Ilona Szwarc: "I am a woman and I cast no shadow", dzięki uprzejmości artystki

EMANCYPACJA SOBOWTÓRÓW

Przyzwyczailiśmy się do koncepcji ciała jako formy, biologia nie jest już dla nas ostateczną wytyczną. Mamy narzędzia pozwalające stworzyć siebie: siebie jako zdjęcie profilowe; siebie jako kuratora treści, które udostępniamy; siebie jako autora i modela w przypadku selfies - mówi fotografka Ilona Szwarc.

 

W pracy I am a Woman and I Feast on Memory poddajesz modelkę, wybraną na drodze konkursu na twojego sobowtóra, różnym zabiegom charakteryzatorskim, i cały proces dokumentujesz na fotografiach. Moje pierwsze zaskoczenie związane z tym projektem związane jest z twoją decyzją o zdeformowaniu – za pomocą produktów kosmetycznych – twarzy dziewczyny wyglądającej niemal zupełnie jak ty. O spotkaniu z sobowtórem zwykle myślimy w kontekście celebrowania podobieństw, natomiast ty robisz coś przeciwnego – postarzasz go, dodajesz fałdy tłuszczu i zmarszczki, tworzysz na nim pośmiertną maskę. Skąd wziął się pomysł na takie działanie? I dlaczego zabiegom tym poddajesz sobowtóra, a nie siebie?

Zawsze interesowała mnie typologia – odwoływałam się do niej już w moich wcześniejszych pracach, na przykład w cyklu American Girls, w ramach którego fotografowałam dziewczynki z ich lalkami-sobowtórami, czy w serii Rodeo Girls, poświęconej dziewczynkom zafascynowanym kulturą Dzikiego Zachodu. W swojej twórczości często przyglądałam się grupom kobiet, z którymi nie łączyło mnie właściwie nic oprócz płci. Byłam jedynie stojącą z boku obserwatorką. Chciałam odwrócić ten proces, przemieścić tę pracę nad typologią w bardziej osobistą sferę i wyselekcjonować grupę kobiet, która byłaby do mnie podobna. Zastanawiałam się, do jakiej zbiorowości kobiet właściwie należę i czy mogłabym tę typologię stworzyć na podstawie wyglądu – głównie po to, by zadać pytanie, na ile nasza aparycja ma coś wspólnego z tożsamością, kulturą i pochodzeniem.

Ten wątek jest dla mnie szczególnie ważny dlatego, że jestem Polką mieszkającą w Stanach Zjednoczonych, mam więc za sobą doświadczenie emigracji i kulturowej asymilacji. Kiedy poznałam dziewczynę z Bostonu, z którą pracowałam przy projekcie I am a Woman…, odniosłam wrażenie, że nie ma na świecie osoby tak bardzo innej ode mnie: różni nas pochodzenie, doświadczenie, wiek, a nawet ustrój polityczny, w jakim się wychowywałyśmy. Tym, co wspólne, oprócz bliźniaczego wyglądu, są dla nas język i kultura amerykańska – dla mnie to coś nabytego, dla niej rodzimego. Ten moment zwrotny, w którym „przejrzałam się” w swoim sobowtórze, nastąpił dopiero wtedy, gdy zobaczyłam nasze wspólne zdjęcia. Spojrzenie na obraz, odarty z głosu, mimiki, akcentu, było dla mnie momentem rozpoznania siebie w drugiej osobie. To było dość mocne przeżycie.

Ciekawe są dla mnie również sama figura sobowtóra oraz idea powtórzenia, tak mocno przecież związane z samą fotografią, która – choć z pozoru stanowi idealną reprezentację rzeczywistości – jest po prostu optyczną iluzją. Chciałam sprowokować widzów do zadania sobie pytań o to, co zwykle przyjmujemy za oczywiste – czym jest portret, czym jest autoportret – i zaburzyć jakoś tę wiarę w indeksykalność fotografii.

 

Ilona Szwarc: I am a woman and feast on memory, dzięki uprzejmości artystki

 

Często poruszanym w krytyce fotografii tematem jest kwestia uprzedmiotowienia modela oraz problematyzowanie relacji między fotografem i fotografowanym jako relacji władzy. Jak postrzegasz swoje działanie w tym kontekście?

