Sascha Mikloweit, Some Parts Of The Subsystem Are Present, 2015. Copyright Studio Mikloweit, 2015

CZY WIESZ CZYJ JEST KOSMOS?

Z Jakubem Bochińskim, Leszkiem Orzechowskim i Rafałem Kosewskim o kosmosie – temacie głównym tegorocznej edycji łączącego naukę i sztukę festiwalu Przemiany – rozmawia Bogna Świątkowska

 

Loty w kosmos znów weszły na orbitę zainteresowań, bo zagrożenia i problemy, które sami sobie stwarzamy na Ziemi – przeludnienie, zanieczyszczenie środowiska – są paliwem dla pomysłowości połączonych sił nauki i biznesu. Jestem z pokolenia, które pamięta transmisje lotów kosmicznych jako zapowiedzi czegoś, co miało się zdarzyć jeszcze przed końcem XX wieku, a co następnie się nie zdarzyło. Radziecki kosmonauta, który po rozpadzie ZSRR jako bezpaństwowiec miesiącami krążył po orbicie, był zwieńczeniem porażki pewnego etapu możliwości człowieka uwikłanego w problemy i kryzysy. Teraz mamy powrót do tematu w zupełnie innych formatach: kosmos 4.0 – co to znaczy?

Rafał Kosewski: Kosmos 4.0 to czasy, w których przestrzeń kosmiczna się komercjalizuje. Firma SpaceX podpisała z NASA kontrakt na transport ludzi i sprzętu na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Powstają prywatne przedsiębiorstwa, które chcą wydobywać surowce na asteroidach. Z funduszy crowdfundingowych budowane są mikrosatelity – na przykład LightSail napędzana wiatrem słonecznym. W bliskim otoczeniu Ziemi zaczyna się robić tłoczno. Koncepcję kosmosu 4.0 najlepiej chyba obrazuje wioska księżycowa – projekt propagowany przez Europejską Agencję Kosmiczną. Według jej dyrektora Jana Wörnera Księżyc miałby się stać miejscem korzystnym nie tylko dla nauki (powstaną tam bowiem laboratoria i obserwatorium), ale też dla biznesu, który stworzy warunki do budowy stacji załadowczej do dalszej podróży na Marsa… Czyli poprzez industrializację Księżyca mamy szanse na kolonizację innych planet.
 

Misja Apollo 11 na Księżycu, 1969. Fot. Neil Armstrong, archiwa NASA, commons.wikimedia.org

 

BŚ: Kolonizacja, wykorzystanie biznesowe, industrializacja – to brzmi strasznie i pasuje do definicji ludzkości wyłożonej przez agenta Smitha w Matriksie: jesteśmy wirusem, który niszczy wszystko, z czym wejdzie w kontakt.

Jakub Bochiński: Ja z kolei jestem z pokolenia, które nie miało okazji widzieć startów misji Apollo, mogłem tylko o nich czytać lub oglądać archiwalne nagrania. Dorastałem już w świecie, w którym kosmos zdominowały maszyny – satelity i próbniki pełniące funkcję swego rodzaju awatarów ludzkości. I dobrze. Wysyłanie człowieka – tej nieprzewidywalnej miękkiej papki, którą czasami trudno utrzymać przy życiu nawet u nas na Ziemi – gdzieś tam daleko, tylko po to, żeby stanął na innym ciele niebieskim, wbił flagę i zrobił sobie z nią zdjęcie, wydaje mi się przejawem instagramizacji przestrzeni kosmicznej. Podobną pracę może przecież wykonać zdalnie sterowany lub nawet autonomiczny robot – i to za nieporównywalnie niższą cenę.

Dziś dookoła całego Układu Słonecznego działa sieć zautomatyzowanych sond i satelitów, które komunikują się ze sobą oraz z nami, służą nam za oczy i uszy. Roboty te jeszcze do niedawna były wysyłane przez wielkie agencje kosmiczne – na początku amerykańską NASA, a dziś również Europejską i Japońską Agencję Kosmiczną, rosyjski Roskosmos i inne. Korzystał z tego głównie wielki przemysł kosmiczny reprezentowany przez takie firmy i konglomeraty jak United Launch Alliance, Boeing czy Lockheed Martin. Teraz dochodzimy do etapu, kiedy zwykli obywatele, małe firmy czy start-upy są w stanie dość tanio produkować swoje własne misje kosmiczne w wersji mini. Przykładem może być satelita PW-Sat 2 budowany przez ekipę studentów z Politechniki Warszawskiej, który jeszcze w tym roku poleci na orbitę na pokładzie rakiety firmy SpaceX. Na tym polu aktywna jest też firma Space is More, która eksperymentuje z projektowaniem marsjańskich habitatów. To niesamowite, że kiedyś, aby wejść w podobną tematykę, trzeba było się zatrudnić w agencji kosmicznej albo u któregoś z jej podwykonawców, a dziś nawet grupy studentów są w stanie realizować prawdziwe misje kosmiczne. Dobrym przykładem jest Google Lunar X Prize, czyli nagroda dla twórców łazika, który jeszcze w tym roku ma dolecieć na Księżyc, wylądować, przejechać 500 metrów, zrobić zdjęcie i wysłać je na Ziemię. Dziś nie trzeba być gigantycznym kosmicznym mocarstwem, żeby zostawić swoje ślady w kosmosie.

