Widok wystawy "Girl Talk". Dzięki uprzejmości galerii Raster

DZIEWCZYNA Z SĄSIEDZTWA

Z Michelle Rawlings, amerykańską artystką, której prace do końca lipca można oglądać w warszawskiej galerii Raster, rozmawia Marta Królak

 

Twoja sztuka często określana jest jako bardzo osobista. Odnosisz się do etapów dorastania, dzieciństwa i młodości. Mam wrażenie, że w podobny sposób „dorastają” twoje prace – zaczynałaś od malowania portretów, robiłaś animacje, kolaże, GIF-y, a na wystawę Girl Talk przygotowałaś ilustrowane obiekty.

Od dzieciństwa prowadzę dzienniki i pamiętniki, gromadziłam obrazy wycinane z magazynów, a dziś interesuje mnie fenomen mediów społecznościowych. W internecie obserwuję, jak ludzie tworzą osobiste blogi, takie jak Tumblr czy konta na Instagramie, i za pomocą obrazów wyrażają tam swoją osobowość. Podoba mi się ten proces, w którym użytkownicy udostępniają obrazy znalezione w internecie lub w „prawdziwym” świecie, i to, jak te wizerunki stają się „osobiste”, ponieważ są częścią ich historii, indywidualnej narracji.

Z mojego doświadczenia wynika, że proces twórczy jest świadomy i osobisty w podobny sposób. Wydaje mi się, że oryginalność i podmiotowość ustanawiają się w procesie edycji, gdzie znaczenie mają drobne różnice, niuanse i wybory. Nawiązania do dorastania i dojrzewania pojawiają się w moich pracach, gdy miksuję różne obrazy, na które jesteśmy wystawieni na kolejnych etapach życia. Moje prace są wypadkową tych dwóch kwestii.

Kiedy pracowałam nad parawanami na wystawę Girl Talk, miałam taką intuicję, żeby przygotować je w różnych rozmiarach. Najmniejszy ma tylko 25 cm wysokości i ilustracje na nim są nieokreślone, przypominają twórczość dziecka. Im większy parawan, tym bardziej obiekty dojrzewają artystycznie, reprezentacje dotyczą poważniejszych kwestii. Ale nie powiedziałabym, że kolejne etapy, które przechodziłam jako artystka, odzwierciedlają proces rozwoju osobowości – chodzi mi raczej o eksplorowanie różnych tożsamości.

 

Wróćmy na chwilę do osobistego aspektu twoich prac. Mam wrażenie, że jednak starasz się skomunikować z odbiorcą, sprowokować jakąś reakcję, chociażby wywołać uczucie, wrażenie. Dotyczy to szczególnie serii jednobarwnych obrazów.

Gdy tworzę prace bardzo osobiste lub odnoszące się do dzieciństwa, nie chodzi mi wcale o to, aby odbiorcy mnie zrozumieli. Cieszę się, że to zauważyłaś, to dla mnie bardzo ważne. Staram się raczej pokazać, jak wygląda dorastanie w kulturze amerykańskiej, w której się wychowałam. Nie chcę wymuszać żadnej konkretnej reakcji – chciałabym za to, żeby dzięki moim pracom widzowie przywołali emocje i uczucia związane z dojrzewaniem, o których być może zapomnieli.

Monochromatyczne płótna są wynikiem mojego zainteresowania historią sztuki. Kiedy prowadzisz pamiętnik albo bloga lub po prostu tworzysz jakąkolwiek sekwencję, odczuwasz osobliwy związek z pustym obszarem na kartce, ekranie czy na ścianie. Czasem potrzebna jest prostota. Pięknie jest spojrzeć na kolor sam w sobie, który nie wyraża niczego konkretnego. Dobierając kolory, staram się stworzyć dla odbiorcy rodzaj wyciszającej przestrzeni, która może stać się obszarem dla doświadczenia zbliżonego do medytacji. Takie są moje nadzieje, jeśli chodzi o odbiór moich prac, ale możliwy jest każdy rodzaj reakcji.

 

 

Czytałam też o tym, że zdarza ci się kilkukrotnie zamalowywać obrazy, kiedy czujesz, że jeszcze nie są gotowe.

