kawy i od wielu lat niezakończona żałoba po mężu są wzruszające i przejmujące.

 

Georgia O'Keeffe, Abstraction White Rose 1927

Jeśli chodzi o sztukę, najbardziej poruszyły mnie wystawy Georgii O'Keefe i Mony Hatoum w Tate Modern w Londynie, które obejrzałam hurtem w wakacje – to wspaniałe, że kobiety artystki dostają coraz częściej wystawowe blockbustery, nie zawsze tak było.

W Polsce zachwyciła mnie wystawa Valie Export w lubelskiej Galerii Labirynt oraz Notatki z podziemia o kontrkulturze z krajów socjalistycznych po 1968 roku do końca komunizmu w Muzeum Sztuki w Łodzi. Najbardziej emblematycznym filmem 2016 roku pozostanie Hypernormalisation Adama Curtisa, choć z wieloma diagnozami się nie zgadzam i uważam za duże uproszczenia. Ale po wygranej Trumpa i Brexicie jest bardzo ważne, by artyści byli w stanie tworzyć mocne, populistyczne, lewicowe, krytyczne dzieła, które trafią do jak największej ilości odbiorców.

 

Katarzyna Wielga, była szefowa Instytutu Polskiego w Berlinie:

Spojrzałam na listę z notatkami do odpowiedzi na pytanie zadane w tytule i powiało apokalipsą. A chwilę potem pomyślałam, że czytelnicy „Notesu na 6 tygodni” raczej nie należą do opcji eskapistycznej, wiec moja apteczka ze środkami pierwszej pomocy na czasy marne na pewno nikogo nie przerazi, nie przywróci z (wewnętrznej) emigracji, nie wytrąci z równowagi i nie zdziwi. Od razu zastrzegam, ze nie lubię podsumowań roku, stąd obecność na liście paru pozycji starszych, które jednak wydają mi się wciąż aktualne.

Wystawa Angst II Anne Imhof – artystki, która w tym roku reprezentuje Niemcy na Biennale w Wenecji – w Hamburger Banhof należała do najciekawszych wydarzeń artystycznych A.D. 2016 w Berlinie. Tematem drugiej odsłony opery Angst:, na którą złożyły się trwające wiele dni żywe obrazy z udziałem tancerzy, akrobatów, dronów i żywych ptaków, były strachy i lęki głównie młodszych ode mnie pokoleń. Niepolitycznie, prywatnie, z użyciem Instagrama i innych sieci społecznościowych.
 

Anne Imhof: Angst II, Hamburger Banhof

Zainteresowanym brzmieniem najbliższej Warszawie stolicy europejskiej, polecam posłuchać Berlin Community Radio. A jeśli pragnęlibyście dowiedzieć się, jak z berlińskiej perspektywy widać świat, na przykład kryzys uchodźczy czy wybory w Stanach, posłuchajcie anglojęzycznej audycji 60Hz, radiowej mutacji magazynu 60pages, który miałam przyjemność prezentować w Warszawie w czasie Zamiany miejsc/Seitenwechsel.

Nastrój zmierzchu bogów utrwaliły lektury – na zmianę Die Manns. Geschichte einer Familie (Mannowie. Historia pewnej rodziny) Tillmana Lahme i wciąż aktualne studium semantyczne języka NSDAP LTI – notatnik filologa Victora Klemperera. Faktograficznie fascynująca, choć jednak dość konwencjonalna biografia koncentrująca się na młodszym pokoleniu Mannów, pozwoliła mi dostrzec w LTI aspekty inne niż tylko genialna i jakże aktualna analiza języka dyktatury. W dotychczasowych lekturach LTI umykał mi dość oczywisty fakt, że książka ta jest po części biografią i opowiada także o tym, jak krok po kroku przesuwa się wewnętrzna granica tego, co ze strony władzy akceptowalne. Stopniowanie represji znieczula i nie pozwala dostrzec tego, co nieuchronne. Tomasz Mann, mimo świadomości tego, co reprezentują sobą narodowi socjaliści i wiedzy o represjach stosowanych wówczas wobec żydowskiej rodziny jego żony, zdecydował się na emigrację jedynie pod przymusem ze strony własnych dzieci. Do ostatniej chwili wierzył, że przecież nie może być aż tak źle i że z każdą władzą można się ułożyć.

