Paweł Marcinek: "Skalpy", 2016, dzięki uprzejmości artysty

ŚMIETNIKI JAK ŚWIETLICE

Moja aktywność w przestrzeni miasta przypomina kamyk, który wpadł do buta – trochę przeszkadza i zmniejsza komfort, ale też bez przesady – mówi Paweł Marcinek, artysta pracujący ze śmieciami, w rozmowie z Joanną Glinkowską

 

W swojej praktyce twórczej wykorzystujesz opuszczone miejsca i porzucone przedmioty. Twoje Skalpy powstają z wyrzuconych mebli, budujesz też konstrukcje ze śmieci. Ingerując w krajobraz miejski, przekształcasz i wzmacniasz znaczenia. Przetwarzasz zamiast wytwarzać – na przykład tworzysz kolaże z instrukcji montowania mebli Ikea albo przekształcasz plakaty reklamowe. Mówisz o nadmiarze materii, konsumpcjonizmie, charakteryzującym także artystów, oraz o generalnym problemie nadprodukcji. Razem z Olą Szulimowską na Giełdzie Elizówka w Lublinie zrealizowaliście instalację Hiper realne wizje lokalne, która poruszała temat trudnej sytuacji sprzedawców oraz ciągłego dążenia ludzi do gromadzenia i posiadania. Mimo to twoje prace w przestrzeni miejskiej odbieram jako szelmowskie interwencje, burzące nasze przyzwyczajenia i wyrywające z codziennego letargu. Jak to jest: walczysz z kapitalistycznym światem czy puszczasz oko do odbiorców?

Myślę, że moim działaniom daleko do walki z kapitalizmem czy z czymkolwiek innym. Moja aktywność w przestrzeni miasta przypomina kamyk, który wpadł do buta – trochę przeszkadza i zmniejsza komfort, ale też bez przesady. Staram się żyć po swojemu, wyznaję wartości w dużej mierze sprzeczne z logiką współczesnej cywilizacji. Nie chciałbym nikogo klasyfikować – konsumpcjonizm to duże pudło i pewnie wszyscy w mniejszym lub większym stopniu w nim tkwimy. Zauważam jednak, że ludzie zajmujący się sztuką czasem działają w sposób dość bezrefleksyjny, w pewnym momencie dochodząc do jakiegoś rodzaju bogactwa. Budżety na realizację prac oraz honoraria znanych artystów są bardzo wysokie. Niestety ta logika rynku sztuki w żaden sposób nie przekłada się na życie codzienne ludzi, mając znaczenie jedynie artystyczne. A przecież popularność tych ludzi i ich projekty mogłyby przyczynić się do czegoś dobrego. Dzieje się jednak inaczej, bo sztuka pochłania pozostałe znaczenia, będąc nadrzędną w stosunku do wszystkiego, co ją otacza. Tak to widzę. Z mojej perspektywy staje się ona przedmiotem, który jest zamykany między białymi ścianami galerii tylko po to, żeby dobrze się sprzedał. Jak produkt w sklepie. Równie dobrze praca artystyczna mogłaby być promowana hasłem: „Każdy chce to mieć, a ty?” lub czymś podobnym.

 

Ale czy każda sztuka musi być zaangażowana? Czy odrzucasz wszystkie dzieła wyłącznie estetyczne?

Nie odrzucam wszystkich dzieł – może raczej krytycznie podchodzę do artystów, którzy je tworzą. Myślę, że osoba, posiadająca talent i potencjał, jest w stanie angażować się w coś ważnego, wychodzić poza poziom estetyki. Chodzi mi o równowagę, której zresztą sam szukam.
 


Paweł Marcinek: Skalpy 6, 2016, dzięki uprzejmości artysty

 


Paweł Marcinek: Skalpy 2, 2016, dzięki uprzejmości artysty

W cyklu Skalpy wycinasz abstrakcyjne kształty w wyrzuconych na śmietnik wersalkach, dywanach i materacach. Czy pozbawiając te przedmioty resztek ich funkcjonalności, czynisz je obiektami artystycznymi?