Rafał Kosewski: Obawiam się jednak, że wizja kosmosu jako egalitarnej przestrzeni, do której każdy ma dostęp, jest dość utopijna. Projekty związane na przykład z zasiedlaniem Marsa czy budową nowych stacji kosmicznych dotyczą graczy z wielkim kapitałem. Istnieje niebezpieczeństwo, że kilka osób – Elon Musk, Robert Bigelow czy Jeff Bezos – zaprojektuje nam przyszłość za naszymi plecami. Powstaje więc pytanie o to, czy rzeczywiście każdy z nas ma prawo głosu w dyskusji o korzyściach, jakie ludzkość czerpać będzie z obecności w kosmosie.

JB: To prawda. Same mocarstwa też oczywiście nie zniknęły. Musk może i jest symbolem obecności biznesu w kosmosie, ale nie mógłby zacząć budować swoich rakiet, gdyby nie gigantyczne wsparcie NASA, która zleciła mu pierwsze, wielomiliardowe kontrakty. Podobne pieniądze trafiły też do paru innych amerykańskich firm. Nowy kierunek przyjęty przez NASA, czyli inwestowanie w komercyjne loty kosmiczne, jest wynikiem podjętej przez tę wielką agencję kosmiczną decyzji o wspieraniu firm rozwijających tego rodzaju działalność.

 

W XX wieku podbój kosmosu był prowadzony przez imperia, które traktowały to jako demonstrację siły, akt symboliczny. Dzisiaj akcent jest przesunięty w stronę wykorzystywania przestrzeni kosmicznej, użytkowania jej tak, jak użytkujemy planetę Ziemia, tylko lepiej. Literatura science-fiction i popkultura podpowiadają i nazywają wyobrażenia o tym, jak to nasze wyjście w kosmos ma wyglądać, jaka ma być architektura, jaka estetyka. Obecność tych wyobrażeń, sugestywnych zwłaszcza w formie filmowej, wytworzyła w pokoleniu, które dzisiaj jest już dojrzałe, łatwość obcowania z zagadnieniem kosmosu. Kroki wykonane w stronę przestrzeni kosmicznej wydają się bardzo drobne, ale przecież prace nad tym, co mogłoby się zdarzyć w kosmosie, są bardzo zaawansowane. Czy wszystkie pomysły, jakie mamy w tej chwili, daje się materializować i przerzucać w sferę projektową? Czy ręka dogania umysł?

Leszek Orzechowski: Jest odwrotnie – obecnie umysł nie dogania ręki. Na przykład Mars jest jedyną znaną nam planetą, którą zasiedlają wyłącznie roboty. Jednak fakt, że nie ma tam ludzi, powoduje pewne problemy. Łazik Curiosity – najbardziej zaawansowany sprzęt, jaki kiedykolwiek został dokądkolwiek wysłany – ma najlepsze podwozie w całym Układzie Słonecznym. Teoretycznie mógłby jechać po powierzchni Marsa bardzo szybko, ale przez to, że nie ma tam człowieka, jedzie powoli, wszystko bada, przesyła dane, by sprawdzić, czy nie zrobił błędu, czy nie ma tam jakiejś rozpadliny, czy nie zepsuje za chwilę sprzętu za miliardy – a każda transmisja danych trwa 4 minuty. Gdyby był tam człowiek, mógłby wszystkim operować. Poważnie myśleć o podboju kosmosu możemy dopiero od momentu, kiedy będzie tam człowiek.

Wszyscy jakoś sobie wyobrażamy tę przyszłość ludzkości w kosmosie. Mówi o tym przedsiębiorca Elon Musk, ale i naukowiec Stephen Hawking często wypowiada się w takim duchu, że ludzkość nie ma wyboru i musi wyemigrować z Ziemi – inaczej nasza cywilizacja nie przeżyje, przepadnie w obliczu problemów z zanieczyszczeniem środowiska i zmianą klimatu. Ja mam inne podejście – owszem, musimy polecieć na Księżyc i zbudować Moon Village, ale po to, żeby poszerzyć nasze możliwości, stworzyć wspaniałe laboratorium nowych technologii na przykład w kwestiach mieszkalnictwa i problemów związanych z tym, jak żyć w miejscu o bardzo ograniczonych zasobach, w trudnych warunkach.

 

Kosmos jako miejsce eksperymentu naprawczego?

LO: Tak, kosmos jest przestrzenią, gdzie możemy się dowiedzieć, jak uratować Ziemię. Wszystkie technologie, które stworzymy na potrzeby habitatów na Księżycu czy na Marsie, wrócą niedługo do naszych domów, do naszych miast. Nie ma lepszego sposobu na wymyślanie nowych mechanizmów zrównoważonego życia, niż właśnie na Marsie czy na Księżycu.

 

Sztuka lubi eksperymenty – projekty artystów, którzy nawiązują do zdobyczy nauki, w ciekawy sposób podpowiadają możliwe przyszłe scenariusze. Na przykład słynne ziemniaki z filmu Marsjanin to przykład, który rozumie każdy. Jakie obszary zainteresowań artystów są najciekawsze w toczącej się dzisiaj dyskusji?

RK: Artyści patrzą na kosmos jako na przestrzeń realizacji swoich fantazji – na przykład tańca w stanie mikrograwitacji, jak ma to miejsce w projektach Kitsou Dubois – ale też jako na pole do przeprowadzania eksperymentów wykorzystujących narzędzia naukowe. Na wystawie Powrót na Księżyc, towarzyszącej festiwalowi Przemiany, zaprezentujemy między innymi instalację Drosophila titanus autorstwa Andy’ego Gracie, wyróżnioną dwa lata temu na Ars Electronica. Projekt przedstawia próby wyhodowania w procesie sztucznej selekcji muszki owocówki zdolnej do życia na Tytanie, czyli księżycu Saturna. Jest to oczywiście spekulacja, ale autor podchodzi do niej jednak poważnie i uważa, że ten projekt ma szansę powodzenia w perspektywie 200–300 lat.