Wśród emigrantów, którym przed wybuchem II wojny światowej udało się dotrzeć do Stanów, była Käte Steinitz, zaprzyjaźniona ze Schwittersem malarka i typografka. W 1935 roku trafiła na indeks za „kulturowy bolszewizm”, w 1936, już w Nowym Jorku, stworzyła książkę typograficzną Billy, która 70 lat czekała na publikację. Opowieść o wyprawie Billy’ego z metropolii na wieś czytamy i oglądamy teraz z moja córką, pamiętając, że istnieją historie z happy endem.

Dzięki wystawie In Deutschland reloaded (II), przygotowanej przez Wilhelma Schürmanna w renomowanej galerii fotografii Kicken w Berlinie, wpadł mi w ręce album Revolutionäres Archiv Jochema Hendricka i Magdaleny Kopp. Wystawa Schürmanna odkrywała nieznane postaci fotografii NRD, prezentując je w kontekście fotografii z RFN i współczesnych. Na album Hendricka i Kopp (działającej w bojówkach terrorystycznych żony słynnego Carlosa-Szakala) składają się wykonane z ukrycia policyjne nagrania demonstracji, aktów terrorystycznych, napadu na bank, eksmisji i pożarów oraz fotografie wykonane przez Kopp. Całość tworzy ciekawy obraz ówczesnej bundesrepubliki. Jest też znakomitym tłem do mojego osobistego faworyta powieściowego ostatnich dwóch lat – Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969 (Wymyślenie Frakcji Czerwonej Armii przez maniakalno-depresyjnego nastolatka latem 1969) Franka Witzela. Na ponad 800 stronach autor tworzy fantastyczny świat działający jak moodboard. Dzięki przefiltrowaniu faktów historycznych przez nastoletnią wyobraźnię zainfekowaną popkulturą, ta lektura pozwala przenieść się do czasów, w których powstawały mity założycielskie RFN.

Aktualnym tematem-rzeką zajął się Jan-Werner Müller w swoim eseju Was ist populismus? (Co to jest populizm?), w którym stara się odpsychologizować to pojęcie i przedstawić jego definicje. Podstawowym rozróżnieniem, jakie robi Müller, jest rozgraniczenie między reprezentacją społeczeństwa a reprezentacja bardzo wąsko definiowanego narodu, który przez reprezentowanych przedstawiany jest jako jednorodny, nieomylny i wykluczający wszystkich będących odmiennego zdania. W sumie, książka o demokracji.

W ramach przygotowywania się na najgorsze polecam nagrodzoną w 2014 roku Niemiecką Nagrodą Gier Komputerowych This War of Mine polskiego studia 11 bit Studios. Zobaczenie wojny z perspektywy ofiar, zapoznanie się z różnymi strategiami przeżycia i podejmowanie trudnych decyzji (nakarmić dziecko czy siebie?) mogą być dobrym ćwiczeniem przed apokalipsą. Podobno gra pomaga żołnierzom wczuć się w sytuację ofiar cywilnych. Przydałaby się jako pakiet specjalny (socjalny?) dla niektórych polityków.

Kończąc notą optymistyczną w duchu marszów kobiet, Getty Research Institute zakupił i udostępnił w swoich feministycznych zbiorach cale archiwum projektu Joanie 4 Jackie Mirandy July.