Byłbym ostrożny w nazywaniu ich obiektami artystycznymi. Pewnie dla kogoś są, a dla kogoś innego nie. Jeden pan, widząc, że robię zdjęcia tym śmieciom, potwierdził słuszność ich dokumentowania, bo uważał, że ktoś wreszcie powinien zająć się tym całym bałaganem. Nie zauważył jednak, że fotografuję „pracę”. To mi uświadomiło, jak bardzo moje działania pozostają niewidzialne. Zarówno w przypadku Skalpów, jak i pozostałych moich aktywności fakt, że prace zlewają się z otoczeniem, jest w pewnym sensie ich atutem. Przechodnie, a częściej użytkownicy danego terenu – w tym przypadku osiedlowych śmietników – mają możliwość wyjścia poza schemat funkcjonalności przedmiotów, nawet gdy nie widzą w tym żadnej korzyści. Poza tym sądzę, że ta funkcjonalność jest złudna. Od pewnego czasu pracuję z meblami i coraz trudniej mi o nich myśleć przez pryzmat ich użyteczności, zwłaszcza że są to przedmioty o dużych gabarytach, robione z wielu różnych materiałów, co w efekcie czyni je takimi kloco-pudłami. Pamiętam z dzieciństwa, że wszystkie meble, których się w domu nie używało, bo były brzydkie, stare czy niepotrzebne, wynosiliśmy na strych czy do piwnicy, a po kilku latach, gdy nie dało się już nic z nimi zrobić, próbowaliśmy je jakoś utylizować. Uważam, że stanowczo zbyt rzadko wymieniamy się rzeczami. Niektóre portale próbują nadrabiać ten brak, ale wciąż dzieje się to na małą skalę. W XXI wieku ludzie powinni mieć dużo większą świadomość tego, skąd biorą się te wszystkie przedmioty i gdzie trafiają po tym, jak ktoś uzna, że dokonały żywota. Nie mamy pojęcia o tym, jak wygląda obieg materii, która nas otacza. Może do szkół powinno się wprowadzić przedmiot „wiedza o produkcji”. Prawdopodobnie świadomość ludzi by wzrosła, ale za to zmniejszyłby się popyt na rzeczy, co przecież nikomu nie jest na rękę.

 

Czy myślisz także o sposobach produkcji – warunkach pracy i wyzysku?

Tak, myślę o tym wszystkim, do czego przyczyniamy się jako nieświadomi konsumenci. Nie wiem, czy jesteśmy w stanie ogarnąć ten proces w całości, a następnie rozbić go na czynniki pierwsze, bo on jest bardzo złożony. Ale fajnie byłoby, gdyby każdy starał się na tyle, na ile może, nie dokładać do tego zalewu rzeczy kolejnej cegiełki.

 

Twoje działania to odzysk czy destrukcja? Z jednej strony ponownie wykorzystujesz przedmioty porzucone, z drugiej – wykluczasz je z obiegu. Ta kwestia wydaje mi się szczególnie interesująca w kontekście mody na „ratowanie” starych mebli.

Ta moda wydaje mi się słuszna. Znam ludzi, którzy zajmują się ratowaniem starych rzeczy. Sam większość mebli mam znalezionych, zazwyczaj szukam tych drewnianych. I nie jest tak, że ingerując w wygląd tych przedmiotów, wykluczam je. Utożsamianie mojej aktywności z niszczeniem jest ograniczające. Można na to spojrzeć inaczej – pomyśleć, że taka interwencja może na korzyść zmienić czyjeś podejście do gospodarowania meblami. W każdym razie ja nie traktuję moich działań jako aktów destrukcji, ale może mam dużą tolerancję.
 


Paweł Marcinek: bez tytułu, 2016, dzięki uprzejmości artysty

Łowcy gabarytów pewnie za tobą nie przepadają?

Chyba nie jest nas aż tak wielu, żebyśmy sobie wchodzili w drogę. Towaru jest pod dostatkiem, poza tym ludzie nie zbierają mebli ze śmietników przymuszeni życiową koniecznością, raczej mają na tym punkcie bzika. Ciekawe za to wydają mi się spotkania, jakie zdarzają się przy tych śmietnikach. Pewnego razu jakiś pan, który odkręcał zawiasy z szafki, opowiadał mi o tym, że był ślusarzem. Innym razem ktoś zbierał miedź, w ogóle nie zwracając uwagi na „moje” przedmioty. Podawałem mu metalowe elementy, które dla niego mogły mieć jakąś wartość. Ostatnio z kolei wdałem się w rozmowę z panią wyrzucającą przetwory. Mówiła, że są stare i już ich nie zużyje. W domu okazało się, że były bardzo smaczne.

Punkty wyrzucania śmieci powinny być tak zaprojektowane, by mogły pełnić też inne funkcje. Postrzegam je jako miejsca spotkań, takie osiedlowe świetlice o pełnym przekroju społecznym.

 

Śmietniki jako punkty wymiany przedmiotów i doświadczeń? Brzmi super!

One i tak trochę tak działają. Każda spółdzielnia mogłaby zadbać o to, by śmietniki miały charakter sąsiedzki. „Poznaj swojego sąsiada, wyrzucając śmiecie”...

 

Twoje ingerencje w zastany krajobraz przywodzą na myśl działania site specific artystów związanych z land artem. Z tą różnicą, że ich tworzywem była natura, a twoim są wytwory człowieka.

W domu, gdzie się wychowałem, zaraz za ogrodzeniem był las, spędziłem w nim dużą część dzieciństwa. Trudno było omijać leżące tam śmiecie. Pamiętam, że zamiast stawiać szlabany, kopano doły ograniczające wjazd do lasu. Po jakimś czasie te doły wypełniały się wszystkim, co ludzie akurat mieli pod ręką. Inną znowu sytuacją było układanie wysepek ze znalezionych w lesie opon, skakaliśmy po nich w czasie roztopów. Relacja fauna–flora–człowiek zawsze była pełna napięć. Pamiętam, jak duży entuzjazm wzbudziły we mnie zdjęcia prac w przestrzeni Marfy[1].