Artyści próbują też zabierać głos w dyskusji na temat aktualnych problemów związanych z naszą obecnością w przestrzeni kosmicznej. Jedną z takich prac jest opracowany razem z Europejską Agencją Kosmiczną projekt Saschy Mikloweita dotyczący śmieci kosmicznych.

 

Na początku naszej rozmowy powiedzieliście, że mamy już taki zasób technologii i robotów w kosmosie, że z jednej strony stanowi to szansę i potencjał, ale z drugiej strony nie ma jednej agencji, która by je kontrolowała, bo należą do różnych podmiotów. To także wydaje się kwestią do rozwiązania.

JB: Obecnie największym problemem jest to, że zbliżamy się do krytycznej ilości obiektów stworzonych przez człowieka – satelitów i nie tylko – które możemy zmieścić na niskiej orbicie okołoziemskiej. W dużym stopniu zależymy od tych satelitów: to właśnie one umożliwiają rozmowy przez telefony satelitarne, monitorują zanieczyszczenie powietrza, zagrożenie powodziowe czy zmiany powierzchni czap lodowych. Wokół naszej planety krążą już ponad cztery tysiące satelitów, z czego tylko jedna trzecia to satelity „aktywne”.

Problem polega na tym, że umieszczamy ich coraz więcej, ale nie zawsze usuwamy te stare. Zachodzi obawa, że za chwilę dojdziemy do takiego poziomu zagęszczenia, kiedy zderzenie dwóch satelitów może uruchomić reakcję łańcuchową, w której tysiące rozpędzonych elementów zniszczonych satelitów uderzać będą w kolejne i w kolejne… Film Grawitacja pokazuje taką sytuację dość dobrze, choć nie do końca precyzyjnie. W żargonie astronautycznym nazywa się to syndromem Kesslera. Chodzi o efekt, w którym po pewnej liczbie zderzeń na orbicie okołoziemskiej znajdzie się tak dużo śmieci kosmicznych, że nigdy więcej – a przynajmniej przez najbliższe parę pokoleń – nie będziemy w stanie z tej orbity korzystać.

Zagrożenie uderzeniami śmieci kosmicznych jest jak najbardziej realne. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna musi parę razy w roku robić uniki przed zbliżającymi się do niej obiektami – astronauci już trzykrotnie chowali się do specjalnego statku kosmicznego, w którym mieli przeczekać ewentualne uderzenie. To problem, o którym większość ludzi nigdy nie słyszała. Często mówimy, że na Ziemi mamy wysypiska śmieci, które stają się zbyt pełne, że zajmujemy się recyklingiem, ale może za wolno, debatujemy nad spalaniem śmieci… Tymczasem śmieciami wypełnia się już także bliska nam przestrzeń kosmiczna. Co dalej robić ze śmieciami kosmicznymi? Gdy „umiera” satelita telekomunikacyjny, jego właściciel ma obowiązek wysłać go na tak zwaną orbitę cmentarną, czyli swego rodzaju wysypisko śmieci, żeby nie stanowił zagrożenia dla innych. Taki satelita zostaje tam już na zawsze. Inne satelity spalają się w atmosferze ziemskiej – to oznacza nawet kilkaset kolejnych śmieci kosmicznych rocznie. Mamy więc problem, ale nie mówimy o nim, choć za parę lat może już być za późno.

 

Sascha Miloweit, CLUSTR1_KOU-ELA-3_1996DOY156_ID1-5, 2015. Copyright Studio Mikloweit, 2015

 

Porozmawiajmy więc o nadprodukcji, która stanowi jeden z najpoważniejszych problemów ludzkości. Czy pojawiały się jakieś interesujące pomysły dotyczące na przykład architektury albo budowania z wykorzystaniem nowych technologii w sposób, który zawierałby w sobie ucieczkę od nadmiaru?

LO: Faktycznie mamy problem, przede wszystkim z tym, że współczesna architektura to ogromny przemysł polegający na tym, że trzeba wydobyć materiały z ziemi, potem przewieźć je do fabryki, stworzyć z nich materiały budowlane, przewieźć na miejsce budowy i powoli robić z tego budynek. Ogólnie rzecz biorąc, to nie jest zbyt dobrze zoptymalizowany proces, wytwarza ogromny odcisk węglowy. Interesujące są koncepcje dotyczące tego, jak budować z materiałów, które mamy w naszym najbliższym otoczeniu, na działce – i na tym właśnie opierają się pomysły na budowę baz na Księżycu czy na Marsie.

Kiedy tam polecimy, nie zabierzemy przecież ze sobą całego habitatu, nie będziemy przewozić całego tego żelastwa – trzeba będzie radzić sobie z tym, co mamy na danej planecie. I dlatego na przykład Europejska Agencja Kosmiczna czy inne firmy eksperymentują z drukiem 3D z takich materiałów jak regolit księżycowy czy marsjański, by z lokalnego budulca wydrukować cały habitat. Byłoby to coś w rodzaju cegły w kształcie całego budynku wykonanej z materiałów, które są dostępne na miejscu lądowania. Taką cegłę księżycową będzie można zobaczyć w Centrum Nauki Kopernik podczas festiwalu Przemiany.

