Karolina Balcer: Home Sweet Home. Fot. Alicja Kielan

ŁOBUZY W GALERII

Z Joanną Stembalską, kuratorką 5. Biennale Sztuki Zewnętrznej OUT OF STH: Zajęcie, rozmawia Joanna Kobyłt

OUT OF STH to wydarzenie, które swego czasu przyniosło powiew świeżości w postrzeganiu polskiej sztuki współczesnej. Pierwsza edycja Międzynarodowego Biennale Sztuki Zewnętrznej odbyła się prawie 10 lat temu, zanim jeszcze powstało pojęcie postgraffiti i zanim artyści z tego kręgu zaczęli przesuwać swoje zainteresowania w stronę galerii. Jak postrzegałaś wtedy pozainstytucjonalną działalność artystyczną? Jak reagowało na nią środowisko?

W 2008 roku urban art i miejska partyzantka były zjawiskami z marginesów sztuki, między innymi dlatego mnie to rajcowało. Bardziej interesujące wydawały mi się działania artystyczne, które czerpią inspirację z energii miasta, a nie z pola sztuki. Obserwowałam te zjawiska w różnych miastach Europy, budziły we mnie podziw i zazdrość. Imponowała mi postawa artystów zewnętrznych – to, że mają taką potrzebę i odwagę, że przez swoje działania wyrażają coś, co chcieli powiedzieć na głos. Później w Zielonej Górze poznałam Sławka Zbioka Czajkowskiego. Od razu poczuliśmy energię i porozumienie. I wtedy już wiedziałam, że to się uda: Sławek jako artysta, ze swoim zapleczem streetartowca i kontaktami, plus ja jako kuratorka z narzędziami krytycznymi i bazą historyczki sztuki. W środowisku historyków sztuki, kuratorów i krytyków opinie były różne. Niektórzy próbowali definiować zjawisko, ustawiać się względem niego – czy warto za tym iść, czy lepiej zacząć negować? Czasem słyszałam nawet pokątnie zadawane pytania: „Co te łobuzy robią w galerii”?

 

Chciałaś sprawdzić, czy narozrabiają?

Fascynowało mnie pokazanie urban artu w kontekście instytucji kultury, której zadaniem jest przecież przyglądanie się nowym zjawiskom. Bardzo interesujące wydawało mi się to, że po raz pierwszy w Polsce możemy wpuścić tych „wandali” do galerii, a ich działania mogą podważyć lub zanegować klasyczne ujęcie sztuki. Pierwsza edycja biennale była więc próbą zrozumienia kulturowego znaczenia miejskiej partyzantki, staraliśmy się odczytać przemoc wpisaną w te nieautoryzowane działania przez pryzmat oddolnych postaw, komentowania i brania odpowiedzialności za przestrzeń.

Jednocześnie musieliśmy ze Sławkiem zachować ostrożność, żeby po prostu nie przenieść sztuki ulicy do galerii. Nie chodziło mi o takie proste dowartościowanie działań podwórkowych łobuzów, bo miałam świadomość, że po jakimś czasie staną się zakładnikami uznania świata sztuki. Z jednej strony pokazanie ich w galerii wiązało się z częściowym odebraniem ich wizerunkowi niezależności, z drugiej jednak strony wspólnie poszerzyliśmy pole odbioru sztuki.

 

 

To był właściwy strzał?

Tak. OUT OF STH odbiło się szerokim echem po Polsce i za granicą. Muszę też przyznać, że to było bardzo odważne posunięcie ze strony dyrektora BWA Wrocław Marka Puchały i kuratora głównego Pawła Jarodzkiego, od których też dostałam duże wsparcie. Jako instytucja organizująca OUT OF STH weszliśmy w projekt performatywnie. I podobnie jak zapraszani przez nas artyści, sami także uprawialiśmy partyzantkę. Nie istniała żadna procedura, która pozwalała na przykład tworzyć w mieście murale. Musieliśmy przetrzeć szlaki podobnie jak wcześniej przecierali je artyści. To zaskakujące, że nie było paragrafu na to, czym ma być realizacja w przestrzeni miejskiej. Teraz o przestrzeń publiczną zabiegają wszyscy – urzędnicy, artyści kuratorzy i użytkownicy – i ciągle rośnie grupa zainteresowanych nią aktorów. Właśnie dlatego działania artystów w przestrzeni muszą uwzględniać tę odpowiedzialność. Sztuka jest narzędziem w dialogu społecznym.

