fot. Justyna Chmielewska

Chaos Warszawa. Fragment

„Chaos przestrzenny" jest jednym ze słów kluczowych debaty o polskich miastach. Boleją nad nim nie tylko urbaniści, ale też raperzy. Ale o czym tak naprawdę mówimy, gdy mówimy o „chaosie"? Na to pytanie odpowiada Joanna Kusiak, socjolożka i badaczka miast z Uniwersytetu w Cambridge. Okazuje się, że polski chaos przestrzenny jest świetnie zorganizowany, a jego źródeł należy szukać nie tylko w planowaniu przestrzennym. Poniżej prezentujemy fragment książki, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Bęc Zmiana.

O „CHAOSIE PRZESTRZENNYM”

„Chaos” stał się w ostatnich dwóch dekadach jednym ze słów kluczowych naszych debat o mieście. Nad „chaosem przestrzennym” załamują się urbaniści, aktywiści społeczni, dziennikarze i politycy. Poważne ministerialne raporty porzucają suchy urzędniczy ton by ostrzegać nas przed „patologią, alienacją, frustracjami i konfliktami”[1] których źródłem jest chaos. „Urbanistyczny chaos” pojawia się nawet w polskim hip-hopie. Szczególnie w Warszawie chaos – jak twierdzi filozof Andrzej Leder – „przedziera się do samego środka duchowego życia”[2].. Ale o czym tak naprawdę mówimy, gdy mówimy o chaosie?

(…)

„Chaos” nie jest pojęciem krytycznym. Choć przez skojarzenie z teorią chaosu ma naukową otoczkę, „chaos przestrzenny” nie spełnia wymogów pojęcia naukowego. Mimo to, „chaos” ma istotną funkcję parakrytyczną: jest pojęciem-skargą. Szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej narzekanie jest – jak podkreśla filozof Aaron Schuster – prawomocnym trybem poznania, o długiej i bogatej tradycji.[3] Jego potencjał zawiera się w epistemologicznym naddatku: prawdziwe narzekanie zawsze wykracza poza swój bezpośredni przedmiot, stając się skargą na całość kondycji narzekającego podmiotu. Również rytualne narzekania na panujący w Warszawie „chaos”, także te artykułowane w języku akademickim, zawsze odnoszą się do czegoś więcej niż do kwestii miejskiej estetyki czy logistyki. Dobrze ilustruje to dyskusja o brzydocie polskiej przestrzeni prowadzona na jednym z forów internetowych, tak podsumowana przez jednego z jej uczestników: Tak na serio to będzie w Polsce całkiem fajnie pod względem wizualnym za jakieś 10 lat. Chaos będzie nadal po prostu okropny, ale dużo bardziej zadbany. No właśnie – nawet jeśli na powierzchni miasto jest stopniowo modernizowane i uładzane, nie wierzymy, że systemowy „chaos” ustąpi. Dyskusje o chaosie zawsze zawierają w sobie dyskretną aluzję, że w sposobie, na jaki zorganizowane jest nasze miasto – w relacji pomiędzy przestrzenią a władzą – coś jest generalnie nie w porządku. „Chaos” jest więc skargą na polityczno-ekonomiczny system wytwarzania przestrzeni.

(…)

Słowo „chaos” pełni jednak funkcję symbolicznej protezy. Wskazuje na potrzebę systemowej analizy, samo nigdy jej nie dostarcza. „Chaos” jest fantazmatycznym wytrychem, który daje nam – wspólnocie mieszkańców – złudne poczucie systemowej krytyki. Równocześnie jednak utrzymuje nas na pozycji poznawczej (a więc i politycznej) bezradności. W tym sensie „chaos” jest inteligencką, salonową wersją teorii spiskowej.

Klasyczne teorie spiskowe zwykle wulgarnie upraszczają systemową całość, redukując złożoność problemów do jakiejś jednej przyczyny lub grupy społecznej (przyjezdnych lub rowerzystów). Tymczasem „chaos” działa odwrotnie – fetyszyzuje nieskończoną złożoność przyczyn sugerując, że ich systematyczne pojęcie w ogóle nie jest możliwe. „Chaos” pobrzmiewa bezgranicznym rozgardiaszem, który wyzwala nas od wysiłku analizy. Dlatego niezwykłą popularność tego pojęcia postrzegam zarazem jako symptom miejskiej alienacji i wezwanie do mapowania poznawczego – do mapowania systemowych porządków, które organizują chaos-Warszawę.