To jest podejście, które świetnie się sprawdzi w kosmosie. Nie trzeba będzie przewozić baz kosmicznych. Wystarczy parę robotów, które stworzą całą architekturę dostarczającą więcej przestrzeni, niżbyśmy potrzebowali – wytworzą bezpieczną, wygodną przestrzeń dla astronautów, a w przyszłości kolonistów. Wkrótce potem ta technologia wróci do nas i może dzięki niej będziemy bardziej sprawnie i ekologicznie budowali nasze domy czy odbudowywali miasta po katastrofach naturalnych, używając materiału, który już byłby dostępny w gruzowiskach czy w najbliższej okolicy.

 

Czy budowanie w kosmosie posiada jakieś inne parametry?

LO: To podchwytliwe pytanie, bo każda architektura jest kosmiczna.

 

Chodzi mi o środowisko, które nie zawiera ziemskiej atmosfery ani wody.

LO: Habitat w definicji, którą znamy z biologii, to miejsce, gdzie przedstawiciel danego gatunku ma najlepsze warunki do życia. Oczywiście habitat na Marsie czy na Księżycu musi zawierać w sobie atmosferę, musi mieć odpowiednią temperaturę, wilgoć powietrza, ciśnienie – muszą to więc być takie zamknięte mikroświaty. Na stacji kosmicznej warunki te udaje się spełnić dzięki skomplikowanej aparaturze, która zresztą ciągle huczy i między innymi dlatego wcale nie mieszka się tam zbyt dobrze – to jest jednak ogromna ilość żelastwa, która nie pozostawia wiele miejsca do życia. Na Księżycu czy Marsie będziemy mieli trochę więcej możliwości, zwłaszcza że eksperymentuje się z architekturą habitatów z podsystemami, które wchodzą w zastany habitat, tak by coraz bardziej przypominała ona nasz ziemski ekosystem, ale nieco poszerzony: na przykład woda byłaby oczyszczana przez różne algi.

 

Mimo że ma być tak jak na Ziemi, będzie zupełnie inaczej – tutaj nie dbamy na przykład o to, czy budynek jest całkowicie szczelny, czy nie.

LO: Brak atmosfery, którą musimy sobie wytworzyć, nie jest jedynym zagrożeniem – musimy mieć też dostatecznie grube ściany, żeby ochroniły nas przed promieniowaniem, czy to galaktycznym, czy flarami słonecznymi. To stanowi ogromny kłopot na Księżycu. Fakt, że misja Apollo 11 nie miała problemu z flarą słoneczną, to chyba było duże szczęście. Ze Słońcem mamy o tyle dobrą sytuację, że zawsze w miarę dokładnie wiemy, gdzie ono jest, i lecąc statkiem kosmicznym, możemy się przed nim w jakiś sposób osłonić; w takim habitacie ciągle może nas jednak uderzać ogromna fala promieniowania właściwie z każdej strony.

Potrzebujemy więc grubej warstwy ochronnej, może to być półmetrowa warstwa lodu czy regolitu. Najlepiej zejść pod powierzchnię – po 30 tysiącach lat wrócić do jaskiń, w których stworzymy sobie małe mikroświaty. Nie będzie to proste ani przyjemne, przynajmniej na początku. Ale potrzebujemy miejsca, gdzie ludzie będą mogli żyć bardzo długo – to nie będzie paromiesięczna misja jak na stacji kosmicznej, ludzie polecą tam na całe życie. Jeśli myślimy o kolonizacji, musimy też myśleć o tym, że ci, którzy będą tam żyć i się rozmnażać, muszą być zdrowi, wolni od przeróżnych chorób popromiennych.

 

Skoro mówimy już o życiu i jego trwaniu, to przez moment pochylmy się nad kwestią przemijania. Pokonanie odległości zabiera pewną ilość czasu – przestrzeń i czas są kluczowymi jednostkami, z którymi mierzymy się w kontekście podróży w kosmos. Jak można obłaskawić te dwa parametry, by nasza obecność w kosmosie była bardziej swobodna?

LO: Napisałem ostatnio z dr Agatą Kołodziejczyk tekst o subiektywnym poczuciu czasu – w naszym rozumieniu czas albo się dłuży, nudzi nam się, albo nam się nie nudzi i leci bardzo szybko. Co się dzieje na takiej długiej misji kosmicznej, skoro na przykład na Marsa w najprostszym i najszybszym scenariuszu ludzie będą lecieli 250 dni, zamknięci w małej aluminiowej puszce?

 

Kiedy dziś myślimy o 250 dniach spędzonych w rakiecie, wyświetla nam się to jako horror, ale jednocześnie Krzysztof Kolumb czy Amerigo Vespucci nie takie rzeczy robili na swoich małych statkach, pływając w poszukiwaniu nowych lądów. Mała powierzchnia, bardzo długi czas – to już było.

LO: No tak, ale oni przeżywali to w sposób traumatyczny.

 

 Tu będzie inaczej?

LO: Trzeba opracować systemy, które pozwolą tym astronautom wrócić bez traumy, albo przynajmniej ją zminimalizować. To wszystko brzmi strasznie, kiedy mówimy o wielkich nadziejach ludzkości i nagle dochodzimy do traumy pierwszych odkrywców. Ale człowiek jest najbardziej newralgicznym punktem każdej misji załogowej i jeżeli się załamie psychicznie, to cała misja bierze w łeb. Dlatego obecnie prowadzi się wiele badań nad izolacją ludzi w małych zamkniętych pomieszczeniach, czyli właśnie w takich symulacjach misji marsjańskich. Na tym polegał na przykład eksperyment Mars500 w Moskwie, gdzie załogę złożoną z sześciu osób zamknięto na 500 dni, symulując całą misję, czyli 250 dni lotu na Marsa, miesiąc na Czerwonej Planecie i potem powrót.