Ulotka ze zbiorów Mirandy July, maj 1997

 

Kaja Pawełek, kuratorka:

W rozmowach Adama Ostolskiego z Krzysztofem Wodiczko interesujących wątków jest wiele: historia rodzinna, dzięki której można lepiej zrozumieć źródła społecznej wrażliwości artysty, doświadczenie emigracji, dające krytyczny ogląd obu stron żelaznej kurtyny, praca w różnych kontekstach kulturowych... Wodiczko, jak wiadomo, potrafi opowiadać, a mówi o rzeczach bardzo ważnych: o współczesnej kulturze głęboko naznaczonej wojną, konfliktami i traumą, o próbach przezwyciężenia agresji poprzez akty publicznej komunikacji i odwojnienia, o sprawiedliwości społecznej językiem pozbawionym ideologicznego dogmatu.

Ciekawe, że wystawa Strange and Familiar: Britain as Revealed by International Photographers w Barbican Art Gallery kuratorowana przez Martina Parra zakończyła się tuż przed brytyjskim referendum w sprawie Brexitu. Oglądając zdjęcia Roberta Franka, Paula Stranda, Evelyn Hofer, Bruce’a Davidsona i wielu innych można mieć poważne wątpliwości co do tego, że kiedyś było lepiej. Parr nie jest obiektywny w swoim wyborze – z nieukrywaną satysfakcją pokazuje nieprzypudrowany wizerunek UK: dymy nad walijskimi kopalniami w latach 60., rozpadające się wiktoriańskie domy, protesty społeczne, jednocześnie nie pokazując choćby tego, co przyciągnęło tak wielu, nie tylko artystów, do Londynu w tamtym samym czasie. Plamy krwi na chodniku wśród schludnych domków i ich mieszkańców popijających niewzruszenie herbatę uchwycił japoński fotograf Akihiko Okamura dokumentujący ślady konfliktu w codzienności Irlandii Północnej w końcu lat 60. Reportaż z Glasgow Raymonda Depardona z 1980 roku, jeden z najmocniejszych momentów wystawy, przypomina przekontrastowane kadry z filmu, dzięki czemu rzeczywistość wygląda jak na ostrzu noża: bezpośrednia, intensywna, jak zaaranżowana.


Raymond Depardon Glasgow, 1980 © Raymond Depardon / Magnum Photos

 

Na wystawie Abstract Expressionism w londyńskiej Royal Academy of Arts, prezentującej ogromną kolekcję obrazów Pollocka, Rothko, Newmana, Kline’a, Gustona, Gorky’ego i innych można było sprawdzić czy malarstwo amerykańskich herosów powojennej abstrakcji wciąż działa, i który z nich najlepiej się starzeje. W przestronnych, wysokich salach Akademii to zestawienie wypadło naprawdę świetnie. Nieprawdopodobna siła barwnych płaszczyzn Barnetta Newmana, absolutnie współczesny i świeży Franz Kline. Wystawa oparta na patrzeniu, nie czytaniu, operująca zmienną energią – od ekspresyjnej i gorącej po mroczną i dośrodkową. Można ją będzie jeszcze zobaczyć do początku czerwca w Guggenheim Museum w Bilbao.

Bardzo się cieszę, że pomiędzy seansami na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty udało mi się zobaczyć wystawę Patchwork. Architektura Jadwigi Grabowskiej-Hawrylak, zorganizowaną przez Michała Dudę i zespół Muzeum Architektury we Wrocławiu. Bardzo ciekawa dokumentacja fotograficzna, ukazująca zaangażowanie architektki w powojenną odbudowę Wrocławia oraz młodość jej późnomodernistycznych budynków, które dziś często są w stanie większego zaniedbania niż przedwojenna zabudowa. Na szczęście ikoniczne bloki na Placu Grunwaldzkim przechodzą wreszcie kompleksową renowację, ujawniając potencjał i jakość tej architektury. Nie można sobie chyba wymarzyć bardziej optymistycznego kontekstu dla tej wystawy.