O BIAŁOŁĘCE I TZW. SŁOIKACH

Aby zrozumieć burzę wokół określenia „słoiki” należy wziąć pod uwagę, że pojawiło się ono jako epitet dopiero około 2012 roku. Ani symboliczny antagonizm na linii starzy – przyjezdni, ani przywożenie weków nie są niczym nowym. Natomiast właśnie ok. 2012 roku, czyli po pełnym cyklu boomu i kryzysu na rynku mieszkaniowym, rozlewanie się miasta na przedmieścia osiągnęło punkt krytyczny, wyznaczony już nie tylko porannymi korkami, ale wszelkiego rodzaju problemami z infrastrukturą: brakiem miejsc w szkołach i przedszkolach, niskim ciśnieniem w rurach wodociągowych, problemami z siecią elektryczną. Wtedy też pewne obszary Warszawy zaczęły być piętnowane jako „dzielnice przyjezdnych”. Dlatego spór o „słoiki” nie dotyczy wcale tożsamości czy kultury. Jest sporem o wizję sprawiedliwości przestrzennej w mieście, i w tym sensie dopiero się zaczyna.

Białołękę można czytać jako najczystszą krystalizację polskiego kapitalizmu w przestrzeni. Jej rozległe, niezabudowane tereny dały (dosłownie!) pole do popisu różnorodnym siłom kształtujących polską przestrzeń w czasie transformacji. Przeszłe i obecne polityki mieszkaniowe, programy prywatyzacji mieszkań i przedsiębiorstw, deregulacja rolnictwa czy przelewanie się zachodnioeuropejskiego kapitału na wschodnioeuropejskie peryferia – wszystkie te procesy można wygodnie prześledzić w przestrzeni Białołęki. W krajobraz Białołęki wpisane są także osobiste historie i strategie sukcesu nowej klasy kapitalistów, dla których ziemia stała się narzędziem akumulacji kapitału.  Z jednej strony są to (byli) rolnicy, którzy – zyskując demokratyczny mandat – w podręcznikowy wręcz sposób wypełnili kapitalistyczny ideał zarządzania gminą jak przedsiębiorstwem. Z drugiej strony są to rodzimi deweloperzy, którzy z białołęckiej ziemi stopniowo wyciskali kapitał pierwotny. Jego część później trafiła na giełdę lub trafiła do portfolio międzynarodowych korporacji. Natomiast to, że kapitału dało się z Białołęckiej ziemi wycisnąć tak dużo, zawdzięczamy drastycznej niekompatybilności pomiędzy logiką przestrzenną globalizacji, a logiką gospodarki przestrzennej w Polsce – zjawisku, który nazywam transformacyjnym mezaliansem skal.

(…)

 W czasach, gdy Białołęka była samodzielną gminą, rządziła nią koalicja „Gospodarność”, złożona przede wszystkim z białołęckich autochtonów. Ponieważ po deregulacji rolnictwa uprawa ziemi stała się niemal nieopłacalna, ich celem było uwolnienie ziemi pod zabudowę, tak, by zyskała ona wartość rynkową. Nowe władze gminy wykorzystały nie tylko władztwo planistyczne, ale i siłę rolniczych sieci społecznych do tego, by aktywnie reinterpretować przepisy. Były burmistrz Jerzy Smoczyński w ten sposób opowiadał mi o swojej strategii budowania pierwszych domów na terenie dzisiejszej Zielonej Białołęki:

Ja wtedy wymyśliłem taki zapis, żeby można było zrobić zabudowę wzdłuż istniejących dróg. Ale co to znaczy „istniejąca droga”? Istniejąca droga to jest ta, która istniała przed wejściem w życie uchwały, czy nie? Tego nie było zapisanego w planie, więc ja instruowałem ludzi, co mają robić. Wziąć geodetę, podzielić hektar ziemi na działki nie mniejsze niż 1500 metrów, wydzielić drogę i drogę przekazać gminie. Na początku ludzie mówili, że kradnę im ojcowiznę, ale później zobaczyli, że za ten hektar ziemi, który podzielili na ileś działek i wydzielili drogę, biorą trzy razy tyle, co by wzięli za hektar ziemi w całości. No to zaczęli to robić i poszła lawina.