 

I co się stało?

LO: Przeżyli, nawet całkiem zadowoleni. To było bardzo dobrze przygotowane badanie, ale jednak dwa lata z życia mają z głowy.

 

Jakby tak robić takie eksperymenty w krajach, w których źle się dzieje, to każdy zamknięty w takich warunkach pasażer byłby zadowolony.

LO: To akurat był bardzo międzynarodowy zespół, składał się z dwóch albo trzech Rosjan, Chińczyka i Brazylijczyka. Podobne próby prowadzi się w Stanach Zjednoczonych, Europejska Agencja Kosmiczna też takie planuje. W Polsce również powoli staramy się wdrażać takie misje, tworzymy swoje małe zamknięte przestrzenie, gdzie będziemy testować, jak ludzie współpracują ze sobą, jak sobie radzą ze stresem odizolowania i jak zarządzają czasem, a docelowo jak my możemy zarządzać ich poczuciem czasu.

 

Zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Zarządzanie poczuciem czasu?

JB: Astronauci analogowi z misji MDRS w Stanach Zjednoczonych stwierdzili, że największym problemem była dla nich komunikacja. Mars znajduje się średnio kilkanaście minut świetlnych od Ziemi, co oznacza, że światło między nami a Marsem leci kilkanaście minut. Gdybyśmy więc chcieli rozmawiać z załogą na przykład przez Skype’a albo na innym czacie, czy nawet mailowo, musielibyśmy poczekać, aż wiadomość z naszej strony wyleci w ich kierunku, doleci tam, parę minut po tym, jak wyląduje na Marsie, zostanie odczytana, potem ta osoba przygotuje odpowiedź, wyśle ją do mnie, ja znów spędzę chwilę, odpowiadając, i tak dalej. Najwygodniej byłoby porozumiewać się tylko i wyłącznie za pomocą wiadomości tekstowych, takiego bardzo opóźnionego czatu. Kolejny problem polega na tym, że nawet gdybyśmy chcieli skajpować z Marsem, to trudno przesyłać tak dużą ilość informacji, jaką jest nagranie wideo. Priorytetem byłyby dane badawcze i naukowe, a nie prywatne filmy.

Jest taka strona Deep Space Network Now, która świetnie pokazuje, jak wygląda na żywo komunikacja oparta na swego rodzaju „międzyplanetarnym internecie” w Układzie Słonecznym. Możemy tam zobaczyć, z jakimi statkami kosmicznymi i z którego miejsca na świecie komunikują się obecnie anteny. Spojrzę na przykład na Goldstone w Stanach – dziś największa antena podłączona jest do misji Cassini, która orbituje dookoła Saturna, 1,37 miliarda kilometrów od nas. W tej chwili antena ściąga dane, czyli słucha tego, co Cassini nadaje. Tu jest napisane, że round-trip light time, czyli czas potrzebny światłu na dotarcie do Saturna i z powrotem, to prawie trzy godziny. Widzę też, że na przykład w Madrycie jest stacja, która nadaje i odbiera informacje z Mars Odyssey, czyli sondy latającej dookoła Marsa – w tym przypadku round-trip light time to 41 minut.

 

Czyli szybkie reakcje są raczej wykluczone.

LO: Przez to problem odizolowania tych ludzi jeszcze się pogłębia. Architekci i inżynierowie starają się więc stosować różne sztuczki, żeby im pomóc. My skupiliśmy się na przykład na opisaniu, jak można nadać trochę bardziej naturalny cykl mijającym dniom – jak sterowanie światłem sygnalizuje, że jest ranek, środek dnia, że zbliża się wieczór, noc. Mamy naturalny tryb dobowy, więc taka regulacja bardzo pozytywnie wpływa na ludzką psychikę. Przy okazji człowiek powinien być stymulowany falami elektromagnetycznymi odpowiedniej długości – żeby nasze ciało doświadczało tego, czego doświadczałoby na Ziemi, w takim oświetleniu powinno być i światło UV, i podczerwone, i barwa niebieska. Nie można lekceważyć znaczenia światła słonecznego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obecnie na statkach kosmicznych testowane są takie systemy oświetlenia, ale póki co nie jest to system zintegrowany.

 

Andy Gracie, Drosophilia titanus, od 2011

 

A jakie znaczenie ma dla ludzi przebywających w przestrzeni kosmicznej kontakt z przyrodą, z zielenią?

LO: Obecnie każde żywe stworzenie na stacji kosmicznej jest traktowane jak kolejny członek załogi. To jest dość romantyczne, ale też bardzo pragmatyczne, bo w przyszłości od tych właśnie stworzeń – zwierząt i roślin – będzie zależał los ludzi. Może loty w kosmos to paradoksalnie jest sposób, żeby ludzie zbliżali się do natury, mimo że oddalają się od swojego naturalnego habitatu?