Bilety przed występem Jamesa Blake’a w Apollo w londyńskim Hammersmith sprawdzał nam grafik z Serbii (a raczej Jugosławii), który decyzję o emigracji podjął, jak sam przyznał, niestety zbyt późno. Na koncercie znalazłam się trochę przypadkiem, namówiona przez znajomą, bez wielkich oczekiwań. Teatralny minimalizm na scenie: trójka muzyków, zero laptopów. Blake nieco speszony występem w rodzinnym mieście, w amfiteatralnej sali wypełnionej do ostatniego miejsca, przed wyraźnie zachwyconą publicznością. Szybko okazało się, że to, co na nagraniach brzmi ciekawie, na żywo, w mroku i skupieniu, po prostu nokautuje. Nieprawdopodobny głos, nieoczekiwanie jeden z najpiękniejszych momentów ubiegłego roku.

Pavillion of Reflections, platforma pływająca po Jeziorze Zuryskim w ramach ubiegłorocznych Manifesta, została zaprojektowana i zbudowana przez studentów ETH ze studia Toma Emersona jako przestrzeń publiczna dla widzów, mieszcząca bar, basen i kino na otwartym powietrzu. Pokazywano tam krótkie filmy, zrealizowane według koncepcji kuratora Manifesta Christiana Jankowskiego we współpracy ze studentami Zürcher Hochschule der Künste (ZHdK), dokumentujące produkcję nowych prac artystycznych. Narratorami i przewodnikami byli uczniowie szkół średnich z Zurychu, którzy próbowali zrozumieć i wytłumaczyć – z zaangażowaniem, w inteligentny, przystępny i wrażliwy sposób,– o co chodzi w działaniach podejmowanych przez artystów we współpracy z lokalnymi specjalistami różnych dziedzin. To był udany moment wyjścia poza wewnętrzne hierarchie świata sztuki oraz wszechobecny artworldowy angielski i próba zakorzenienia festiwalu w lokalnym kontekście.

Dwanaście dziesięciominutowych epizodów filmowych, dwanaście wcieleń Cate Blanchett, ponad pięćdziesiąt manifestów artystycznych: od najstarszego Manifestu Komunistycznego po najnowszy Man is Double Man is Copy Man is Clone autorstwa Sturtevant z 2004 roku składa się na filmową instalacją Manifesto Juliana Rosefeldta, pokazywaną w berlińskim Hamburger Bahnhof. Blanchett równie sugestywnie wciela się w rockową wokalistkę, nauczycielkę, pracownicę sortowni śmieci, lalkarkę, prezenterkę telewizyjną, bezdomnego mężczyznę i inne postaci wygłaszające fragmenty manifestów w tej imponującej koprodukcji czterech instytucji artystycznych z Australii i Niemiec. Rosefeldt galeryjną wielokanałową instalację przekształcił w półtoragodzinny film, który miał swoją premierę w styczniu na festiwalu filmowym w Sundance.

Wobec ciągłego rozrostu powierzchni muzeów coraz bardziej kuszącą alternatywą wydają się małe instytucje, wolne od przymusu ciągłego dziania się i spektaklu atrakcji. Wizyta o poranku we wnętrzach Garden Galleries znajdujących się obok głównego budynku Irish Museum of Modern Art w Dublinie była jednym z takich intymnych doświadczeń bycia naprawdę blisko sztuki. Przez najbliższych pięć lat pokazywana tu będzie kolekcja prac Luciana Freuda. Domowa skala wnętrz jest fantastycznym tłem dla autoportretów, portretów znajomych, rodziny i zwierząt, które tworzą bardzo osobisty obraz świata artysty.

Z jakiegoś powodu większość filmów o artystach nie potrafi uciec od nieszczęsnego stereotypu ekspresyjnych pociągnięć pędzla. Ostatnia Rodzina w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego jest w tym kontekście podwójnie udana: to jeden z najciekawszych polskich filmów, jaki ostatnio widziałam, a jednocześnie przekonujący film o artyście. Ograniczona przestrzeń życiowa mieszkania w bloku jest w nim niemal teatralnie rozegrana, a lata 80. nie są przywoływane dzięki instagramowemu filtrowi i zabawnym gadżetom z epoki. Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik jako Beksińscy ojciec i syn są świetni, a scena rodzinnej rozmowy o sensie życia jest po prostu fenomenalna.

