Okładka książki Filipa Springera "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast", wyd. Karakter, 2016

CORAZ BARDZIEJ NIEWIDZIALNE

Technokraci popkultury posługują się przymiotnikiem, który bardzo dobrze pasuje do nowej książki Filipa Springera, a mianowicie: high-concept. Dzieło jest high-concept, jeśli opiera się na pomyśle, który pobudza wyobraźnię, a przy tym daje się krótko i atrakcyjnie opowiedzieć, bez konieczności brnięcia w mgliste niuanse. Anegdoty o takich utworach szybciej migrują pomiędzy człowiekiem a człowiekiem, dzięki czemu opowieść lepiej się sprzedaje

 

Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast jest typową książką high-concept. Może nawet: książką konceptualną. Proste hasło „reportaż z byłych miast wojewódzkich” kusi perwersyjnym gestem podporządkowania się autora arbitralnym dekretom administracyjnym sprzed dziesięcioleci. Zachęca abstrakcyjnym rozmachem i emocjami w stylu gonzo. Brałem udział w długich i owocnych dyskusjach na temat tej książki, których uczestnikom (w tym mnie) w ogóle nie przeszkadzała nieznajomość tekstu. Samo hasło wywoławcze wystarczało do wzbudzenia moralnej, warsztatowej i estetycznej debaty, której puenta brzmiała zazwyczaj: „Ale pomysł – dobry!”.

Od tamtej pory zdążyłem Miasto Archipelag przeczytać – bez przyjemności i chyba niepotrzebnie. Większość książek high-concept ma jeden możliwy do przewidzenia defekt: im łatwiej dają się opowiedzieć, tym trudniej dają się napisać. Często spalają się w samym pomyśle. Oszałamiający koncept rozbłyskuje jak fajerwerk, a my po paru chwilach zostajemy z kupką popiołu i pustą kartonową tubką. Książka Springera nie stanowi wyjątku od tej prawidłowości. Autor najwyraźniej wiedział, że porywa się na rzecz karkołomną. Napisał we wstępie, że opisywanych przez niego miast „nie da się połączyć jedną linią”. Że w związku z tym „postanawia je podzielić na grupy i połączyć okręgami”. I że „wychodzi tak sobie”. No cóż. Faktycznie. Z tej książki – z trudem pozszywanej w całość – emanuje ból autora zmuszonego generować tekst z niczego, z szumu powstałego w wyniku spędzenia trzech dni – zgodnie z harmonogramem projektu – w dwudziestym siódmym obcym mieście. Opowieść meandruje w bezskutecznym poszukiwaniu celu, balansując między zawieszonym w próżni szczegółem a wątpliwym uogólnieniem. Przy czym ten drugi element zyskuje na znaczeniu wraz ze zbliżaniem się do puenty. O ile przedmowa skupia się na wspomnianej powyżej „niemożności połączenia”, o tyle w epilogu Springer nazywa powołany przez siebie do życia chaotyczny korowód twarzy, nazw i krajobrazów – Miastem, zupełnie w duchu XIX-wiecznego podróżnika, który chętnie cały świat na wschód od Bosforu nazywał Orientem. Nie ma Orientu. Nie ma Miasta. Jest tylko zagubione spojrzenie oszołomionego turysty.

 


Bielsko-Biała, fot. Filip Springer


Płock, fot. Filip Springer


Łomża, fot. Filip Springer


Skierniewice, fot. Filip Springer


Leszno, fot. Filip Springer


Piotrków Trybunalski, fot. Filip Springer


Koszalin, fot. Filip Springer

 

Filip Springer, Miasto Archipelag, Karakter, Kraków 2016