 

Dlatego tak ważny był dla was kontekst?

Od początku zapraszaliśmy artystów, którzy malowali nie tylko wielkoformatowe estetyczne murale. Dbaliśmy o to, aby każdy z nich pracował kontekstualnie i żeby każda praca była wyraźnym komunikatem. Wezwaniem, refleksją i próbą zrozumienia danej przestrzeni miejskiej. Tak jak Blu, który długo oswajał się z podwórkiem i ulicą. Dopiero po tym, jak wystarczająco je poznał, mógł dedykować swą pracę temu miejscu. Najpierw chciał zobaczyć, jak ono żyje, jaką ma energię i jakie potrzeby.

 

Kolejne edycje OUT OF STH zmieniały się z biegiem lat, zmieniała się problematyka, nad którą się pochylaliście, ale także rozmach. Tegoroczna edycja jest zredukowana, znacznie mniej spektakularna.

Zaczęliśmy od urban artu w kontekście instytucji kultury (OUT OF STH: Artyści Zewnętrzni). Przy kolejnej edycji OUT OF STH prezentuje: Breaking the Wall poszliśmy o krok dalej i pokazaliśmy artystów, którzy inspirują się miastem i korzystają z jego energii lub ich gesty są ważne w strategiach artystycznych. Aż do coraz bardziej konceptualnych prac i działań, krytycznych ujęć problematyki miejskiej. Wyszliśmy od spektakularnych murali i przechodziliśmy do coraz bardziej przemyślanych i subtelnych działań, które wiążą się bardziej z pewnymi gestami. Z mojej perspektywy sztuka w przestrzeni publicznej kilka lat temu miała inną moc i działała inaczej. Teraz strategie artystyczne podejmowane przez artystów w przestrzeni miejskiej są jednym z narzędzi, skutecznym tylko wespół z innymi oddolnymi ruchami podejmowanymi przez mieszkańców. Zupełnie inaczej było na przykład z „palmą” Joanny Rajkowskiej, dzięki której zaczęliśmy patrzeć na przestrzeń miejską jako pole działań artystycznych. Nie czas na walki o przestrzeń dla artystów w mieście – to już przerobiliśmy. Teraz powinniśmy się skupić na negocjacjach z administracją i mieszkańcami, poszukiwaniem zrównoważonych rozwiązań dla codziennych użytkowników miasta.

Od trzeciej edycji zaczęliśmy myśleć o mieście jako o alternatywnej przestrzeni działań kulturowych. Zwłaszcza w kontekście Wrocławia, który ma kontrkulturową tradycję. Myślenie o mieście jako o polu nieograniczonych możliwości, które stają się widoczne dzięki sztuce, charakteryzowało także czwartą edycję, między innymi Velodream. Była to wystawa rowerowa oparta na metaforze miasta jako welodromu – nie w sensie dizajnerskim, ale w kontekście funkcjonowania i sposobów użycia.

Podczas trzeciej edycji OUT OF STH chcieliśmy razem ze Sławkiem pokazać, że każde działanie w przestrzeni galerii lub miasta może mieć charakter społeczny. Nie w sposób wymuszony, ale naturalnie. Projekty realizowane w ramach Velodream, czyli Exmiasto, Redizajn czy Sąsiedzi, traktowały sztukę jako narzędzie komunikacji, umożliwiającej przeżycie wspólnotowych wartości. Działania, jakie wtedy podjęliśmy, aktywizowały różne społeczności i pokazywały, że wzajemnie można dużo dla siebie zrobić nawet w ramach sąsiedzkiej wymiany na jednym podwórku. Chcieliśmy zacząć właśnie od tych małych społeczności sąsiedzkich, bo to one tworzą rytm każdej społeczności lokalnej i przełamują wielkomiejską anonimowość. Do takich właśnie wspólnotowych wartości i wzajemnej aktywizacji nawiązuje obecna, piąta edycja, czyli Zajęcie.

 

 

Działania, które leżały w polu twoich zainteresowań, miały charakter spontaniczny i oddolny. Do tej pory były to bardzo różne praktyki – od wielkich murali, przez działania animacyjne, aż do mikroinstalacji. Wszystkie jednak mają ze sobą nawzajem wiele wspólnego. Jak byś określiła to wspólne pole?

