Mikołaj Sobczak: Śniący patriota, 2017, akwarela na papierze

ART-TERAPIA

Subiektywny przewodnik o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach

Moja nowa terapeutka próbuje mnie nauczyć, jak rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o siebie. Mój stary role model RuPaul zwykł mawiać, że jeśli nie pokochasz siebie, to nie ma opcji, żebyś pokochał kogoś innego. W związku z tym od jakichś dwóch miesięcy ciężko pracuję nad sobą i chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, jakie to trudne. Jeszcze w 2017 roku udałam się do warszawskiego CSW na seans terapeutyczny, czyli spektakl Jeremy’ego Wade’a Between Sirens. Przedstawienie traktowało o życiu w społeczeństwie braku troski – o innych oraz o siebie. Były momenty próby, na przykład monolog aktorki opowiadającej o mikroplastiku oraz izolacji, na końcu jednak (uwaga, spojler) roztoczono przepiękną wizję świata, w którym wszyscy pomagają potrzebującym, dostarczając sobie nawzajem latte, a niemowlęta wyskakują z wózeczków, żeby robić dorosłym masaże shiatsu. Opisywany przez jednego z bohaterów spektaklu cudowny dzień kończy się wielkim orgazmem, symultanicznie przeżywanym przez wszystkich ludzi na całym świecie.

Jeremy Wade zajmuje się badaniem codziennych małych rytuałów, których praktykowanie utrzymuje nas w stanie zdrowia psychicznego. Depresja występuje wtedy, kiedy tych rytuałów nie da się w pełni wykonać. Sam Wade mówił, że jako nieprofesjonalny tancerz musiał nauczyć się działania z własnym ciałem na drodze porażek, więc niezdarność leży u podstaw jego artystycznej praktyki. To, i oczywiście przekonanie, że opieka jest sexy.

Zrozumiałam więc, że nowy rok i nowa ja potrzebujemy czegoś bardziej radykalnego. Rok 2017 nauczył mnie, że próby dialogu prowadzą donikąd, dlatego skończył się nawrotem ciężkiej depresji. Dosyć już mam tego poszukiwania pozytywów w gównie. Sztuka sztuką, ale niestety taniec nikomu jeszcze życia nie poprawił. Nie zrozumcie mnie źle, odpowiada mi fitness w sztuce, to jest super, to dobry kierunek, ale ja potrzebuję jeszcze więcej. Chciałabym, żebyśmy wszyscy jednak jakoś wspólnie przeżyli ten orgazm. Już nie chce mi się chodzić na wystawy, coraz częściej sztukę oglądam na Instagramie, i to nie tylko dlatego, że mam depresję i boję się wychodzić z domu. Instagram jest zdecydowanie bardziej radykalny, bo sięga dalej, głębiej. I mimo że ma bardzo restrykcyjne warunki użytkowania, to intuicyjnie dotyka kwestii, których sztuka w galerii poruszyć nie może, bo jest po prostu zbyt fancy.

Widzieliście serialową adaptację I Love Dick? O ile pod koniec lat 90. uosobieniem mensplikacji musiał być anglosaski intelektualista specjalizujący się w teorii mediów, o tyle dziś bardziej trafione jest przedstawienie Dicka jako artysty alfa, który po zakupy jeździ konno jak prawdziwy kowboj. A do tego od 10 lat nie przeczytał żadnej książki, bo jest post-idea. Jego dzieła to naturalnie ogromne betonowe instalacje, w muzeum zaś wystawia cegłę podpisaną własnym nazwiskiem. Główna bohaterka serialu, Chris, jest artystką, tworzy kiepskie filmy o relacjach między ludźmi. Spotkanie doprowadzi artystów między innymi do zrozumienia, że ich twórczość nie jest aż taka dobra. A cegła Dicka, przypadkowo zniszczona przez młodą artystkę praktykującą właśnie fitness w sztuce, stanie się symbolem tego, że sztuka i życie jeszcze nie mają ze sobą nic wspólnego. Odwrotnie więc niż w spektaklu Wade’a, cały świat zamiast wspólnego orgazmu przeżywa symultaniczny kryzys – w jego pierwotnym sensie, kiedy oznaczał decydujący dla życia pacjenta moment w chorobie. Nieco uwspółcześniona wersja I Love Dick aktualizuje historię, która i tak się powtarza. Dokładnie tak, jak pisała o tym Hito Steyerl w książce Duty Free Art – przyszłość może się wydarzyć dopiero wtedy, kiedy przeszłość przestanie okupować teraźniejszość.

Jedynym sensownym gestem jest wobec tego queerowanie historii. I wtedy przypomniałam sobie o obrazach Mikołaja Sobczaka, które artysta upublicznia od czasu do czasu na Instagramie. Mikołaja poznałam kilka lat temu, nie pamiętam nawet jak, pamiętam tylko, że uprawiał wtedy raczej performans niż malarstwo. Wy możecie kojarzyć go z duetem Polen Performance, który współtworzył z Justyną Łoś. Jego film STAR, pokazywany przez Polana Institute w Muzeum Geologicznym, zaczyna się od wypowiadanych przez drag queen Kim Lee słów: „Proszę państwa, teraz mamy kryzys”. Tak więc tam, gdzie większość artystów kończy, Sobczak dopiero zaczyna.

Jego sztuka, podobnie jak spektakl Wade’a, osadzona jest w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w której ludzie nie są letni, a pterodaktyle rodzą małe, pedalskie ptaszki. Radykalne działania i postawy przedstawione są jako jedyne środki prowadzące skutecznie do celu. W czasach, kiedy lewica objaśnia mi świat, Mikołaj Sobczak przywołuje herstorię zamieszek w Stonewall i zestawiając ją z nagraniami z Charlottesville z zeszłego roku, tworzy obraz nieheteronormatywnej rewolucji. Środki są podobne – skoro Foucault tak powiedział, to tak musi być – ale cele wydają się jakby lepsze, ładniejsze, bardziej kolorowe. Uprawiając malarstwo, Sobczak także queeruje historię. Na jego obrazach to drag queens zamiast przodowników pracy podają cegłę, strzelają do siebie w ramach słynnej artystycznej akcji, a w odróżnieniu od obrazów Balthusa to nie nimfetka pokazuje tu majtki, tylko dresiarz robi sobie w upalny dzień przerwę, żeby przewietrzyć jajka. Wniosek z tego taki, że nie tylko odprawianie rutynowych rytuałów czuwa na straży zdrowia psychicznego. Można pójść dalej: radykalne działania prowadzące do odzyskania przeszłości gwarantują lepszą przyszłość. Mam nadzieję dożyć tego dnia, w którym osobnicy w sukienkach w końcu położą kres dominacji białych mięśni. Nadchodzi czas próby, ale nie lękajcie się.

Kochajcie prawdziwych siebie, bo inaczej nie pokochacie nikogo innego! Tak powiedział RuPaul i tak musi być!!!

bio:
Marta Królak - absolwentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowniczka NN6T.

Tekst ukazał się w NN6T #116 w całości do przeczytania +++tutaj+++