Zależało mi na tym, żeby mój projekt badał dynamikę władzy, jaką generuje nie tylko relacja pomiędzy fotografem i fotografowanym, ale również pomiędzy „swoim” i „obcym”. Manipuluję przecież wyglądem Amerykanki, do bycia którą – jako imigrantka z Polski – siłą rzeczy aspiruję; której języka, sposobu mówienia, ubierania się i stylu życia próbuję się nauczyć. Odwracam porządek, w ramach którego imigrantka znajduje się niżej na drabinie społecznej niż „autochtonka”, dekonstruując swój proces asymilacji na twarzy kobiety, do której w codziennym życiu próbuję się upodobnić. Tworząc zdjęcia z cyklu I am a Woman…, zrzucałam z siebie ten kulturowy bagaż, który przywiozłam z Polski, i jednocześnie krok po kroku nakładałam go na swojego amerykańskiego sobowtóra.

Jeżeli chodzi o relację władzy związaną z fotografią i spojrzeniem, chciałam stworzyć trójkąt, w którym to ja manipuluję własnym wyglądem – zapośredniczonym przez twarz sobowtóra – a jednocześnie jestem osobą, która na mnie patrzy. Również na tym poziomie moja praca jest projektem emancypacyjnym.

Ilona Szwarc: I am a woman and I cast no shadow, dzięki uprzejmości artystki
 

Widok wystawy w Leica Gallery w Warszawie, fot. dzięki uprzejmości artystki

 

Wyobrażam sobie, że jeszcze dwadzieścia lat temu twoje fotografie mogłyby wywołać kontrowersje, dziś oglądamy je w komercyjnej galerii znajdującej się w ekskluzywnym domu handlowym. Zastanawiam się, na ile tę sytuację można wyjaśnić obyczajowym postępem, jaki dokonuje się w społeczeństwie – mogłabym znaleźć wiele dowodów na obalenie tej tezy, od wypowiedzi polityków poczynając – a na ile zawdzięczamy to internetowi i tysiącom tutoriali make-upowych na Youtube, które z jednej strony uczą, jak kobieta może zamaskować fakt, że jest człowiekiem, a z drugiej pokazują właśnie cały ten proces nakładania maski, twarz przed i po metamorfozie…

Mam nadzieję, że moje projekty są czytane na różnych płaszczyznach, również w kontekście popkultury. Mogą przecież skojarzyć się z Kim Kardashian, która w Stanach Zjednoczonych wypromowała konturing, czy z operacjami plastycznymi… Przyzwyczailiśmy się do koncepcji ciała jako formy, biologia nie jest już dla nas ostateczną wytyczną – coraz częściej myślimy o ciele i o swoim wyglądzie jako o czymś, co możemy kształtować wedle własnego projektu. Mamy narzędzia pozwalające stworzyć siebie: siebie jako zdjęcie profilowe; siebie jako kuratora treści, które udostępniamy; siebie jako autora i modela w przypadku selfies.

Tutoriale make-upowe to temat, który obecnie bardzo mnie zajmuje. Teraz niemal każdy ma komputer z kamerką i w zaciszu swojej sypialni sam może stać się ekspertem dającym rady tysiącom innych użytkowników internetu. Interesująca jest dla mnie różnorodność twarzy, ras, kształtów – to, że make-upowe tutoriale wyparły ten ideał urody, jakim jest biała kobieta z klasy średniej. Ale ta kontrola i podmiotowość, którą za pomocą internetowej kamerki odzyskują kobiety, w zawrotnym tempie przejmowana jest przez wszelkiego rodzaju firmy kosmetyczne, zbijające kapitał na popularności blogerek. To odzyskanie głosu szybko zmieniło się w kompletne wyciszenie, i to dosłownie: Michelle Phan, chyba najpopularniejsza amerykańska domorosła ekspertka od makijażu, w ogóle nie odzywa się już w swoich tutorialach. Słyszymy głos z offu, podczas gdy ona performuje do kamery, raz na jakiś czas zasłaniana slajdami z produktami sponsorujących ją firm.

Szybko ukształtowała się sztywna formuła tych instruktaży – Youtube’owy tutorial make-upowy to jest już konwencja, a każdy kolejny filmik stanowi nową wersją czegoś już istniejącego. Tożsamość staje się elementem serii podobnych powtórzeń. Michelle Phan otworzyła własne studio filmowe, notabene sąsiadujące ze studiem Youtube’a w Santa Monica. Można tam przyjść i w jednym z wielu małych boksów, wyposażonych w idealne oświetlenie, lustro, rekwizyty, kamery i profesjonalne mikrofony, nagrywać własne tutoriale. A najciekawsze jest to, że jeden z tych kubików jest urządzony jak sypialnia! 


Ilona Szwarc: z cyklu American Girls, dzięki uprzejmości artystki

 

A jak te pojęcia tożsamości i różnych jej wersji uwidaczniają się w projekcie American Girls? Czy to lalka-sobowtór dziewczynki jest jej wersją, czy na odwrót – dziewczynka aspiruje do bycia taką, jak przypominająca ją lalka?