RK: W tym kontekście warto wspomnieć o projekcie badawczym Wiegera Wamelinka, ekologa i astrobiologa z Uniwersytetu w Wageningen, który odwiedzi w tym roku festiwal Przemiany. Przeprowadza on eksperymenty nad uprawą roślin na glebie księżycowej i marsjańskiej (a w zasadzie na ich substytutach, ziemskich odpowiednikach o zbliżonym składzie chemicznym). Sadzi ziemniaki, bazylię, rukolę, pomidory i inne gatunki, z których robione są potem obiady dla osób wspierających projekt poprzez crowdfunding. Badania Wiegera mają znaczenie nie tylko dla naszej przyszłej obecności na Marsie czy Księżycu – mówią też dużo o aktualnej wydolności ekologicznej Ziemi. Okazuje się, że w doświadczeniach kontrolnych próbki ziemskiej gleby zawierają czasem więcej metali ciężkich niż próbki gleby marsjańskiej czy księżycowej.

LO: Dotykasz bardzo ciekawego tematu: lecąc na takiego Marsa, jedyne, co możemy zrobić, to przystosować Marsa do siebie, przystosować kapsuły do naszych potrzeb. Jesteśmy w stanie symulować na statku kosmicznym dzień i noc, bo tak działa nasz zegar biologiczny – ale spójrzmy na sprawę w odwrotny sposób: skoro jesteśmy w stanie hodować ziemniaki w ziemi marsjańskiej, to może i ludzie są w stanie dostosować się do cyklu marsjańskiego dnia, używając właśnie zmian w swoim systemie dnia i nocy? Lecąc powoli na Marsa, mogliby coraz bardziej dostosowywać się do marsjańskiej doby, która jest o 40 minut dłuższa.

JB: Z tego, co wiem, na Ziemi jest już grupa ludzi, która dostosowała się do marsjańskiego rytmu. Są to pracownicy NASA obsługujący łaziki marsjańskie, którzy żyją według tak zwanych soli. Jeden sol to jeden dzień na Marsie, odrobinę tylko dłuższy od ziemskiego. Co ciekawe, ponieważ łaziki znajdują się w różnych miejscach na Czerwonej Planecie, są grupy ludzi, którzy żyją według różnych marsjańskich stref czasowych – i co jeszcze ciekawsze, bardzo im się to podoba. NASA zrobiła badania wpływu rytmu marsjańskiego na efektywność i stan emocjonalny swoich pracowników. Pewnie nie powinno nas to dziwić: okazało się, że ludziom bardzo podoba się, gdy dzień jest o 40 minut dłuższy.

Ludzie funkcjonujący w trybie soli powoli rozsynchronizowują się jednak z innymi ziemianami, powoli przechodzą na tryb nocny, a potem wracają do trybu dziennego. Stworzyli nawet dookoła tego swój własny język: na przykład na Ziemi po angielsku na dzisiaj mówi się today, ale na Marsie to nie ma sensu, więc nazywa się to tosol, tak samo mamy yestersol i tomosol. Najbardziej podoba mi się słowo soliday oznaczające dzień wolny.

 

Interesująca jest kwestia flory bakteryjnej i grzybów, których nośnikiem jest człowiek – to jasne, że jesteśmy zamieszkani przez rozmaite organizmy. Czy to jest jakoś brane pod uwagę?

JB: W eksploracji Marsa i innych planet to duży problem. A to z tego względu, że gdybyśmy kiedyś odkryli tam życie, chcielibyśmy mieć pewność, że nie przywieźliśmy go ze sobą. Międzynarodowe ustalenia między agencjami kosmicznymi definiują sposób przygotowania misji kosmicznej przed wysłaniem jej na ciało niebieskie, gdzie spodziewamy się, że mogłoby istnieć życie. W takim wypadku należy dokonać specjalnej dekontaminacji, czyli zniszczenia wszystkich ziemskich mikrobów na pokładzie misji kosmicznej. Robimy to, żeby uzyskać pewność, że po wylądowaniu na innej planecie nasze drobnoustroje nie rozniosą się tam wraz z wiatrem i nie zdominują lokalnej fauny i flory, jeżeli takowa istnieje.

Są takie miejsca na Marsie, gdzie spodziewamy się istnienia wody, a więc potencjalnie także jakichś form życia. Według ustaleń międzynarodowych naszym sondom obecnie w ogóle nie wolno tam lądować, niezależnie od stopnia dekontaminacji. Dopóki nie będziemy pewni, że uda nam się ustrzec te cenne obszary przed przesiedleniem życia z Ziemi, na razie się do nich na wszelki wypadek nie zbliżamy. Tworzymy rezerwaty na Marsie – dosłownie.

RK: Chyba właśnie na tym polega wyjątkowość naszego gatunku – tworzymy rezerwaty na Marsie, zanim jeszcze pierwszy człowiek postawił na nim stopę. W ten sposób humanizujemy przestrzeń kosmiczną. Planujemy zrównoważone habitaty, uprawę ziemniaków na Księżycu czy orbitujące wokół Ziemi hotele. Wszystko, o czym tu rozmawiamy, pokazuje, jak bardzo kosmos pobudza naszą wyobraźnię. Ale mam poczucie – i po to też robimy w tym roku Przemiany – że pewne tematy są odsuwane na bok. Na razie koncentrujemy się na tym, jak wysłać bezpiecznie człowieka na inną planetę czy asteroidę. Ale jako kto tam polecimy? Jako wysłannicy prywatnej firmy czy obywatele jakiegoś państwa? A może w przestrzeni bez granic nie obowiązują nas już żadne podziały i możemy tworzyć swoją tożsamość od zera? Czy komercjalizacja kosmosu jest szansą na nowe, egalitarne społeczeństwo, czy wręcz przeciwnie – przyniesie nam dystopijną korpodyktaturę?