Można je nazwać właśnie gestem zajęcia, a tegoroczna edycja jest poniekąd klamrą, syntezą wszystkich poprzednich działań. Przy pierwszych edycjach realizowaliśmy spektakularne murale, ale zajmowały nas także subtelne gesty i efemeryczne performanse. Gdy podliczaliśmy wydarzenia w ramach trzeciej edycji biennale, okazało się, że zrealizowaliśmy ich łącznie sto. W tej liczbie było zaledwie kilkanaście murali, wszystkie jednak ośmielały sąsiadów i niosły wartość dla lokalnych społeczności.

Beata Rojek, która we własnym, bardzo wyrazistym stylu odmalowała śmierdzące i odrapane przejście z bramy do klatki schodowej w jednej z wrocławskich kamienic, sprawiła swym działaniem, że ta przestrzeń zmieniła się w bezpieczniejszą i bardziej estetyczną. Zamontowała wszędzie kotki szczęścia – Nanuki Meko, które machając łapą w zabawny i nieco absurdalny sposób, witały mieszkańców, na początku rozśmieszając ich do rozpuku.

Innym przykładem, który często powraca w rozmowach ze specjalistami w dziedzinie przestrzeni publicznej i mieszkańcami, jest mural Ani „Coxie” Szejdewik, który przedstawiał dwie postacie pacynek znanych z kultowej w PRL-u dobranocki Jacek i Agatka z napisem: „Sąsiedzie! Pożycz szklankę cukru!”. Artystka wybrała dla niego bardzo trudną oficynę, w której spotykali się mieszkańcy starej, przedwojennej kamienicy i deweloperskiej plomby. Sąsiedzi z obu budynków z czasem coraz śmielej wychodzili na balkony, by porozmawiać z malującą Anią, a w końcu przyszli na otwarcie muralu i bawili się razem. W tym kontekście mural to także gest zajęcia.

Z czasem świadomie odeszliśmy od formy malarstwa wielkościennego, ponieważ stało się ono w pewnym sensie narzędziem administracyjnym w rękach władz miejskich. Zaczęło być wizytówką działań, które najczęściej okazywały się akcjami fasadowymi – były formą estetyzacji rozwalających się budynków. To był tani i efektowny sposób na udawanie, że władze jednak coś robią dla mieszkańców. Po pierwszej edycji urywały się telefony – urzędnicy z różnych części Polski dzwonili do mnie, żeby spytać, jak zrobić mural. Czy powinno się zorganizować konkurs, czy powinna być jakaś podkładka? Skuć tynki czy nie? To całkowicie odbierało muralom ich ideę. W tym sensie straciły swoją moc.

 

Czyli czas murali dobiegł końca?

Kilka lat temu zostaliśmy wraz ze Sławkiem zaproszeni na sympozjum „Time for Murals” w Dreźnie. Ponieważ nasze wystąpienie miało tytuł It’s not a time for murals anymore, czyli „nie czas na murale”, organizatorzy byli nieco zaskoczeni. Już wtedy chcieliśmy powiedzieć o tym, że nie jest to czas na murale – pora na dyskusję o przestrzeni publicznej. O tym, że na takim etapie powinniśmy ją odzyskać – my, mieszkańcy. I powinniśmy to zrobić poprzez oddolne działania. To czas dla nas, abyśmy „zajęli” przestrzeń publiczną.

 Nie zamykam się jednak zupełnie na taką formę, zostawiam uchyloną furtkę. Tylko trzeba mieć świadomość, że to zaledwie jedna ze strategii. Zrobienie wielkoformatowego, estetycznego malowidła to zdecydowanie za mało – znacznie trudniej jest stworzyć świadomy, osadzony w kontekście komunikat. To nie murale powinny być głównym pryzmatem, przez który spoglądamy na przestrzeń miejską.

 

Jak rozumiesz gest zajęcia? Czy chodzi o podporządkowanie sobie jakiejś przestrzeni jako miejsca dla artystycznej wypowiedzi?