 

Mówisz o butiku Prady na pustyni[2]?

Ciekawe jest to, co stało się z tym butikiem z biegiem czasu. Mam wrażenie, że zarówno samo stworzenie instalacji, jak i próby jej zniszczenia stanowią przykłady postawy krytycznej, tyle że o odmiennej ekspresji. Chodziło mi też o pracę Donalda Judda, jest bardzo piękna…

 

Czy ostatecznym celem twojej praktyki twórczej jest dokumentacja? A może kluczowy staje się kontakt z przypadkowo spotkanymi odbiorcami, którzy niczego się nie spodziewając, natykają się nagle na twoje prace?

Wydaje mi się, że najważniejsze jest samo działanie – przyjemność czerpana z pracy. Gdyby mnie to nie bawiło, siedziałbym w domu albo zajmował się czymś innym. Fakt, że lubię przestrzeń, lubię chodzić, jeździć rowerem i przebywać na świeżym powietrzu, skłania mnie do robienia tego typu prac. Kontakt z naturą był dla mnie ważny już w dzieciństwie. Wiem też, że efekt moich działań zależy od otoczenia. Dokumentacja powstaje, bo ma wartość pamiątki, jest zapisem danej chwili czy dnia…  Gdy patrzę na zdjęcie, łatwiej mi jest sobie coś przypomnieć, przywołać emocje. Wiem, gdzie je robiłem, co się wydarzyło, z kim wtedy rozmawiałem. Gdyby był jakiś inny sposób notowania tych działań, to może bym z niego korzystał. Na razie robię zdjęcia, ale nie mam profesjonalnego sprzętu, staram się przy tym zachować jakąś równowagę pomiędzy działaniem a jego dokumentowaniem. Kontakt z ludźmi też jest ważny – cieszy mnie, kiedy ludzie się uśmiechają, widząc moje prace.
 


Paweł Marcinek: Nic ciekawego, 2016, dzięki uprzejmości artysty

Recykling, idea „zrób to sam”, działania wywrotowe – to wszystko zbliża cię do miejskiego aktywizmu.

Pewnie można to tak postrzegać, ale nie uważam się za aktywistę. Nigdy nie działałem w żadnych grupach ani nie utożsamiałem się z określonymi poglądami politycznymi. Mógłbym powiedzieć, że jestem przeciwny zaburzaniu równowagi na świecie, ale, jak już wspomniałem, nie mam określonych poglądów na świat i ludzi. Przestrzeń, w której żyję, traktuję jako przedłużenie własnego szkicownika, a że akurat świat zewnętrzny dysponuje takimi, a nie innymi produktami, to z nich korzystam i je przeobrażam, co może mieć zabarwienie „antysystemowe”. Po prostu posługuję się czymś zastanym, co niekoniecznie jest takie, na jakie wygląda. Poprzez działania wywrotowe, odwracanie zastanego porządku, możemy podważać równowagę i stabilność świata, zobaczyć, że w istocie jest pozorna, a wszystkie jej konstrukty bardzo kruche.

 

Uważasz swoje prace za konceptualne?

Staram się robić to, co jest dla mnie ważne, ograniczając środki estetyzujące. Pewnie niektóre moje prace można uznać za konceptualne, estetyczne lub minimalistyczne. Każda z interpretacji jest istotna, nie chcę ich w żaden sposób ograniczać. Z drugiej strony nie jestem zwolennikiem szufladkowania działań artystycznych według określonych pojęć – to wynika z mojego charakteru i może braków w wiedzy. Chęć przeżywania jednorazowych sytuacji wydaje mi się bardziej ekscytująca od posługiwania się ograniczającymi nazwami. Na pewno stawiam na proces, otwartość odbiorców i na przygodę!

 


Paweł Marcinek: Produkcja masowa 2016, dzięki uprzejmości artysty

 

Paweł Marcinek – studiował na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi oraz Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, gdzie zrealizował pracę dyplomową. Interesuje się przetwarzaniem, ponownym używaniem oraz wskrzeszaniem przedmiotów i obiektów uznanych za niepotrzebne. Swoje prace pokazywał m.in. w galerii Entropia, podczas 14. Przeglądu Sztuki Survival we Wrocławiu czy w galerii Łęctwo w Poznaniu. Pochodzi ze Świdnika koło Lublina.

 

[1] Położone na pustyni miasteczko w zachodnim Teksasie, do którego w latach 70. przeniósł się minimalista Donald Judd. Do Marfy ściągali też inni artyści i szybko stała się ważnym ośrodkiem amerykańskiego życia artystycznego .

[2] Instalacja artystyczna stworzona w 2005 roku przez Michaela Elmgreena i Ingara Dragseta.