Na razie wygląda to tak, że badamy działanie wiertła w mikrograwitacji i cieszymy się z jego skuteczności, ale za mało miejsca poświęcamy refleksji nad tym, kto z tego wiertła skorzysta. Na tegorocznych Przemianach rozmawiać będziemy między innymi o prawie kosmicznym. Międzynarodowy Traktat o Przestrzeni Kosmicznej z 1967 roku, który stanowi, że ciał niebieskich nie można posiąść na własność, a ich eksploracja ma służyć dobru ogółu, odnosi się jedynie do państw. Natomiast kwestia udziału inicjatyw prywatnych pozostaje dla wielu niejasna. Tym bardziej, że w 2015 roku Barack Obama podpisał tak zwany Space Act[10], który jeszcze bardziej komplikuje sytuację – zgodnie z nim teoretycznie każdy obywatel USA, który poleci na asteroidę i wydobędzie jakieś surowce, jest ich właścicielem. Kosmos stanie się za chwilę Dzikim Zachodem.

LO: Już to, co się dzieje wokół start-upów i firm, nosi znamiona gorączki złota.

JB: I zaczyna się wokół tego toczyć dyskusja. Europejska Agencja Kosmiczna zorganizowała w zeszłym roku pierwszą na Starym Kontynencie debatę dotyczącą między innymi tego, kto ma prawo własności w kosmosie, czy w ogóle takie prawo powinno obowiązywać, czy chcemy prowadzić badania kosmosu i czy powinni tam latać ludzie. W każdym kraju odbyły się lokalne debaty. Miały charakter obywatelski, czyli wychodziły poza grono ekspertów. Uczestniczyłem w jednej z nich – rozmowa dotyczyła na przykład tego, co by było, gdyby jakaś wielka korporacja postanowiła wydobywać paliwo na pobliskiej asteroidzie i można by było udostępnić je wybranej agencji kosmicznej w zamian za prawo własności do tej asteroidy. Pytanie: czy my – jako Polacy lub Europejczycy – zgodzilibyśmy się na to, żeby prywatne firmy posiadały asteroidy, czy może wolelibyśmy, by takie asteroidy przechodziły pod władzę ONZ, a może krajów, lub wręcz zupełnie innych, nowych rodzajów organizacji? Wyniki tej debaty były bardzo ciekawe – są dostępne w Internecie, można porównać, jak odpowiadali ludzie w różnych krajach. Padło na przykład pytanie o to, jak duże jest przyzwolenie na komercyjne wykorzystanie przestrzeni kosmicznej, i okazuje się, że Polacy w porównaniu do średniej europejskiej są znacznie bardziej otwarci na komercjalizację kosmosu. Nie jesteśmy za to fanami załogowych lotów kosmicznych.

RK: W toczącej się obecnie dyskusji pojawiają się głosy, że program Apollo, ze swoją pozytywistyczną wizją eksploracji, pogrzebał nadzieje na szybką kolonizację kosmosu. Dopiero perspektywa zysku, przeliczonego na pieniądze, może wywołać realną zmianę. W tym kontekście Space Act zatwierdzony przez amerykański Kongres to dla prywatnych inwestorów prawdziwy dar niebios.

LO: Europejska inicjatywa Moon Village to zaproszenie do międzynarodowej współpracy – coś, co może okazać się trwałym wynikiem pewnego projektu. Czyli nie wyścig, tylko praca u podstaw.

JB: Tylko czy to zadziała? Wobec wizji wioski kosmicznej zdania są podzielone. Z założenia agencje kosmiczne miałyby wybudować tam infrastrukturę, dostarczyć prąd, tlen, może wodę, habitaty – takie podstawowe rzeczy. Z kolei firmy mogłyby korzystać z tej infrastruktury, posiadać swoje działki, prowadzić inwestycje – w tym wydobycie surowców, które da się przerobić na paliwo rakietowe i sprzedawać innym.

W tematyce kosmicznej piękne jest to, że w wyzwaniach, jakie widzimy w kosmosie, odbijają się problemy, które mamy na Ziemi. Zastanawiając się nad tym, kto powinien posiadać dostęp do tlenu, kto powinien budować infrastrukturę, a kto powinien ją posiadać, tak naprawdę zadajemy sobie pytanie o prawo własności i zakres odpowiedzialności władz w ogóle – również tu, na Ziemi. Kiedy myślimy o budowaniu księżycowej wioski albo o zasiedlaniu innych planet, mamy komfort czystego myślenia. Jak chcielibyśmy zbudować nasz świat, gdybyśmy mieli go teraz wybudować od zera?

RK: Podczas festiwalu zaprosimy warszawiaków do udziału w I Kongresie Marsjańskim, czyli do wspólnej dyskusji, w której przyjmiemy hipotetyczną sytuację: oto koloniści na Marsie dochodzą do etapu samowystarczalności i muszą zdecydować o swojej przyszłości. Będziemy próbowali prześledzić całą drogę, jaką człowiek musiał pokonać, żeby dojść do takiego momentu w historii. Przeanalizujemy kwestie dotyczące transportu, budowy habitatów, produkcji żywności, wydolności organizmu na obcej planecie, a także – co w kontekście tegorocznej edycji jest dla nas szczególnie ważne – kwestie związane z prawem i organizacją społeczną. Głównym partnerem Kongresu będzie Stowarzyszenie Polskich Profesjonalistów Sektora Kosmicznego.

 

Czym się zajmuje to stowarzyszenie?