Z jednej strony to podporządkowanie, z drugiej oddanie pola. Jako galeria miejska oddaliśmy teren grupom nieformalnym i pozainstytucjonalnym. Zajęciem chcieliśmy udowodnić, że sztuka dzieje się tu i teraz. Zaproszone przez nas grupy powołują przestrzeń do artystycznej wypowiedzi z potrzeby danej sytuacji – i to jest bardzo ciekawy gest z perspektywy sztuki współczesnej. Zajęcie to właśnie takie działanie. Inspiracją dla nazwy tegorocznej edycji była wypowiedź Krzysztofa „Kamana” Kłosowicza (z kultowego w latach 80. zespołu Mikimouzoleum), który mówił o działaniach własnych i innych artystów, że szukali sobie takiego zajęcia, które byłoby ciekawsze od zajęć innych ludzi. Zupełnie nie chodzi więc o to, żeby być profesjonalnym artystą. Wręcz przeciwnie – tym razem chodzi nam o pokazanie grup wykluczonych, których aktywność jest po prostu ciekawa ze względu na ich związki z aktywizmem miejskim lub innymi strategiami z pogranicza sztuki. I na tym zasadza się pomysł na tegoroczne biennale. Chcieliśmy pokazać wachlarz zjawisk posługujących się podobnym gestem.

 

 

To właśnie dlatego zrezygnowaliście z kuratorskiego wyboru? Chcieliście zachować konsekwencję w egalitarnym przekazie tegorocznego biennale?

Razem z Anką Mituś i Pawłem Jarodzkim, z którymi przygotowywałam piątą edycję OUT OF STH, nie chcieliśmy tworzyć pokazu kuratorskiego. Pragnęliśmy zaprezentować inicjatywy i działania ważne dla funkcjonowania i kultury miasta. Z ich istnienia często nie zdają sobie sprawy ani instytucje kultury, ani nawet mieszkańcy. Te podmioty wydają nam się ważne, ponieważ działają z potrzeby stworzenia wspólnoty lub przestrzeni dla innych.

Dobrym przykładem jest MiserArt, czyli strefa kreatywna, która pracuje z osobami wychodzącymi z bezdomności. Pomysłodawca tego projektu, współdziałający z Towarzystwem Pomocy im. św. Brata Alberta Andrzej Ptak prowadzi rodzaj domu z pracownią artystyczno-stolarską. Członkowie grupy MiserArt „zajęli” przestrzeń galerii i niemal codziennie realizują tam swoje działania. Przez cały czas trwania wystawy pracują w specjalnie zorganizowanym warsztacie, odbywają spotkania z psychologiem, wspólnie jedzą posiłki.

Zaprosiliśmy też osoby niepełnosprawne intelektualnie – artystów z galerii ArtBrut, dla których tworzenie sztuki jest formą głębokiej terapii. Zajęcie tworzyli z nami różni ludzie z rozmaitych kręgów – i architekt, i projektant, i aktor – pokazując tym samym, że wszyscy mogą działać dla pewnej idei. Piąte Biennale Sztuki Zewnętrznej OUT OF STH to zupełny zwrot – redukcja w stosunku do nadprodukcji wydarzeń i obiektów na rzecz zwrócenia uwagi na niezmiernie dla nas ważne działania, które były nam bliskie od początku, choć przejawiały się w zupełnie innej formie.

 

Joanna Stembalska – kuratorka i historyczka sztuki. Ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie Wrocławskim i podyplomowe studia kuratorskie na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Od 2005 roku pracuje w BWA Wrocław, kierowniczka Studia BWA, kuratorka i współkuratorka wielu wystaw, między innymi For Kids and Adults w Muzeum Sztuki Współczesnej w Belgradzie, Być jak Sędzia Główny w galerii Awangarda BWA Wrocław oraz wielu pokazów indywidualnych, na przykład wystawy Czarne charaktery Olafa Brzeskiego w CSW Łaźnia w Gdańsku czy Winning Piotra Kmity w galerii Awangarda BWA Wrocław. Wyróżniona i nagrodzona za Biennale Sztuki Zewnętrznej OUT OF STH. Jej zainteresowania koncentrują się na sztuce w przestrzeni miejskiej, a zwłaszcza na jej społecznym wymiarze, odzwierciedlającym współczesne demokratyczne tendencje uczestnictwa w kulturze. 

Zdjęcia zostały wykonane podczas tegorocznej edycji OUT OF STH przez Alicję Kielan.