Dziewczynki, które portretowałam w ramach tego cyklu, idą do sklepu, żeby wybrać sobie tę lalkę, która jest najbardziej do nich podobna – zabawka odzwierciedla więc pewne wyobrażenia tych dziewczynek na własny temat, jest odpowiedzią na pytanie: jak ja siebie widzę? Trudno powiedzieć, na ile to jest aspiracyjne, a na ile po prostu odzwierciedla różnicę pomiędzy tym, jak sami postrzegamy siebie i jak odbierają nas inni. Choć ten performans tożsamości często związany jest właśnie z marzeniami.

 

Jest takie jedno przerażające zdjęcie, na którym czarnoskóra dziewczynka trzyma białą lalkę…

Tak, choć to przedstawienie odsyła do jeszcze innej kwestii: oryginalne zabawki z serii American Girls są dosyć drogie – kosztują minimum 100 dolarów – a więc, jak w przypadku każdego ekskluzywnego produktu, na rynku występuje wiele podróbek. Dla tych dziewczynek posiadanie takiej lalki jest tym, czym dla starszych kobiet noszenie torebki Louis Vuitton – określaniem swojej tożsamości i statusu poprzez wybór konsumencki. W przypadku podróbki nie ma jednak tak wielu opcji jak w przypadku oryginału – masz do wyboru dwa, może trzy kolory skóry. Im tańsza podróbka, tym bardziej redukuje się ten wachlarz możliwości.

Choć oczywiście w przypadku American Girls trudno uciec przed pytaniem o to, czy te dziewczynki w wieku 8–12 lat mają już jakieś przekonania i uprzedzenia rasowe; czy fakt, że wybierają lalkę o ciemniejszym lub jaśniejszym tonie skóry, to przypadek, czy wybór podyktowany tym, czego nauczyło je społeczeństwo.

 

Ciekawy w kontekście tej pracy jest nie tylko proces kształtowania kobiecości, ale również samo pojęcie „amerykańskości”. Czym ona właściwie jest dla tych dziewczynek i jaki ma wpływ na kształtowanie ich tożsamości?

Wydaje mi się, że same zdjęcia zarówno z cyklu American Girls, jak i Rodeo Girls odpowiadają na to pytanie w dość bezpośredni sposób. Bardzo mi się w tym kontekście podoba, że korporacja produkująca zabawki postanowiła zdefiniować, co to znaczy być amerykańską dziewczynką, że to właśnie system korporacyjny decyduje o tym, które cechy są celebrowane, a które pomijane. Natomiast dla dziewczynek jeżdżących w rodeo ważny jest mit Dzikiego Zachodu, figura kowboja, coś wyjątkowo połączonego z historią i legendami Ameryki pionierów, poszukiwaczy złota i szeryfów.


Ilona Szwarc: z cyklu American Girls, dzięki uprzejmości artystki
 

Czyli Ameryki mężczyzn… Czy dziewczynki jeżdżące w rodeo wydały ci się bardziej świadome faktu, że odgrywają pewne role przypisane płci, niż dziewczynki kolekcjonujące lalki ?

W każdym swoim projekcie dostrzegam odniesienia do gender performance. Dziewczynki na zdjęciach z cyklu American Girls, nie rozstając się ze swoimi lalkami, performują zachowania kulturowo przypisane kobietom: wchodzą w rolę matki, opiekunki. Rodeo Girls można powiązać z crossdressingiem, ale jest to „bezpieczna” jego wersja, zabawa, która statusowo nic nie zmienia.

 

W rozmowie z Kubą Świrczem powiedziałaś coś, co bardzo mnie zdziwiło: ludzie byli oburzeni tym, że dziewczynki na zdjęciach się nie uśmiechają. Myślałam, że tego typu problemy mamy już za sobą…

Ta reakcja ma wiele wspólnego z kulturą amerykańską, w której uśmiech to podstawa. Jeżeli w Stanach mijasz kogoś na ulicy, to się do niego uśmiechasz. Dziecko – a zwłaszcza dziecko na zdjęciu – bez przyklejonego uśmiechu wywołuje strach i konsternację, sprawiając, że na usta dorosłego ciśnie się pytanie: co w życiu tego malca poszło nie tak? Dla mnie czy dla ciebie to, że dziecko nie musi się cały czas szczerzyć, jest oczywiste – dziecko też jest człowiekiem, posiada życie wewnętrzne i ma prawo być smutne. Ale w USA rzecz ma się nieco inaczej, tutaj performowanie uśmiechu – szczególnie do kamery, ale nie tylko – jest bardzo ważne. Pomyśl chociażby o tym słynnym amerykańskim „cheeeeeese!”. Wiele dziewczynek, które fotografowałam, stojąc naprzeciw obiektywu, miało problem z tym, żeby się nie uśmiechać. Czuły się skrępowane, nie wiedziały, co ze sobą zrobić. A im bardziej one były wyuczone zachowań wobec aparatu, tym bardziej mi zależało na tym, żeby przestały grać i porzuciły ten uśmiech – obnażenie gier, do których „tresowane” są dziewczynki i kobiety, było jednym z głównych tematów tego cyklu fotografii.


