Performans duetu Prinz Gholam, w tle ruiny świątyni Zeusa

POJECHAŁAM DO ATEN I DOSTAŁAM MIGRENY

Gdybym miała jednym słowem opisać moje wrażenia z documenta 14, powiedziałabym: chaos. Nie będę krytykować ani prezentacji, ani ogólnej koncepcji festiwalu sztuki, bo sporo już na ten temat napisano, niekoniecznie zasadnie. Przez cały czas zwiedzania wciąż jednak zadawałam sobie pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Poczucie zagubienia jest jednocześnie przekleństwem i atutem greckiej odsłony documenta. W Atenach nikt Wam nie powie, że prawdopodobnie nie dotrzecie tam, dokąd zmierzacie. Nie wiadomo, czy takie było założenie organizatorów, ale nawet jeśli ten chaos to przypadek, zamiast się wkurzać, warto mu się poddać – i tak wszystkiego nie zobaczycie.

Z 47 wystaw widziałam może 10, i z początku skrupulatnie notowałam swoje wrażenia w zeszyciku. Na drugiej wystawie wypisał mi się długopis, więc wszystko, co zobaczyłam tego dnia po południu, przypominam sobie jak przez mgłę. Dobrze pamiętam za to spacery po mieście między jedną a drugą lokalizacją i codzienne demonstracje różnych grup, raz emerytów, raz anarchistów, zależy w której dzielnicy. Pamiętam też zakaz wejścia na ulicę, na której mieszka premier, i to, że pod jego domem stał kordon policji, chociaż akurat tam nie widziałam demonstrantów. I to, że ludzie w Atenach są kontaktowi i życzliwi, ale widać po nich, jak bardzo czują się pokrzywdzeni.

 

Instalacja Daniela Knorra zbudowana z obiektów znalezionych na ulicach Aten

 

Roboczy tytuł documenta brzmi dumnie – „Learning from Athens”. Jak na tak szumną deklarację zaskakująco mało prac na wystawach odnosi się do lokalnych kontekstów. Zwiedzanie rozpoczęłam od EMST, ateńskiego MSN-u, a właściwie jego tarasu, z którego roztacza się spektakularny widok na dramatyczny blok-pustostan, z opuszczonym music club na parterze. Ironicznie, pierwsza praca, jaką zobaczyłam, to interwencja Marii Eichhorn, która wykupiła neoklasyczną kamienicę w niegdyś burżuazyjnej dzielnicy. W ten sposób nadała jej status nieruchomości niczyjej, ratując tym samym budynek przez gentryfikacją. I rzeczywiście, Unowned property stoi, okiennice są pozamykane, drzwi zabezpieczone łańcuchem, brakuje tylko jakiegoś club na parterze. Takich kamienic w Atenach jest mnóstwo, ciekawe czym akurat ta jedna zasłużyła sobie na „uratowanie” przed zachodnią deweloperką.

Im dalej w wystawę, tym więcej jest sztuki umiarkowanie zaangażowanej, nawet nie definiującej, a tylko krytykującej problemy powszechnie budzące opór środowisk artystycznych – kryzys migracyjny i ekonomiczny, radykalizm, wykluczenie, wojny. Film Artura Żmijewskiego (wyświetlany akurat w ateńskiej ASP, chociaż pasuje do EMST) kręcony w obozach dla uchodźców już okrzyknięto najważniejszym dziełem documenta 14, a obrazy Piotra Uklańskiego i duetu McDermott & McGough – najbardziej rozczarowującymi. Do tego zupełnie archaiczna praca wideo Michaela Audera poświęcona telewizyjnym relacjom z konfliktu w Zatoce Perskiej i kilka innych dzieł w duchu poprzedniego stulecia. Aż chce się zapytać: czy to wszystko na serio?

Zaskakuje za to obecność prac nieco hermetycznych, eksperymentów artystycznych, takich jak codzienne performansy Marie Cool Fabio Balducci, powidoki Władysława Strzemińskiego, Symfonia syren Arsenija Avraamova czy instalacja ze zdjęć Moyry Davey, złożonych jak koperty i wysłanych na documenta tradycyjną pocztą. Zaskoczenie jest podwójne: po pierwsze z powodu wyboru prac tak ekskluzywnych i tak nieprzystających do reszty ekspozycji, po drugie – z braku opisów czy informacji dotyczących większości bardzo introwertycznych dzieł. Ten problem dotyczy także kolejnych pięter, na których znalazła się sztuka z pogranicza tradycji i nowoczesności, jak chociażby maski zmarłego niedawno Beau Dicka. I wtedy mniej więcej dostałam migreny, zrozumiawszy, że documenta 14 nie jest wystawą zaczynającą się od tekstu kuratorskiego, który mniej więcej tłumaczy, o co w niej chodzi, ale będzie wymagać ode mnie jako odbiorcy więcej zaangażowania. Co gorsza, jestem za granicą, nie mam stałego dostępu do internetu w smartfonie, a więc wyszukiwarka nie pomoże. Tyle razy przeczytawszy w jakiejś publikacji opis dzieła sztuki, często nawet bez reprodukcji, wypowiadałam się na jego temat, jakbym widziała je milion razy, i zrozumiałam, że teraz będzie dokładnie odwrotnie – jestem zdana tylko na swoją podstawową wiedzę o świecie, lub raczej jej brak.