Zaczęłyśmy rozmawiać o względności odczuwania czasu w związku z dorastaniem, ale podobne zjawisko można zaobserwować w historii sztuki. Lubię patrzeć na sztukę w kontekście zacierania się granic między tym, co stare i nowe. Sposób, w jaki starzeją się obrazy, inspiruje mnie do tworzenia nowoczesnych artefaktów. Nie imponuje mi malarstwo jako takie, staram się coraz bardziej utrudniać sobie zadanie, tworząc raczej obiekty lub historie, a nie po prostu obrazy. Musi się wydarzyć coś wyjątkowego, żebym mogła sobie powiedzieć, że praca jest skończona. Budując kolejne warstwy i recyklingując materiały, tworzę historię, pokazuję proces oraz towarzyszącą mu frustrację – i taka praca jest większym wyzwaniem niż przedstawienie formy. Poza tym lubię sobie wyobrażać, jak taki obiekt zmieni się z czasem. Swoją drogą te obrazy często są „niepraktyczne” – płótno rozchodzi się, wygina, spływa, bo tyle razy było przemalowywane.

 

Powiedziałaś, że nie imponuje ci malarstwo. Czy dlatego próbujesz przekroczyć jego współczesną formę? Kiedy myślę o nowoczesnych obrazach, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to wielkie, zazwyczaj minimalistyczne płótna, o nieregularnych kształtach i tak dalej. A twoje obrazy są raczej nieduże, kameralne…

Teraz w sztuce jest mnóstwo malarstwa i łatwo zaszufladkować je jako medium „tradycyjne” lub cyniczne, odnoszące komercyjny sukces… W pewnym sensie „atak” malarstwa pozostaje więc zjawiskiem neutralnym. Widzę coraz więcej młodych artystów, którzy są bardzo konkretni w tym, co robią, tworzą nowatorskie obiekty, jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Dla mnie najważniejsza jest polemika z tradycją i niewielki rozmiar jest jednym ze sposobów, żeby oprzeć się jakiejś przynależności.

 

Dlatego łączysz internetową wizualność z medium malarskim? Ten mariaż wydaje się dość surrealistyczny, bo internet jest czymś aktywnym i żywotnym, wręcz chaotycznym, a obraz jest jednak statycznym obiektem. Nie wiemy jeszcze, czym jest internetowy kontent, ale na pewno nie są to obiekty…

Sądzę, że moje prace, choć bardzo przemyślane i naładowane treściami, nie wymagają od widza wiele czasu i charakteryzuje je jednak poczucie efemeryczności. Jest coś wyjątkowego w doświadczeniu scrollowania. Feed na portalu takim jak Tumblr jest subiektywną sekwencją. W swoich pracach staram się odtworzyć to doświadczenie, realizując niekończącą się sekwencję obrazów, a nie poszczególne „dzieła”. W doświadczeniu scrollowania bloga z obrazami przypadkowość jest kluczowa, bo nigdy nie wiesz, co będzie następne, ale możesz to przeczuwać, znając jego subiektywną estetykę. W takim przypadku źródła obrazów tracą znaczenie. Reprezentacje stają się czymś prawie oryginalnym, gdy ktoś wyjmuje je z pierwotnego kontekstu i umieszcza we własnej, subiektywnej narracji. Nie istnieje tu coś takiego jak centralny, najważniejszy obraz, najważniejsza jest historia sekwencji. Nie czułabym się komfortowo, tworząc jedno wielkie płótno, które jest zamkniętą opowieścią, taka praca nie ma już dla mnie sensu. Próbuję raczej połączyć fragmenty informacji, które odbiorcy sami mogą odczytać i zinterpretować – moje prace są nieduże, bo zbliżają się do tej płynności doświadczenia scrollowania, przechodzenia od obrazu do obrazu, od jednej referencji do kolejnej.

 

Jak przebiega proces selekcji obrazów?

Kiedyś malowałam na podstawie znalezionych obrazów, ale teraz bardziej skupiam się na uchwyceniu towarzyszących im uczuć. Znalezione wizerunki poddaje przemianom, które związane są z poczuciem, że dany obraz przypomina mi coś innego, co już gdzieś widziałam. Stajemy się coraz bardziej wyrafinowani wizualnie, oglądamy coraz więcej, dla każdego obrazu mamy całą serię odniesień i skojarzeń. Teraz moja praca jest raczej zderzeniem i wypadkową obrazów, na które jestem w jakiś sposób wystawiona.

 

O twoich pracach często mówi się, że są „kobiece”. Zgadasz się z tym?