Ilona Szwarc: z cyklu Rodeo Girls, dzięki uprzejmości artystki
 

Na złożoność gender performance zwracasz uwagę również w cyklu You Are Now Entering the Human Heart, w ramach którego portretujesz kobiety transseksualne. Jak wygląda kobiecość w przypadku osób, które od urodzenia były przyuczane do odgrywania ról męskich?

To jest bardzo szeroki i skomplikowany temat, ze swojej perspektywy mogę się wypowiadać jedynie o sprawach powierzchownych, o tym, co widać. Z moich obserwacji wynika, ze transkobiety inspirują się ideą kobiecości zaczerpniętą z systemu patriarchalnego. Dlaczego? – to jest dla mnie ważne pytanie. Ta ich idea kobiecości mogłaby być przecież kompletnie nowa i radykalna! Zanim zaczęłam realizować ten projekt, wydawało mi się, że one mają kompletną wolność, mogą wymyślić „swoją” kobiecość. Okazało się jednak, że te kobiety, które poznałam, robią coś zupełnie odwrotnego – wybierają oswojoną kobiecość, kobiecość kogoś konserwatywnego i przyzwyczajonego do tradycyjnych ról płciowych. Dla nich ważna jest autentyczność i akceptacja społeczna, passing. To też może być kwestia tego, w którym momencie życia dana osoba podejmuje decyzję o korekcji płci – w Polsce są to z reguły dorośli ludzie, na Zachodzie coraz częściej płeć zmieniają dzieci i nastolatki. Tam wybór wzorców jest bardziej związany z popkulturą i estetyką drag. Dla mnie bardzo fajnym spostrzeżeniem było to, że osoby transpłciowe, które poznałam, uwielbiały być fotografowane – w ten sposób czuły, że ich tożsamość jest afirmowana, a kobiecość uchwycona na zdjęciach zostaje „zamrożona” w swojej najdoskonalszej postaci.
 

Jak to jest być kobietą-fotografką? W kontekście twojej twórczości przypomina mi się rozmowa, którą jakiś czas temu odbyłam ze znajomą – wówczas studentką fotografii na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Narzekała na to, że nie ma ani jednej wykładowczyni, a do profesorów-mężczyzn bardzo trudno się przebić ze swoimi pracami. Jak ty odnajdujesz się w tej rzeczywistości? Czy może masz inne doświadczenia?

W komisji, przed którą broniłam swoją pracę dyplomową na Yale University, zasiadało sześciu mężczyzn – którzy osiągnęli na polu fotografii wszystko, co da się osiągnąć – i jedna kobieta. O statystykach pokazujących, ile kobiet ma wystawy monograficzne w instytucjach albo ile jest pracujących fotoreporterek w stosunku do czynnych fotoreporterów, nawet nie będę wspominać. Historia fotografii jest historią mężczyzn, w której znalazło się miejsce dla paru kobiet. Oczywiście, zastanawiam się, jaki to miało wpływ na moją pracę i jak wyglądałaby współczesna fotografia, gdyby w jej tworzenie zaangażowanych było więcej kobiet. Kto wie – może wyglądałaby tak samo, a może zupełnie inaczej. Jedno jest pewne: to, co dzieje się dziś w fotografii, jest emanacją systemu patriarchalnego, i to w przyszłości będzie musiało się zmienić.

 


Ilona Szwarc: I am a Woman and I Feast on Memory, seria photobooków, dzięki uprzejmości artystki


Widok wystawy w Leica Gallery w Warszawie, fot. dzięki uprzejmości artystki

 

Ilona Szwarc (ur. 1984 w Warszawie) ukończyła studia na kierunku fotografia na Uniwersytecie Yale (New Haven, Connecticut) oraz obroniła z wyróżnieniem dyplom w School of Visual Arts w Nowym Jorku. Obecnie mieszka i pracuje w Los Angeles. Najbardziej znane cykle artystki to Rodeo Girls i American Girls – ten ostatni został nagrodzony w konkursie World Press Photo w 2013 roku. W 2016 roku została zaliczona do prestiżowego grona Talentów muzeum FOAM, a projekt I am a Woman and I Feast on Memory był prezentowany na łamach Foam Magazine oraz na festiwalu Unseen w Amsterdamie.