RK: To grupa wybitnych inżynierów i naukowców zaangażowanych w rozwój tego sektora. Wielu z nich prowadzi z sukcesem własną działalność lub pracuje dla najważniejszych agencji kosmicznych. Wspólnie tworzą inicjatywę edukacyjną i doradczą.

 

Zgłaszam postulat większej interdyscyplinarności…

RK: I tak właśnie będzie. Na festiwalu Przemiany oprócz speców od nowych technologii i astronomów pojawią się też psychologowie, filozofowie oraz projektanci i artyści. W końcu sieciowanie ekspertów to nasza specjalność. Poza wystawą, koncertami i warsztatami festiwal obejmie także bogaty program wykładów i paneli dotyczących sztuki, dizajnu, architektury, medycyny i prawa w kosmosie – o tym wszystkim dyskutować będziemy w interdyscyplinarnych zespołach.

JB: Bardzo słusznie, w końcu wszyscy jesteśmy astronautami na statku kosmicznym „Ziemia”!

 

Cristina de Middel, JAMBO z cyklu Afronauci (The Afronauts), 2012

 

 

Biogramy:

Jakub Bochiński – doktoryzował się w dziedzinie astronomii obserwacyjnej na Open University w Wielkiej Brytanii. W ramach badań naukowych odkrył wiele nowych planet poza Układem Słonecznym, przyczyniając się do lepszego zrozumienia tego, jak powstała Ziemia. Obecnie pracuje jako kierownik edukacji w Centrum Nauki Kopernik, gdzie między innymi nadzoruje prace biura ESERO Europejskiej Agencji Kosmicznej. W przeszłości pracował i studiował na University College London, biorąc udział w badaniach prowadzonych w Instytucie Początków Wszechświata, Centrum Badań Planetarnych i w Obserwatorium Uniwersytetu Londyńskiego. Prowadził wykłady w ramach takich wydarzeń jak BBC Stargazing Live, European AstroFest, International Astronomy Show, Royal Society Summer Exhibition, Famelab Poland i TEDx Kazimierz. Jest założycielem Fundacji Polonium oraz Stowarzyszenia Rzecznicy Nauki.

Leszek Orzechowski – Kosmiczny Architekt, założyciel firmy Space is More skupiającej się na zagadnieniach załogowych lotów kosmicznych. Doktorant na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej.

Rafał Kosewski – kulturoznawca, dramaturg, menadżer kultury. Od 2011 roku związany na stałe z Centrum Nauki Kopernik, gdzie pełni funkcję kuratora festiwalu Przemiany – jednego z najważniejszych w Polsce wydarzeń poświęconych twórczym relacjom nauki i sztuki. Doktorant w Instytucie Kulturoznawstwa Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS.

 

O FESTIWALU

Przemiany to festiwal poświęcony twórczym relacjom nauki, nowych technologii i sztuki, organizowany przez Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Jego podstawowym zadaniem jest pobudzanie debaty publicznej na temat przyszłości, której znamiona dostrzegamy już dzisiaj.
Tegoroczna edycja Przemian pod hasłem „Czyj jest kosmos?” podejmuje temat eksploracji przestrzeni kosmicznej w kontekście nowych modeli ekonomicznych, społecznych oraz technologii, które już przygotowują grunt pod takie projekty jak wydobycie surowców na asteroidach czy zasiedlenie Marsa. Zdobycie Księżyca w latach 60. XX wieku i późniejsze misje badające planety oraz przestrzeń Układu Słonecznego udowodniły, że leży to w zasięgu ludzkich możliwości. Pozostają jednak pytania: Czy rozwój przemysłu kosmicznego prowadzi do demokratyzacji w dostępie do technologii i budowy nowych form życia społecznego? W jakim stopniu wiedza z misji badawczych przekłada się na korzyści dla ogółu? Czy planowane misje doprowadzą do zrównoważonej współpracy, czy też spowodują wyścig polityczno-ekonomiczny? Jak innowacje w kosmosie zmieniają nasze codzienne życie na Ziemi? Kiedy zyskamy niezbędną wiedzę i narzędzia umożliwiające zasiedlanie obcych planet? Czy beneficjentami tych programów kosmicznych będą tylko nieliczni? Jak funkcjonuje prawo własności w kosmosie? Zadając te pytania, chcemy zainicjować rzeczywistą debatę na temat ludzkiej obecności poza bezpiecznym ziemskim habitatem.

Na program tegorocznych Przemian składają się: wystawa zbiorowa Powrót na Księżyc prezentująca badania naukowe, projekty technologiczne oraz prace z pogranicza sztuki i nauki, dizajnu i architektury, I Kongres Marsjański – debata dla szerokiej publiczności w formie odwróconej kawiarni naukowej, analizująca różne problemy związane z obecnością człowieka poza Ziemią, a także wykłady, panele dyskusyjne z naukowcami, artystami, projektantami i dziennikarzami, zamknięte warsztaty dla specjalistów i branży kreatywnej, OpenLAB z ekipą konstruktorów łazików marsjańskich oraz pokazy filmowe, których partnerem jest prestiżowy festiwal filmów poświęconych nauce Imagine Science. We współpracy z Europejskim Biurem Edukacji Kosmicznej ESERO zaplanowano całodniowy program wydarzeń dla nauczycieli i uczniów liceów poświęcony zawodom przyszłości – Przemiany Młodych. W programie są także Przemiany Live!, czyli plenerowy koncert muzyki elektronicznej. Wystąpią między innymi Andy Stott, Demdike Stare, HMOT, Astma i Foql.

14–17.09, Centrum Nauki Kopernik, Warszawa

www.festiwalprzemiany.pl