Kiedyś wkurzyłam się, gdy ktoś określił moje prace jako „kobiece”, bo używam pastelowych kolorów. Wielu artystów używa pastelowych kolorów! Ta cała koncepcja „kobiecości” ma dwa aspekty: z jednej strony jest estetyczną kliszą, z drugiej strony młode kobiety mogą się z taką estetyką identyfikować i za jej pomocą walczyć o to, by ich głos był traktowany poważnie. Magazyn „Rookie” jest dobrym przykładem wykorzystania takiej stylistyki i chociaż nie jest wystarczająco widzialny w świecie sztuki, ma dużą moc symboliczną i powinien zostać rozpoznany jako ważne zjawisko.

Nie podoba mi się, gdy moje prace są sprowadzane tylko do uroczych i kobiecych. Kiedy ktoś mówi mi coś takiego, to czuję, że ich po prostu nie rozumie. Istnieje cała rzesza artystów – mężczyzn, którzy świadomie nawiązują do „chłopackiej” estetyki i podmiotowości, a mimo to ich prace są postrzegane jako neutralne. Dorastałam w Ameryce i dobrze pamiętam, że w filmowych czy serialowych narracjach dominowała perspektywa chłopaka. Fabułę napędzała zawsze męska podmiotowość – dziewczyna mogła być co najwyżej obiektem westchnień, siostrą lub matką. Cieszę się, że internet staje się platformą aktywizmu młodych kobiet pokazujących, że ich podmiotowość też ma znaczenie. Może dlatego moje prace wydają się „kobiece”, ten głos jest dla mnie bardzo ważny i właśnie do niego nawiązuję w swoich pracach.

 

 

W tym sensie internet może mieć funkcję terapeutyczną – bo łączy użytkowników i daje im głos.

Spektrum zjawisk, które wyrażają się poprzez internet, jest bardzo szerokie, a tożsamość płciowa jest tylko jednym z nich. W tym sensie sieć ma walor terapeutyczny, bo pozwala ludziom przyznać się do problemów i porozmawiać o nich. Koniec końców wierzę, że gdzieś w środku wszyscy jesteśmy dziećmi i czasami musimy być dla siebie łagodni. Wydaje mi się, że ludzie są coraz bardziej świadomi, jak ważny jest także pozytywny przekaz. Świat potrafi być bardzo ostry, ale na szczęście w rzeczach podbudowujących można znaleźć tak samo dużo prawdy.

 

Czy to jest punkt wyjścia dla Girl Talk?

Tytuł Girl Talk odnosi się do dwóch rzeczy. Po pierwsze do gry planszowej, w którą grałam w gimnazjum, a po drugie do DJ-a, który także nazywa się Girl Talk i tworzy kawałki, miksując fragmenty popularnych piosenek. Jego metoda pracy jest mi bardzo bliska.

Wspominałam już o tym, że gdy byłam młodsza, zbierałam obrazki wycinane z magazynów. Dzisiaj gromadzę obrazy online. Jakiś czas temu na wystawę w Dallas przygotowałam kompozycję ze znalezionych obrazów i powiesiłam ją na ścianie w galerii. Parawany są w pewnym sensie kontynuacją tej instalacji, bo służą jako mobilna ściana obrazów.

 

Parawan kojarzy mi się jednak – nie chcę używać tego słowa, ale chyba muszę – z bardzo kobiecym obiektem. To za parawanem kobiety ubierają się i przygotowują do odegrania swojej społecznej roli, to tam zakrywają ciało i wciskają się w gorsety.

Nie myślałam o tym w ten sposób, ale to ma sens. Cieszy mnie, jeśli moje prace są postrzegane jako problematyczne i trafiają w czułe punkty. Wydaje mi się jednak, że powoli wyczerpuję ten temat i teraz chciałabym wrócić do eksplorowania dwuznaczności malarskiego medium – nie tworzyć już prac opartych na reprezentacji, a raczej badać wyciszony, medytacyjny aspekt malarstwa. Mam nadzieję, że moje prace postrzegane są jako hommage dla kultury, w której dorastałam, ale widać w nich też to głębsze znaczenie, które staram się przekazać.

 

 

Michelle Rawlings – urodziła się w Dallas, USA, w 1980 roku. W 2012 roku uzyskała dyplom z malarstwa na Rhode Island School of Design w Providence, od 2015 wykłada na uniwersytecie Southern Methodist w Dallas. Mieszka i pracuje w Dallas.

Michelle Rawlings, Girl Talk
27.05 – 29.07.2017
Raster
ul. Wspólna 63, Warszawa