Zofia Rydet, zdjęcie z cyklu "Zapis socjologiczny”, 1978-1990, dzięki uprzejmości Fundacji im. Zofii Rydet

BIEDNI POLACY PATRZĄ W OBIEKTYW

Zdjęcia Zofii Rydet z cyklu Zapis socjologiczny ogląda się szalenie łatwo – i szalenie przez to trudno. Na zakończonej przed zaledwie rokiem wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie poddałam się bez walki. Studiowałam je w umiarkowanym tłumie, w lekkim amoku, w kuratorskim wyborze, dzielącym wycinek olbrzymiego zbioru na zgrabne kategorie. Za plecami szemrali mi ludzie wymieniający urywane komentarze na temat bohaterów fotografii. Straszliwe jest bowiem horror vacui galerii, muzeów i instytucji kultury. Głupio tak szurać w milczeniu, trzeba się ustosunkować i jakoś intelektualnie oznaczyć teren, ale co można powiedzieć na gorąco? Ale na szczęście to nie Spojrzenia w Zachęcie, na fotografii jest to, co widać, nieprawdaż? (Nie). W przypadku Rydet – niezbyt ładni ludzie w jeszcze brzydszych wnętrzach, urządzonych biednie, kiczowato, właściwie czy można w ogóle powiedzieć: „urządzonych”? To wnętrza zapchane, zagracone. Marzyłam, żeby zwiać od tych szeptów, obejrzeć zdjęcia w prywatności i głęboko je przeżyć.

W tym tygodniu kupiłam wydany przez Muzeum w Gliwicach album Zapis. 300 stron, 200 fotografii. I co? I przypominam sobie tych ludzi z MSN-u, twardo myśląc Świetlickim: „Moja twarz była w tym wszystkim najstraszniejsza, bo moja”. Wyrafinowane myśli wcale się nie pojawiły, pomimo studiowania znakomitego wstępu Wojciecha Nowickiego, autora wyboru. A jest to wybór srogi. O ile na warszawskiej wystawie wnętrza naznaczone chłopską nędzą jak z obrazów Gersona przeplecione były sprawnie drobnomieszczańską obfitością politur, firan i serwetek, o tyle tutaj mamy taką Konopnicką z Jankiem Muzykantem (a Rozalka skwierczy w piecu), że daty widniejące pod zdjęciami (od 1978 do 1980 roku) wydają się ewidentną pomyłką.

Nie wiem, jak patrzeć na te obrazy, żeby nie kończyć na poziomie tanich wzruszeń, które taśmowo produkuje moje – prawdopodobnie – serce, bo przecież nie zahartowana w ogniu kulturoznawstwa głowa. Mam ochotę wejść do fotografii z inteligenckimi butami, posprzątać chaty, wykąpać mieszkańców, zapytać ich, co czuli, kiedy przyjechała pani z aparatem i powiedziała, że będzie utrwalane. Wstydzili się? Byli zadowoleni, że ktoś się zainteresował? Próbowali posprzątać i udekorować, zakryć powykręcane stopy okropnymi buciorami? Na zapadniętym łóżku szczerbate, uśmiechnięte niemądrze małżeństwo. O czym rozmawiali, kiedy Rydet sobie poszła? Czy w ogóle mieli język, żeby mówić o tym doświadczeniu?

Nowicki przekonuje, że pod zniszczonymi twarzami i dziwacznymi fryzurami są ludzie tacy jak my. Nie umiem mu uwierzyć, a jednocześnie uwiera mnie własne spojrzenie, rzucające na cykl Rydet kliszę za kliszą. Zapis socjologiczny pozostaje dla mnie wyzwaniem, na razie za każdym razem wracam z potyczki na tarczy, czy może raczej na oskrobanych drzwiach chłopskiej chałupy.

 

Zofia Rydet, Zapis socjologiczny 1978–1990
Tekst i wybór zdjęć: Wojciech Nowicki
Muzeum w Gliwicach, Gliwice 2016.