Takie działania były wtedy postrzegane jako przedsiębiorczość i promowane przez system. Białołęka zbierała wtedy nagrody jako jedna z najlepiej zarządzanych gmin w Polsce. (…)

                  Statystyki pokazują, że w 2010 roku ok. 40 procent wszystkich mieszkań kwalifikujących się do rządowego programu dopłat do kredytu znajdowało się na Białołęce – a także że 80 procent wszystkich nowowybudowanych białołęckich mieszkań kwalifikowało się do tych programów. Szczególnie młode rodziny z dziećmi, którym zależało na nieco większej powierzchni mieszkania, jeśli chciały pozostać w granicach administracyjnych Warszawy, praktycznie musiały wybrać Białołękę. To, że mieszkania na Białołęce były tańsze, nie oznaczało jednak, że kupujący je robili lepszy interes. Przeciwnie: cena za metr kwadratowy mieszkania na Białołęce skrywa dodatkowe koszty infrastrukturalne. Z kolei wysokie marże deweloperske odzwierciedlają strategię polskich deweloperów, którzy – jako peryferyjni gracze – próbowali się włączać w globalną gospodarkę. Utworzone w latach 90. i 2000. polskie firmy deweloperskie są w porównaniu ze swoimi zachodnimi odpowiednikami wyraźnie niedokapitalizowane. Wysokie narzuty na ceny mieszkań były częścią strategii gromadzenia kapitału pierwotnego, który pozwoliłby im włączyć się w rynki finansowe. Ponieważ kupujący mieszkania na Białołęce nie mieli wielu alternatyw, drugą strategią gromadzenia kapitału jest oszczędzanie na standardzie. Jak wyznał mi bez ogródek dyrektor jeden z dużych warszawskich firm deweloperskich:

Można elewację zrobić, jak to moi rodzice architekci mówili, z gównobitki, a można z kamienia. Wiadomo, że na Mokotowie się nie zrobi z gównobitki, ale z kolei nie ma co robić na Białołęce elewacji kamiennej.

Po wyłączeniu dyktafonu ten i inni deweloperzy mówili również o innych strategiach oszczędzania na materiałach budowlanych (zarzekając się, że stosuje je wyłącznie ich konkurencja). Typowe miało być m.in. montowanie okien o innych parametrach technicznych niż te podane w katalogu, lub gorsza jakość izolacji. Ale niektóre techniki oszczędzania były o wiele bardziej bezceremonialne. Na przykład, na osiedlu Przyrzecze deweloper po zamknięciu inwestycji zdemontował drogę z płyt betonowych, która umożliwiała wjazd maszynom budowlanym. Po pozostałym po tej drodze błotnistym trakcie nie chciały jeździć nawet śmieciarki.

O TYM, DLACZEGO KUPCY ROSZCZEŃ WYGRYWAJĄ W SĄDACH

My wszystko wygrywamy, my wszystko możemy – powiedział działaczce lokatorskiej Ewie Andruszkiewicz Hubert Massalski, jeden z najbardziej znanych „biznesmenów reprywatyzacyjnych”. Profesjonalni kupcy roszczeń zdają się mieć w sądach przewagę nie tylko nad lokatorami, ale często nawet nad historycznymi spadkobiercami gruntów. Tak było np. w przypadku Pałacu Błękitnego. Gdy po latach rozpraw spadkobierca sprzedał roszczenia profesjonaliście, sprawa magicznie przyspieszyła, a „zwrot” dokonał się w ciągu kilku miesięcy. Tego typu historie mogą pobrzmiewać korupcją. Jednak w większości przypadków biznesmeni reprywatyzacyjni wygrywają w sądach wcale nie ze względu na patologie systemu, ale na jego strukturalne uwarunkowania.

Najbardziej kompleksowego wyjaśnienia, dlaczego kwestii dotyczących tzw. sprawiedliwości redystrybucyjnej (czyli takich jak reprywatyzacja) nie powinno się rozwiązywać w sądach dostarcza klasyczny tekst analityka prawa Marca Galantera, zatytułowany znacząco „Dlaczego bogaci zawsze wygrywają?”[4]. Galanter proponuje formalną typologię stron biorących udział we wszelkich postępowaniach sądowych. Pierwszą kategorię stanowią osoby, które w ciągu swojego życia biorą udział tylko w jednym, lub co najwyżej kilku postępowaniach sądowych – to tzw. „jednostrzałowcy”. Jednostrzałowcami w reprywatyzacji są zarówno lokatorzy jak i historyczni właściciele. Postępowania dotyczą ich osobiście, a od ich wyniku zależy bezpośrednio ich sytuacja życiowa.