Na wystawie Soulèvements, kuratorowanej przez Georges’a Didi-Hubermana w paryskim Jeu de Peume co chwilę potrącała mnie niecierpliwa mocno starsza pani, fotografująca komórką co ciekawsze obiekty. Patrząc na nią pomyślałam, że wielu widzów z uwagą oglądających performatykę powstań – wprawioną w ruch materię, gesty, słowa, skonfliktowane ciała – być może budowało barykady w 1968 i nie bez powodu skupia się przy projekcji ciné-tracts z paryskich ulic. Narracja budowana przez równoprawne połączenie sztuki i materiałów dokumentalnych oraz poetyckie teksty Hubermana dalekie od kuratorskiego żargonu opowiada o fizycznym, cielesnym wymiarze politycznych zrywów. Na koniec odwiedziny w księgarni, która wygląda jak biblioteka wydziału filozoficznego i musi wywoływać osłupienie szefów promocji amerykańskich i brytyjskich muzeów. Kupuję pocztówkę z czarno-białym zdjęciem Hiroji’ego Kuboty: trzech członków Czarnych Panter wznosi w górę zaciśnięte pięści na tle zaśnieżonej panoramy Chicago w 1969 roku.

 

Czarne Pantery w Chicago, Illinois, 1969. Fot. Hiroji Kubota/Magnum Photos

Jednym z najlepszych znanych mi sposobów na przetrwanie marnego czasu jest długi spacer. A najlepiej – wycieczka, podczas której pogryzając kanapkę na skale i nasłuchując świstaków ma się widok na alpejski lodowiec (niestety, wyraźnie mniejszy niż ten, który zobaczyć można na fotografiach z początku ubiegłego wieku). Na balkonie hotelu Schatzalp położonego wysoko ponad centrum Davos wciąż można wyobrazić sobie Hansa Castorpa wdychającego ostre, górskie powietrze. Z okien Galerie Tschudi, mieszczącej się w zaadaptowanym średniowiecznym spichlerzu w Zuoz, też widać okoliczne szczyty, a wewnątrz trwa wystawa Hamisha Fultona zatytułowna A Decision to Choose Only Walking. To niezwykłe miejsce, gdzie pokazywane są prace artystów konceptualnych, z których wielu pracuje z przestrzenią i krajobrazem, a wszystko organicznie się łączy: lokalna, kilkusetletnia architektura w nowej odsłonie, sztuka współczesna, przestrzeń za oknem i nawet moje ubłocone górskie buty.

 

Ewa Tatar, kuratorka:

Live in Person

 

2:52 a.m.

 

– I am only interested in what I can admire – odpowiedziała Susan Sontag, na pytanie o

autorów, którzy ją inspirują. – It's too serious to be sentimental.

 

No 35: Grupa podoficerów podczas wojny secesyjnej autorstwa Daisy Burroghs; względnie wysoka cena (1 250$) uzyskana za obraz, będący przykładem dość mdłego naturalizmu, tłumaczy się bez wątpienia małą ilością dzieł pozostałych po artystce, jednej z nielicznych kobiet, które zapragnęły poświęcić się malarstwu historycznemu. Urodzona w roku 1840, w latach 1856-1861 uczennica Henry'ego Strindberga, w roku 1864 znalazła się w Richmond , obleganym właśnie przez generała Granta. Zginęła tamże w nocy z 19 na 20 marca, przygnieciona kominem, upadłym na skutek huraganu.

 

Podkreślenia moje, strona 27. Gabinetu kolekcjonera Georges'a Preca, wydanie z 2010 roku w przekładzie Wawrzyńca Brzozowskiego. Powyższy obraz to obraz w obrazie. Ten z kolei zamurowany został w grobowcu jako taksydermia z użyciem zwłok właściciela. Poza tym świetna sprawa do rozważenia w ciągle in progress doktoracie. Jak głos ma się do emancypacji: dozwolony tylko, by mówić o rzeczach ważnych. Tylko to usprawiedliwia estetykę mdłą, naturalizm formą. Bo w sztuce przecież ważne są manipulacje perspektywą – tamże, s. 24.