Parafrazując Roee Rosena, nie ma pytań, idziemy do piekła. To cytat z pracy Live and Die as Eva Braun, wprowadzającej do wystawy w muzeum Benaki. Spoiler alert, piekło dla każdego wygląda inaczej, a dla niektórych jest codziennością. Na przykład dla malarza Tshibumby Kanda Matulu, opowiadającego krwawą historię Konga w obrazach, albo Nilimy Sheikh, której oniryczne płótna z cyklu Each night put Kashmir in your dreams sytuują się na pograniczu mitologii, literatury i rzeczywistości. Eleganccy dokumentaliści oglądają reprezentacje terroru, potakują i zmartwieni otulają szyje kaszmirowymi szalami. Arin Rungjang porównał za to obywatelski sprzeciw wobec rządów junty w Tajlandii i w Grecji w latach 70. Wydaje się on jedną z niewielu zaangażowanych w documenta osób, która chciałabym się uczyć od Aten. Nawet w Szkole Sztuk Pięknych, gdzie sporo jest prac operujących gestami ulepszenia, a nie tylko sprzeciwu, jakoś nie słychać głosów greckich, chociaż materiału nie brakuje. Wystarczy wspomnieć chociażby o ruchu Artists Against Evictions, którego list skierowany do publiczności i pracowników documenta, opublikowany 8 kwietnia, nawołuje do ratowania ateńskich skłotów – schronienia dla uchodźców.

Brzmi nudno i monotonnie? A to dopiero początek. Każda z dużych wystaw jest naładowana treściami, które rozszyfrowuje się godzinami. Pierwsze spotkanie z documenta bombarduje nazwiskami i atrakcjami; w połowie drogi na wystawę zrozumiałam, że powinnam była cały tydzień przed wyjazdem spędzić na planowaniu wycieczki. Może się zdarzyć, że w ferworze przyswajania dzieł sztuki stracicie poczucie czasu na tyle, że ochrona muzeum będzie musiała was wyprosić, bo zamykają. Prace są ściśnięte, nie mają oddechu, leżą na ziemi albo stoją jedna na drugiej, patrzcie więc pod nogi, żeby na pewno nie ominąć żadnego podpisu (także na podłodze) oraz niczego nie zdeptać. Mi się to drugie niestety zdarzyło, ale nie przyznam się gdzie. Na szczęście nikt tego nie widział.

 

Gmach ateńskiej politechniki

 

Najbardziej zapadła mi w pamięć wizyta na ateńskiej politechnice, miejscu naznaczonym historią pod każdym względem. W latach 70. oraz rok temu to właśnie tam zaczęły się studenckie protesty. Bramy kompleksu także dziś obwieszone są anarchistycznymi transparentami, ściany budynków zaorane graffiti, a atmosfera jest na tyle gęsta, że pokazywane tam prace w zasadzie nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Wtedy właśnie najbardziej odczułam, że koncepcja „Parlamentu Ciał” jest kuratorską fikcją – na terenie kompleksu nie było w zasadzie nikogo, oprócz kilku zagubionych dokumentalistów. Rewolucyjny duch tego miejsca został kompletnie zignorowany i więcej było go na przykład na wystawie w ateńskim konserwatorium (tzw. Odeionie). Tam zobaczyć można między innymi szkice i partytury kompozytora Janiego Christousa, którego koncepcja „continuum” stała się podstawą modelu pracy zespołu tej edycji documenta. Legendarne dzieło Christousa Epicycle pracownicy documenta odegrali na konferencji prasowej, udowadniając światu, że mówią jednym głosem.

Przetrawiwszy to wszystko, dochodzę do wniosku, że w zasadzie podstawową myślą greckiej odsłony documenta 14 jest próba oddania głosu wszystkim, którzy mają coś do powiedzenia. Problem jest tylko taki, że im więcej jest wystaw, prac i wydarzeń, tym bardziej artworld (i nie tylko) oburza się, dlaczego nie ma ich jeszcze więcej. Documenta 14 nie jest złą inicjatywą, przygotowano ją najlepiej jak można, pokazano mnóstwo prac, o których prawdopodobnie nigdy byście nie usłyszeli. Świetnie opisał to Jason Farago w New York Timesie – na każdego Celmina, Quaytmana, Whitneya, a po naszemu Uklańskiego, Żmijewskiego czy nawet Wróblewskiego (chyba w EMST, już dokładnie nie pamiętam) przypada co najmniej dzisięć nazwisk, o których nie masz pojęcia. Jestem pewna, że gdyby nie lata leczenia depresji, wielokrotnie doznałabym ataku paniki. Poziom stresu odczuwalnego podczas konfrontacji z wystawą porównywalny do egzaminów na historii sztuki, kiedy do wkucia są trzy tysiące slajdów z polskiej architektury dworkowej z XVII wieku z datowaniem. Od Aten jednak nauczyć się można dużo więcej niż z katalogów, i może lekcją dla documenta na przyszłość powinno być pójście nie w ilość, a w jakość prac, która między lokalizacjami rozkłada się bardzo nierównomiernie. Trudno też pozbyć się wrażenia, że pewne rzeczy udały się z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności – jak performans duetu Prinz Gholam, któremu uroku dodaje malownicza lokalizacja z ruinami świątyni Zeusa w tle.

Czego z kolei widz może nauczyć się od documenta? Na pewno tego, żeby odwiedzić raczej mniejsze wystawy, pokazy w przestrzeni miasta, odpuścić sobie instytucje, a więc przede wszystkim zwiedzajcie najpierw Ateny. Niech documenta będzie dla was dodatkową atrakcją, a nie głównym celem. Nie czytajcie hejterskich recenzji i zapomnijcie o legendarnych wystawach i dziełach, które zmieniły bieg historii. Po powrocie i tak wszystko możecie sprawdzić w internecie, więc nie czytajcie wszystkich podpisów i projekcje filmowe oglądajcie od środka. Wyluzujcie się, a przekonacie się, że documenta was zaskoczy.

 

Marta Królak – absolwentka Kolegium MISH na Uniwersytecie Warszawskim, autorka rubryki Art-terapia w NN6T