Druga kategoria to „doświadczeni gracze”, którzy przez lata biorą udział w wielu podobnych do siebie postępowaniach. W reprywatyzacji są to kancelarie prawne oraz zawodowi kupcy roszczeń. Nawet jeśli w każdej z rozpraw reprywatyzacyjnych chodzi o stosunkowo duże pieniądze, wynik żadnej z nich nie zagraża bezpośrednio sytuacji życiowej doświadczonych graczy. Dlatego mogą oni sobie pozwolić na ryzyko, testując nowe techniki argumentacji. Mają też czas by budować sieci kontaktów oraz budować długofalowe strategie zmiany linii orzeczniczej. Innymi słowy, kupcy roszczeń prowadzą ciągłe litygacje strategiczne, jednak nie w interesie publicznym, ale dla własnych przyszłych korzyści. Jak tłumaczył w wywiadzie dla „Gazety Prawnej” jeden z zajmujących się reprywatyzacją adwokatów:

Niedoświadczony prawnik chce się popisać erudycją, pokazać sądowi, że jest mądry. A prawnik doświadczony chce, by sędzia najistotniejszy fragment stworzonego pisma przepisał do swojego uzasadnienia wyroku. Trzeba więc dostosować język do sędziowskich uzasadnień i nie przesadzać z dowodzeniem swoich racji.

Była rzecznik praw obywatelskich Ewa Łętowska mówi w tym kontekście o „prawniczym lobby proreprywatyzacyjnym”, które w pismach procesowych forsowało „wygodne mikrorozwiązania dogmatyczne”. Tylko dzięki przeniesieniu z parlamentu do sądów reprywatyzacja stała się zaawansowaną technologicznie, opartą na inżynierii prawnej formą akumulacji pierwotnej kapitału: ewolucyjną formą polskiego „kapitalizmu politycznego”. Dlatego twierdzę, że mamy do czynienia z podwójnym wywłaszczeniem: polityczny konflikt reprywatyzacyjny został wspólnocie politycznej ukradziony przez system sądowniczy.
 

dr Joanna Kusiak – socjolożka i badaczka miast z Uniwersytetu Wiedeńskiego, prowadzi interdyscyplinarne badania na pograniczu studiów miejskich, teorii krytycznej i socjologii prawa. W kwietniu 2018 roku rozpocznie pracę w King’s College Uniwersytetu Cambridge. Wcześniej pracowała m.in. na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Doktorat zatytułowany Chaos Warszawa obroniła na Politechnice w Darmstadt. Współredaktorka książek Chasing Warsaw. Socio-Material Dynamics of Urban Change after 1990 (2012) i Miasto-Zdrój. Architektura i programowanie zmysłów (2014). Jej nowy projekt analizuje rolę technikaliów prawa w miejskim neoliberalizmie, a także ich potencjał emancypacyjny dla ruchów miejskich w Berlinie i Warszawie. Książka Chaos Warszawa ukazała się nakładem wydawnictwa Bęc Zmiana.

Książka do nabycia w księgarni Bęc Zmiany przy Mokotowskiej 65 w Warszawie, w Hali Gwardii, a także w dobrych księgarniach miejskich w całej Polsce.

[1] Koncepcja przestrzennego zagospodarowania kraju 2030, Ministerstwo Rozwoju, Warszawa 2011, s.160 i nast.

[2] Andrzej Leder, Psychoanaliza przestrzeni miejskiej, [w:] Chwała miasta/The Glory of the City, red. Bogna Świątkowska, Fundacja Bęc Zmiana, Warszawa 2012, s. 108–109. 


[3] Aaron Schuster, The Trouble with Pleasure: Deleuze and Psychoanalysis, MIT Press, Cambridge, Mass., 2016. 


[4] Marc Galanter, Why The „Haves” Come out Ahead: Speculations on the Limits of Legal Change, „Law & Society Review” 1974, t. 9, nr 1, s. 95–160.