 

Zapóźnione odkrycia. Tak jak to z teraz: dedykacja w Przeciw interpretacji [for Paul Thek].

 

Rzecz do gruntownego przemyślenia: metodologia Share what You know. Za Marysią Lewandowską. Spędza sen z powiek, jak leksykon użytkowania przeczytany w wakacje 2014 roku. Szczególnie zaś nie uwzględnione w ważnej wystawie Robiąc użytek kluczowe dla mnie hasło „allure” – urok.

 

Podsumowanie inspiracji z zeszłego roku jako gabinet kolekcjonerki. Materiałem – rzeczy pod ręką. Flashback. Tak nazywał się klub Pod ręką w Krakowie. Na placu Matejki. Postanowienie noworoczne: 3xT, trzymać tempo teraźniejszości, jak kot zaprogramowany na 1:1 przyjemność. Niby oczywiste.

 

Na marginesie trwa przyniesiona tu przez Oskara dyskusja: czy jakby co, to cmentarz dla zwierząt, zamrażalnik czy taksydermia?

 

W kuchni na czarnej ścianie pomysłu Jana Sobolewskiego, tej postaci z Dziadów Mickiewicza – złapanych w mistrzowską 16-minutówkę Anny Smolar – w skrócie o powołaniu, w Komunie Warszawa, powiesiłam po 10 latach voodoo od Teresy Tyszkiewicz. Dwie ósemki złote na czarnym, wyszpilkowane. Kwadrat. Super było też to, że w sylwestra nie musiałam wychodzić z domu. Akurat oprócz szpilek miałam rozdrapaną dziurę w brodzie, bo zupełnie zapomniałam o istnieniu Tormentiolu. Na wystawie otwartej z tej okazji wystąpił diplodok, bohater drugiego planu na zdjęciach Papieża – w tej roli Henryk Stażewski, i Ironisty z niebieskim paskiem – Edward Krasiński. To już moje trzecie mieszkanie, w którym grają świętego Antoniego. Ze złych wieści: zginęły dwie karty. Mam nadzieję, że to nie oznacza, że był tu ktoś niefajny.

Kadr z serialu Stranger Things
 

Stranger Things. Piękna bajka o szczęśliwym dzieciństwie, gdzie wszystko jest namiejscu, a bohaterowie toczą walkę ze złem tego świata. The O. A. już nie. Jest brązowe poza szaro-zielonymi scenami, niebem i morzem. Estetycznie ma noise'owy zgrzyt. Jak w dogmie. Jest o byciu niewinnym. Bardzo dobra choreografia – celem wytwarzania przez bohaterów ruchu jest osiągnięcie harmonii. Wtedy możliwa jest zmiana karmicznej sekwencji. No flashbacks.

 

Ulubiony flm Andrzeja Wajdy: Panna Nikt. Totalnie. Pod każdym względem. Miałam wtedy kilkanaście lat. A Annę Wielgus poznałam na studiach, że pozwolę sobie na sentyment. Zrobiła na mnie kolosalne wrażenie.

 

2016.

2017.

Powidoki. Są tam. W sensie, Wajda w plastyce filmu uchwycił ten efekt! Patrz: blackout!. Strasznie mnie denerwuje, że NIKT tego nie dostrzega. Piękne i wzruszające kino historyczne, choć idąc na film, niosłam w sobie lęk. Z tym, jak w filmie obecna jest Kobro, nie mam żadnego problemu. Są rzeźby: gipsowe akty w jej i Niki domu oraz kompozycje przestrzenne w sali neoplastycznej łódzkiego Muzeum Sztuki. (Oprowadzająca prosi wczesnokilkunastoletnią publiczność, by po wyjściu z muzeum poszukali relacji pomiędzy nią a architekturą). Wysokiej klasy aktorstwo. Mistrzowski casting. Uwaga, spoiler. Jest taka scena, gdzie aktorka grająca Nikę odchyla głowę i jej twarz filmowana jest kamerą stojącą za jej plecami. Kadr kończy się gdzieś na wysokości nozdrzy. Widać wyraźnie, że rozstaw oczu jest taki, jak na najbardziej znanym zdjęciu Kobro. Bardzo subtelny niuans. Nie mogę uwierzyć, kiedy specjaliści z branży zarzucają mi, że masom to nikt nie mówi. Jakim masom? Nie wierzę, że widz idący do kina nie zgugluje sobie sprawy wcześniej przez 15 minut.

 

Energia scen zbiorowych jest obłędna. Poza tym, jako dyplomowany historyk sztuki [LOL], jestem pewna, że Wajda sportretował swoich kolegów ze studiów. Jestem przekonana też, że Wajda znał filmy Robakowskiego, takie jak Prostokąt dynamiczny czy Test. Totalnie mnie cieszy obecność takiego filmu w kinie. Choć nigdy nie zrozumiem, dlaczego nikt nie powiedział Bogusławowi Lindzie, że mieszanie błękitu pruskiego ze sieną paloną jest kiepskim pomysłem.

 

Kazało mi siebie przemyśleć: manifest Laboria Cuboniks XF emanujący emancypacyjnym wyobcowaniem. Trochę o tym samym, co Pisać Marguerite Duras, ale zupełnie inaczej. Imponuje sposób prowadzenia wywodu. Czyta się go jak wygenerowany przez bot tekst. Ale jest w pętlach. Każdy akapit otwiera tyle, ile zamyka. Nie mogę uwierzyć, że gdy odkryłam go kilka miesięcy temu, ale późnym latem, jeszcze nie było polskiego tłumaczenia w internecie. Już jest.

 

Wzruszył mnie utrzymany w konwencji teatru dla dzieci Walser Zbigniewa Libery. Podnieciły na maksa Robert Robur Krzysztofa Garbaczewskiego i Biennale w Berlinie. Na pewno przeżywałam je jako manifesty pokoleniowe, na pewno uwiodły mnie jako przewrotny powrót zamykającego w znaku nieciągłość rzeczywistości symbolizmu. Obie rzeczy o postrzeganiu. Choć przeżyłam je = przeniesienie, zupełnie szczegółów nie pamiętam. A oba widziałam dwa razy. Zrób siebie, To i Total raz. Podobnie mistrzowską 16-minutówkę Anki Karasińskiej. O wyobcowaniu.

Robert Robur, materiały prasowe TR

Wniosek – wrócić do prowadzenia dziennika i lepiej zorganizować swój warsztat pracy. Na przykład notatki (jest postęp, do każdej rzeczy mam zeszyt plus notes, plus krótkie rzeczy w telefonie). Inspiracja: Na Cahier składają się dwie części – pierwsza której także wyodrębnić można dwie grupy tekstów: “narzędzia i odniesienia” oraz to, co cahier des charges, czyli właściwe “listy obowiązków”. W. Brzozowski, Maszyna do tworzenia arcydzieła, w: Perec. Instrukcja obsługi, red. G. Jankowicz, G. Winkler, Kraków 2010, s. 34.

 

Skoro życie z opóźnieniem, to poczytać Balzaca.

Poempatyzować = unerwienie u Freuda.

Zmarł John Berger. Totalnie zainspirował mnie kilka razy. Nie wiedziałam, że sportretował Tildę Swinton. Urodzili się tego samego dnia. Myślenie magiczne a racjonalne uprawienie humanistyki. Do przemyślenia.

 

04:24

Montaż.

 

5:46

Mogłoby być o wystawie Martwa natura z pistoletem i koncercie No Visitors After Midnight. Starocie, ale odkryte niedawno. Prezent od siebie za tamten rok: The World is Round - książka Gertrudy Stein. Dla dzieci.